Seans w kinie, którego nie znosisz. Rezerwacja bezzwrotna.
To nie jest wpis po to, żebyś go polubił. To diagnoza postawiona w poczekalni, z której i tak nikt nie wyjdzie żywy.
Mamy wojnę, a media karmią nas eufemizmami o „operacjach”. Mamy tresowaną gawiedź, która domaga się krwi „wrogów”, nie rozumiejąc, że zabójstwo tylko karmi hydrę. I mamy system, w którym jankeski bank centralny kręci korbą, a my w wakacje będziemy siedzieć na dupach, bo paliwo stało się towarem dla wybranych.
Kto trzyma złoto, ten wydaje polecenia. My tylko płacimy za bilet własnym spokojem.
Zanim znów dasz się napuścić na sąsiada, sprawdź, jaka taśma właśnie wskoczyła na projektor.
Klikasz na własną odpowiedzialność:
Parafrazując powiedzonko "przez żołądek do serca", wyznać muszę, że kilka utworów muzyki rockowej i poważnej trafiło do mojego serca przez ekran. Koncert b-moll Czajkowskiego usłyszałem we włoskim gniocie Nieuchwytny morderca. The Sound Of Silence Simona i Garfunkela wzruszyło mnie do łez w Absolwencie, a Fool On The Hill poznałem dzięki telewizyjnej adaptacji jakiegoś kryminału Francisa Durbidge'a w Teatrze Kobra. Gdy w 1985 roku poszedłem do kina Skarpa na The Hunger - po polsku Zagadkę nieśmiertelności - zaistniał dla mnie Bauhaus. Dwa lata po jego rozwiązaniu! Ale lepiej późno niż wcale. Poza tym, wykorzystany w filmie utwór Bela Lugosi Is Dead opowiada przecież o aktorze grającym Draculę - wampira. A wampiry są undead - choć martwe, nadal żyją. Podobnie żył Bauhaus. Przez kolejnych 15 lat. Undead
Long ago I wandered through my mind...
Kiedyś, kiedyś, dawno temu, chyba w grudniu 1971 roku, usłyszałem Paranoid - i od tamtej chwili stałem się niewolnikiem rocka. Black Sabbath od początku zajmował szczególne miejsce w panteonie moich faworytów; był symbolem tajemniczości, mroku, grozy i rozkosznego dreszczu blużnierstwa. Niewiele wówczas rozumiałem z tekstów, ale te czarne stroje, długie włosy (zakazane przez szkołę) i krucyfiksy na szyjach stanowiły idealne antidotum na szkółkę niedzielną, do której ciągała mnie na siłę babcia. Ale o tym już kiedyś pisałem. Nie będę się więc powtarzał. Dodam tylko: żeby zobaczyć wówczas koncert Black Sabbath, sprzedałbym duszę diabłu.
King Crimson to sposób na życie - powiedział kiedyś Robert Fripp, jeden z czołowych przewrotnych intelektualistów rocka. Nie pamiętam już, czy tymi słowami uzasadniał kolejne rozwiązanie swojej grupy, czy jej nagłą i niespodziewaną reaktywację po latach. W każdym razie przyczynił się do powstania legendy, za sprawą której King Crimson zajął szczególne miejsce na muzycznej scenie wszechczasów.
Zacznę od tego, że spełnione marzenie przestaje być marzeniem. Tak mówią. Sam niejednokrotnie tego doświadczyłem. To się chyba fachowo nazywa "smutek spełnionej baśni", bo marzenie znika - zostaje pustka. I trzeba znaleźć sobie inne marzenie.
Latem 1986 roku otrzymałem list od pewnego słuchacza z Warszawy, uczestnika czerwcowego koncertu grupy Marillion w Rotterdamie. Prócz relacji o samym występie, list zawierał także niewykorzystany bilet na taką imprezę oraz dedykację - "może kiedyś się przyda". Trzymałem ów bilet na widocznym miejscu mając dziwne przeczucie, że Marillion był już bardzo blisko. Tak więc, gdy pod koniec roku poczęły rozchodzić się pierwsze plotki o przyjeździe grupy do Polski, nie byłem specjalnie zaskoczony.
Tomek Beksiński wybrał się do Katowic i zamieszkał w pokoiku małym jak klatka na kanarki, aby posłuchać zespołów Breathless i Opposition oraz pogadać z muzykami o wyższości kotów nad psami, o filmach Martina Scorsese, o dziewczynach i o Philu Collinsie.
