
Popłynąłem Ruską Arką.
Theodor Kaskiv, Olga Sitkovetsky i podróż do Petersburga, którego już nie ma
Podczas Konkursu Wieniawskiego w Poznaniu zdarzyło mi się coś, czego zupełnie nie przewidywałem. Przyszedłem posłuchać skrzypiec, a wylądowałem w petersburskim Ermitażu, gdzieś w najświetniejszych czasach Romanowów. Wszystko za sprawą Theodora Kaskiva i Olgi Sitkovetsky. On grał wytwornie, ona płynęła na krokodylu, a razem stworzyli coś, co najchętniej nazwałbym całą całością.
Nie jestem krytykiem muzycznym. I całe szczęście
Na skrzypcach się nie znam. Rozpoznaję instrument, smyczek i potrafię odróżnić fortepian od pianina, przynajmniej kiedy stoją obok siebie. Nie oceniam techniki wykonania, nie liczę pomyłek i nie rozstrzygam, czy interpretacja odpowiada oczekiwaniom jury.
Podczas Konkursu Wieniawskiego interesuje mnie coś innego. To, co muzyka robi z człowiekiem, który nie przyszedł jej analizować, lecz zwyczajnie słuchać.
Theodor Kaskiv zwrócił moją uwagę już podczas pierwszego etapu. Wykonał między innymi Kaprys D-dur op. 18 nr 3 Henryka Wieniawskiego, utwór pochodzący z petersburskiego okresu twórczości kompozytora.
I właśnie wtedy pojawiło się słowo, które najlepiej oddaje moje wrażenia.
Wytwornie.
Kaskiv grał wytwornie. Nie szukam tutaj synonimu wirtuozerii ani efektowności. Chodzi mi o pewien rodzaj elegancji, spokoju i swobody, dzięki którym przestałem zastanawiać się nad samym wykonaniem. Muzyka zaczęła po prostu istnieć, a ja coraz mniej przejmowałem się tym, że siedzę w Auli Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.
Olga Sitkovetsky, czyli jak pięknie płynąć na krokodylu
Potem były Wariacje na temat własny op. 15 Wieniawskiego. I wtedy zacząłem przyglądać się Oldze Sitkovetsky.
Fortepian koncertowy jest przecież czymś w rodzaju wielkiego, czarnego krokodyla. Ma lśniący grzbiet, otwartą paszczę, białe i czarne zęby, a swoim wyglądem raczej nie zachęca do delikatności.
Tymczasem Olga płynęła na tym krokodylu.
To określenie wydaje mi się wyjątkowo trafne. Nie walczyła z instrumentem, nie sprawiała wrażenia, że musi go sobie podporządkować. Jej gra miała w sobie płynność, którą trudno opisać inaczej niż właśnie jako przemieszczanie się po powierzchni czegoś potężnego, z całkowitą swobodą.
Obserwowałem jej dłonie, ruchy ciała, sposób reagowania na skrzypka. A potem zamykałem oczy i nagle znikał podział na dwa instrumenty.
Nie słyszałem już Theodora i Olgi osobno.
Słyszałem całą całość.
Tak, wiem. Całość z definicji jest cała. Ale język nie zawsze nadąża za tym, co człowiek przeżywa.
Współpraca tej dwójki zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Kaskiv rozpoczynał muzyczną myśl, Sitkovetsky ją podejmowała, rozwijała albo prowadziła w innym kierunku. Przynajmniej tak odbierałem ich grę. Nie było w moim odczuciu artysty pierwszoplanowego i kogoś, kto jedynie zapewnia mu muzyczne tło.
Było dwoje twórców budujących jeden świat.
Z Auli UAM prosto do Ermitażu
W pewnym momencie zamknąłem oczy i Poznań zwyczajnie przestał istnieć.
Moja wyobraźnia przeniosła mnie do Petersburga drugiej połowy XIX wieku. Nie do współczesnego miasta, lecz do Ermitażu z najświetniejszych czasów Romanowów. Do Pałacu Zimowego, w którym sztuka, bogactwo i imperialna ambicja spotykały się w skali trudnej dzisiaj do wyobrażenia.
Widziałem olbrzymie sale, lustra, kryształowe żyrandole, złocenia, mundury, ordery i suknie. Widziałem ludzi przemieszczających się po parkietach, na których ceremonia była niemal równie ważna jak samo życie.
Wszystko to oczywiście rozgrywało się wyłącznie w mojej głowie.
