
"Pożegnanie z magią fortepianu" – Ja i Możdżer. Kiedy dźwięki jeszcze wibrują w powietrzu.
Patrzę na to zdjęcie i czuję, jak w uszach wciąż pobrzmiewają mi ostatnie akordy. Ja i Leszek Możdżer, po koncercie w Poznaniu. To nie jest po prostu kadr, to uchwycenie momentu, kiedy kończy się magia na scenie, a zaczyna ta równie ulotna, ale bliska magia spotkania.
Jestem tam, z uśmiechem na twarzy, i obok mnie On – człowiek, który przed chwilą sprawił, że fortepian przestał być instrumentem, a stał się głosem. Czuję to wrażenie "po", kiedy umysł jest jeszcze wchłonięty muzyką, a ciało powoli wraca do rzeczywistości. To taka chwila, gdy chcesz powiedzieć "dziękuję", ale wiesz, że żadne słowa nie oddadzą pełni wrażeń.
W tle widzę fragment sceny, może kulisy, może po prostu miejsce, gdzie przed chwilą działa się ta cała magia. To jest ten moment, kiedy światła już przygasły, ale energia wciąż wibruje w powietrzu, jak resztki echa ostatnich nut.
Cała scena emanuje takim przyjemnym, pokoncertowym spokojem. Kolory są stonowane, światło delikatne, a uśmiechy prawdziwe. To nie jest zdjęcie, które ma krzyczeć. Ono ma szeptać o szacunku, o zachwycie i o tym, jak wspaniale jest spotkać artystę, który potrafi porwać duszę.

Jestem tam, w tej błogiej chwili, i czuję, jak ten czas spędzony na słuchaniu jego muzyki, a teraz na krótkim spotkaniu, jest bezcenny. To przypomnienie, że choć koncerty się kończą, to emocje i wspomnienia zostają z nami na długo.