Jakaś dziwna radość ogarnęła mnie, kiedy siedziałem w wypełnionej po brzegi sali kinowej warszawskiego klubu Riviera-Remont, a na scenie rozpoczynał się psychodeliczny spektakl Proroka Ka-Spela i jego różowej świty. Była to radość wielowarstwowa: z jednej strony udzielała mi się atmosfera znakomitego koncertu i było to niekwestionowane szczęście samo w sobie. Cieszyłem się też, że wciąż jeszcze sporo jest wokół ludzi, którzy mają uszy i wrażliwe dusze; ludzi, którzy słuchają Muzyki, a nie samplowanego hałasu i bełkotania raperów. Również serce radowało mi się, że są na świecie artyści żyjący dla Muzyki, dla idei - jak za dawnych czasów. Artyści ci podróżują po świecie niewielkim mikrobusem wypełnionym sprzętem, za pomocą którego kreują niezwykłe pejzaże dźwiękowe i dostarczają naszym sercom różowej pożywki pozwalającej przetrwać te czasy komercji, chaosu i sztuczności. I wreszcie wyobraźnia moja pracowała na maksymalnych obrotach, pozwalając mi delektować się czymś, w czym nigdy już uczestniczyć nie będę - bo tak chyba wyglądały prawie 30 lat temu pierwsze koncerty Pink Floyd. Myślę, że obecność słowa Pink w nazwach obydwu zespołów nie jest zupełnie przypadkowa.
Szanuję zespoły poszukujące, rozwijające się, zmieniające styl z płyty na płytę. Szczególnie, jeśli od chwili debiutu przykleja im się - mniej lub bardziej słusznie - etykietkę (neo)progresywną. Ta kategoria zobowiązuje, podnosi poprzeczkę. Bo w dziedzinie progresywnego rocka zrobiono już wszystko kilkanaście razy we wszystkich kierunkach i jeśli ktoś jeszcze próbuje wycisnąć coś z tych fusów, musi być szaleńcem albo geniuszem. Lub mieć cholerną odwagę i wiarę w kosmiczne posłannictwo. Steven Wilson jest po części wizjonerem, po części geniuszem, a po części po prostu zwykłym muzykiem obdarzonym twórczą wyobraźnią. Nie przejmując się specjalnie docinkami głuchych krytyków i uprzedzonych dziennikarzy, komponuje i gra niezwykle piękną i urozmaiconą muzykę o klimacie nie mniej oryginalnym od nazwy grupy - Porcupine Tree (Jeżozwierzowe drzewo).
Koncert mojego życia? W zasadzie były dwa. Każdy stanowił przeżycie niezapomniane, choć o innym charakterze.
Tomasz Beksiński wybrał się do Katowic na odjazdy '92, by zachwycić się czerwoną suknią Anji Ortodox, poznać wstrząsającą tajemnicę duetu Psyche, w końcu zaś zostać zmiażdżonym przez muzykę zespołu The Young Gods.
Trudno jest wyrazić słowami i ułożyć w kilka zdań to wszystko, co czułem, odliczając dni i godziny do spotkania z Wielbłądem. Gdy nagle dostajemy bilet na koncert marzeń, przede wszystkim zaczyna dokuczać nam strach i zamęczać niepewność: czy to aby na pewno prawda? A może tylko sen? Kolejne złudzenie - za chwilę się zbudzimy i okaże się, że zamiast biletu na koncert trzymamy w ręku chusteczkę na otarcie łez rozczarowania.
Czekałem na przyjazd tego artysty ponad dwa lata. Pierwsze plotki krążyły na początku 1996 roku: Wetton miał wówczas wystąpić na festiwalu progresywnym w Stodole wraz z Collage, Quidam, Abraxas itd... Potem była mowa o koncertach akustycznych. Potem artysta nagrywał płytę Arkangel i nie miał czasu, potem czekaliśmy na wydanie tej płyty w Europie... Wreszcie ukazała się płyta, a Maestro przyjechał wraz z zespołem. I zagrał - w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy i w Hali Wisły w Krakowie.
Nie my kazaliśmy postawić pod sceną tych ochroniarzy - powiedział Nick Cave w piątek, 23 maja, wywołany długimi, gromkimi brawami przez stojącą publiczność. Wczoraj było tu małe zamieszanie i dlatego dziś sprowadzili tych pieprzonych stróżów porządku. My nie mamy z tym nic wspólnego, ale mogę wam powiedzieć jedno: was jest więcej niż ochroniarzy! Salę Kongresową wypełniły dźwięki Do You Love Me?, a maestro zstąpił z estrady w tłum, który natychmiast radośnie ruszył do przodu. Masywni faceci stali pod sceną niczym posągi, bojąc się poruszyć. A Nick śpiewał i tańczył z fanami.