Nie mam żadnych wspomnień z carskiego Petersburga. Nigdy nie byłem na balu u Romanowów, a moje doświadczenia z arystokracją rosyjską są, delikatnie mówiąc, ograniczone.
A jednak przez kilka minut miałem coś na kształt wspomnienia miejsca i czasu, których nigdy nie doświadczyłem.
To szczególnie interesująca właściwość muzyki. Potrafi stworzyć w człowieku obrazy, których nie dostarczyła mu własna pamięć.
Oczywiście Petersburg Romanowów nie był wyłącznie krainą pięknych sal i eleganckich przyjęć. Za imperialnym przepychem kryły się ogromne nierówności społeczne, przemoc i polityczna bezwzględność. Nie zamierzam tego świata idealizować.
Ale nie byłem wtedy na wykładzie z historii Rosji.
Słuchałem muzyki.
A ona pokazała mi świat, który istniał przez chwilę wyłącznie dzięki mojej wyobraźni.
Ruska Arka, czyli 300 lat historii bez jednego cięcia
Skojarzenie z filmem Rosyjska arka (Russian Ark) Aleksandra Sokurowa przyszło niemal natychmiast.
Ten zrealizowany w 2002 roku obraz jest jednym z najbardziej niezwykłych przedsięwzięć w historii kina. Sokurow nakręcił film jako jedno nieprzerwane ujęcie. Kamera przez około 96 minut przemierza wnętrza Ermitażu, prowadząc widza przez niemal trzy stulecia rosyjskiej historii.
Nie ma klasycznego montażu. Nie ma cięć, które pozwoliłyby uporządkować czas. Kolejne epoki przenikają się, historyczne postacie pojawiają się obok współczesnych, a widz przemieszcza się przez pałac niczym niewidzialny uczestnik wydarzeń.
W filmie wystąpiły setki aktorów i statystów. Przedsięwzięcie wymagało niezwykle precyzyjnej choreografii, bo najmniejszy błąd mógł oznaczać konieczność rozpoczęcia całego zdjęcia od nowa.
Szczególnie zapada w pamięć finałowa sekwencja wielkiego balu z 1913 roku, odtwarzająca atmosferę ostatnich lat imperialnej Rosji.
Jeszcze rozbrzmiewa muzyka. Jeszcze tańczą goście. Jeszcze pałac tętni życiem i sprawia wrażenie miejsca, którego świetność będzie trwała wiecznie.
Tymczasem widz zna dalszy ciąg historii.
Za chwilę wybuchnie wojna światowa. Potem przyjdą rewolucje, upadnie monarchia, a ten cały wspaniały świat przestanie istnieć.
Właśnie to napięcie między pięknem a świadomością nadchodzącego końca nadaje filmowi Sokurowa szczególną siłę. Oglądamy rzeczywistość, która jeszcze nie wie, że za chwilę stanie się historią.
Kaskiv i Sitkovetsky zabrali mnie w podobną podróż
Słuchając Theodora Kaskiva i Olgi Sitkovetsky, miałem wrażenie uczestnictwa w czymś podobnym.
Nie chodzi o dosłowne podobieństwo między wykonywanymi utworami a muzyką z filmu. Chodzi o doświadczenie nieprzerwanego przepływu, w którym przestrzeń, czas i własna świadomość zaczynają zachowywać się inaczej.
Kaskiv swoją wytwornością otworzył przede mną drzwi do nieistniejącego już Petersburga. Sitkovetsky, płynąc na swoim czarnym krokodylu, pozwoliła mi przemieszczać się przez ten świat bez najmniejszego wysiłku.
Razem stworzyli całą całość.
I właśnie w tym momencie pomyślałem, że trochę szkoda, iż to konkurs.
Bo przecież konkurs wymaga porównywania. Trzeba przyznawać punkty, rozstrzygać, kto zagrał lepiej, kto przejdzie do kolejnego etapu, a kto wróci do domu.
Rozumiem sens tych zasad. Tyle że moje doświadczenie nie miało nic wspólnego z rywalizacją.
Zapragnąłem zobaczyć tę dwójkę na scenie jeszcze raz. Bez jury, ocen i presji awansu. Na całym koncercie poświęconym wyłącznie ich wspólnej grze.
Dać im Aulę, publiczność i wieczór.
Niech grają.