Będąc jeszcze w I klasie liceum ogólnokształcącego, otrzymałem od nauczyciela wychowania muzycznego polecenie przygotowania lekcji o muzyce rockowej. Konkludując ten trwający dwie godziny wykład, pozwoliłem sobie zauważyć, że za jakiś czas rock - podobnie jak wcześniej jazz - stanie się muzyką elitarną i trafi do filharmonii.
FELIETONY
Bela Lugosi is dead
felieton - "Tylko Rock" nr 8 (72) sierpień 1997
Nigdy nie ukrywałem, że wszelkie podsumowania wywołują u mnie przykre sensacje żołądkowe. Ale skoro Redakcja wymaga, trzeba zażyć odpowiednie środki farmakologiczne i zacząć się poważnie głowić nad kończącą się dekadą. Kucze blade, nie pamiętam wszystkich płyt, które mi się podobały. Wiem tylko, że było ich niewiele... Bo lata dziewięćdziesiąte okazały się najgorszym okresem w muzyce od czasu bitwy pod Grunwaldem. Oto, co wynotowałem po kilku godzinach stania przed półką z płytami (zaznaczam jednak, że jest to wybór oparty na najprzyjemniejszych wspomnieniach, jakie udało mi się przywołać).
Powiem szczerze od serca: gdy zespół Yes reaktywował się w 1983 roku, słuchałem albumu "90125" zgrzytając zębami głośniej niż trzeszczała płyta. Zawsze uwielbiałem bogate brzmienie, natchnione partie wokalne Andersona, pomysłowe teksty i cały ten jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny klimat muzyki Yes. "90125" był dla mnie zbiorem nie do przyjęcia - przykrą dla ucha kakofonią bez uroku i smaku. "Big Generator" wzmógł mój niesmak: był to dla mnie najgorszy album roku 1987. Z obydwu płyt broniły się tylko dwa utwory: Hearts i Shoot High Aim Low.
Gdy słuchałem pierwszy raz płyty "Peace In Our Time", nieustannie zadawałem sobie pytanie: czy wciąż jeszcze lubię Big Country? Albumy "The Crossing", "Steeltown" i "The Seer" należały do moich ulubionych, a sam zespół wydawał mi się najlepszą grupą rockową lat 80. Umiejętne połączenie elementów szkockiego folkloru i witalnego rock and rolla było receptą genialną w swojej prostocie. Nikt tak jak Big Country nie potrafił zagrać prostego, melodyjnego (!!!), porywającego do tańca rocka.
Dokładnie nie wiadomo, kiedy stał się absolutnym władcą Pink Floyd. Wiadomo, że w 1983 roku oświadczył: Pink Floyd to ja. Przyszłość pokazała, że niekoniecznie. On zaś, z pomocą złośliwości opowiadanych dziennikarzom i procesów sądowych wytaczanych byłym kolegom z byle powodu, usiłował nadal manifestować swoją wyższość nad Pink Floyd. Niestety, publiczność nie do końca dała się przekonać.
Walk Down To The Water; Magic Lamp; Viva; Goodnight; Green Finger Swinger; Come Reassure Me; All The Reason Slide; Drifting; Ballroom; No Answered Prayers
Skład: Dominic Appleton - voc, k; Gary Mundy - g; Ari Neufeld - b; Martyn Watts - dr
Gdy wiosną kończącego się właśnie roku wpadł mi w ręce dwukompaktowy album koncertowy Sushi, ze zdziwieniem przeczytałem w dołączonej książeczce, że jest to najnowsza pozycja w serii oficjalnych bootlegów koncertowych Fisha. Natychmiast rozpocząłem gorączkowe poszukiwania poprzednich takowych płyt, co z pomocą przyjaciół prawie mi się udało. Do chwili obecnej wzbogaciłem swoją kolekcję kompaktów Wielkiego Szkota o cztery niezwykle atrakcyjne pozycje. Oprócz Sushi jest ich jeszcze pięć. O piątej na razie tylko czytałem... ale może ją też uda się złowić. Sieci już zarzuciłem. A póki co pragnę zapewnić każdego zwolennika dań rybnych, że przystawki - o których za chwilę - stanowią bardzo ważne uzupełnienie posiłków każdego szanującego się fishomana.
Większość książek o muzyce (nie tylko rockowej) mimo niewątpliwie fascynującej zawartości - lansuje poglądy, opinie i odczucia ich autorów. I trudno się dziwić. Biorąc na warsztat historię jakiegoś wykonawcy raczej nie ustrzegłbym się subiektywnego potraktowania jego dokonań. Powiem nawet: nie potrafiłbym pisać o kimś, do kogo nie mam zdecydowanie ciepłego stosunku emocjonalnego; a co za tym idzie, powstałaby mieszanina historycznych faktów i moich własnych wizji. Nawet najrzetelniejsze traktaty o muzyce i jej twórcach mają zawsze "odautorski" charakter.