Najpiękniejszy laur dla artysty
Nie wiem, czy Theodor Kaskiv zagrał najlepiej spośród uczestników Konkursu Wieniawskiego. Nie wiem również, jak jego współpraca z Olgą Sitkovetsky wypada w oczach zawodowych muzyków.
Nie mam kompetencji, żeby to rozstrzygać.
Wiem natomiast, że oboje dokonali rzeczy, którą uważam za znacznie ważniejszą od wywołania chwilowego zachwytu.
Sprawili, że zapomniałem, gdzie jestem.
Na kilka minut dostałem własny Ermitaż, własny Petersburg i własne wyobrażenie świata, który dawno przestał istnieć.
Nie potrzebowałem do tego scenografii, kostiumów, projekcji ani żadnych dodatkowych efektów. Wystarczyły skrzypce, fortepian i dwoje ludzi, którzy potrafili zamienić osobne instrumenty w jedną opowieść.
I chyba nie potrafię wystawić artystom piękniejszego lauru.
Przyszedłem do Auli UAM posłuchać muzyki.
A wyszedłem z przekonaniem, że właśnie wróciłem z Petersburga.
Normalnie popłynąłem Ruską Arką.
I to na krokodylu.

"Spokój i wspólne chwile" – Ja i Maria. Kiedy uśmiech mówi wszystko.
Patrzę na to zdjęcie i czuję taką... dobrą energię. Ja i Maria. To nie jest tylko fotografia, to uchwycenie momentu, w którym świat na chwilę zwalnia, a komfort i wzajemne zrozumienie są na pierwszym planie.
Jestem tam, z uśmiechem na twarzy, i obok mnie Ona – Maria. Widać, że to ten rodzaj spotkania, gdzie po prostu dobrze się jest, gdzie nie trzeba nic udowadniać, a bycie razem jest wystarczającą wartością. Ten spokój, ten komfort, który bije z naszych postaw – to jest właśnie to, co sprawia, że to zdjęcie jest tak ujmujące.
Cała scena emanuje taką przyjemną, naturalną aurą. Światło jest miękkie, a tło dyskretne, co pozwala skupić się na tym, co najważniejsze: na ludziach. To nie jest zdjęcie, które ma krzyczeć. Ono ma szeptać o codziennym szczęściu, o tych drobnych momentach, które budują więzi.
Jestem tam, w tej błogiej chwili, i czuję, jak ten czas spędzony razem jest prawdziwym skarbem. To przypomnienie, że życie jest pełne piękna, często ukrytego w najbardziej zwyczajnych interakcjach, gdy obok nas jest ktoś, kto sprawia, że czujemy się dobrze i bezpiecznie.


"Pożegnanie z magią fortepianu" – Ja i Możdżer. Kiedy dźwięki jeszcze wibrują w powietrzu.
Patrzę na to zdjęcie i czuję, jak w uszach wciąż pobrzmiewają mi ostatnie akordy. Ja i Leszek Możdżer, po koncercie w Poznaniu. To nie jest po prostu kadr, to uchwycenie momentu, kiedy kończy się magia na scenie, a zaczyna ta równie ulotna, ale bliska magia spotkania.
Jestem tam, z uśmiechem na twarzy, i obok mnie On – człowiek, który przed chwilą sprawił, że fortepian przestał być instrumentem, a stał się głosem. Czuję to wrażenie "po", kiedy umysł jest jeszcze wchłonięty muzyką, a ciało powoli wraca do rzeczywistości. To taka chwila, gdy chcesz powiedzieć "dziękuję", ale wiesz, że żadne słowa nie oddadzą pełni wrażeń.
W tle widzę fragment sceny, może kulisy, może po prostu miejsce, gdzie przed chwilą działa się ta cała magia. To jest ten moment, kiedy światła już przygasły, ale energia wciąż wibruje w powietrzu, jak resztki echa ostatnich nut.
Cała scena emanuje takim przyjemnym, pokoncertowym spokojem. Kolory są stonowane, światło delikatne, a uśmiechy prawdziwe. To nie jest zdjęcie, które ma krzyczeć. Ono ma szeptać o szacunku, o zachwycie i o tym, jak wspaniale jest spotkać artystę, który potrafi porwać duszę.

Jestem tam, w tej błogiej chwili, i czuję, jak ten czas spędzony na słuchaniu jego muzyki, a teraz na krótkim spotkaniu, jest bezcenny. To przypomnienie, że choć koncerty się kończą, to emocje i wspomnienia zostają z nami na długo.