Płyty Legendarnych Różowych Kropek powstają według stałej receptury: kilka nad wyraz pięknych piosenek, przyprawionych tajemniczymi dźwiękami kreowanymi elektronicznie i nie tylko, spowite saksofonowym dymkiem i urozmaicone instrumentalnymi pejzażami - czasami w stylu Klausa Schulze, czasami jakby wypożyczonymi z Warszawskiej Jesieni. Nad wszystkim góruje mistrz ceremonii, "mroczny okularnik" - Edward Ka-Spel, wokalista i animator. Człowiek najbardziej różowy, choć jego świat mieni się wszystkimi kolorami tęczy, a nawet spowijająca go niekiedy czerń ma wiele odcieni.
O Pink Floyd napisano już bardzo wiele, kto wie, kto wie, może nawet wszystko i jeszcze trochę. Każdy choć raz zetknął się z tym zespołem. Każdy ma swoje ulubione utwory. A nawet jeśli ktoś jest kompletnym ignorantem, wie przynajmniej, że album The Dark Side Of The Moon pobił wszelkie rekordy powodzenia i utrzymywał się na listach bestsellerów przez kilkanaście lat.
Wielokrotnie zarzucono mi, że zbyt wielką wagę przykładam do tekstów piosenek. Próbowano mnie przekonać, że nie są one najważniejsze, że są z premedytacją preparowane przez wykonawców dla osiągnięcia określonego efektu. Możliwe. Na pewno jest tak w przypadku piosenek, pisanych wyłącznie w celach komercyjnych. Jednakże wielu prawdziwych artystów, serio traktujących swoje powołanie, pragnie nam coś przekazać nie tylko za pomocą muzyki. Dlatego np. Eldritch powiedział: "Jeśli nagram płytę dla Ameryki, będzie na niej wyłącznie muzyka instrumentalna. Amerykanie są tacy głupi, że nie mam im nic do powiedzenia". Tekst jest więc czasem równie ważny jak melodia, może nawet ważniejszy, o czym wiedzą stali bywalcy opery - ludzie o mocnych nerwach, zdolni wytrzymać to wszystko, co ciągnie się godzinami po zazwyczaj wspaniałych uwerturach... Ale ja nie o tym.
There Are No More Tickets To The Funeral; This Is The Law Of The Plague; Wake Up And See The Face Of The Devil; Confessional (Give Me Sodomy Or Give Me Death); How Shall Our Judgement Be Carried Out Upon The Wicked?; Let Us Pray The Masters Of Slow Death; Consecration; Sono l'Antichristo; Cris d'Aveugle; Let My People Go
Skład: Diamanda Galas - voc, p; Blaise Dupuy - k; Michael McGrath - taśmy i efekty pirotechniczne; David Linton - dr, perc; Ramon Diaz - perkusja elektroniczna
Produkcja: Jedediah Wheeler, Linda Greenberg i Naj Wikoff
Intro; Return; Kiss The Future; My Shadows; Into My Arms; Overpaid; Venus Mdn; The Game; Kasmodiah; Lass Mich; Sometimes; Fight; Try
Skład: Alexander Veljanov - voc; Ernst Horn - k; Michael Popp - g, instrumenty średniowieczne; Christian Komorowski - viol
Produkcja: Ernst Horn
Przyznaję się od razu, że siadam do pisania tej recenzji ze sporą satysfakcją. Po pierwsze: muzyka wypełniająca mój niedogrzany pokój w pełni łagodzi straty kalorii wynikłe z faktu, że administracja osiedla Służew nad Dolinką hołduje jakże modnej dzisiaj ascezie i uważa ciepłą wodę i ciepłe kaloryfery za grzeszny zbytek. Po drugie: leżąca obok na stole okładka płyty cieszy widokiem bajkowego skrzata z puszką coca-coli w łapie. Skoczę więc do lodówki po jedną dla siebie. Już mam. Po trzecie: jeszcze bardziej cieszy fakt, że w tzw. polskim rocku znowu znalazłem coś dla siebie. I po czwarte wreszcie: zacieram ręce z dzikiej rozkoszy, że jest to muzyka spod znaku wielkiego progresywnego rocka, którego prawie nikt nie ważył się wcześniej grać w naszym kraju (Exodus miał pewne ambicje, ale to jeszcze mało).
Ate; Na krawędzi; Syrenka; Perła; Inny obszar; Sztuka ambicji; Zaklęta w marmur; Czas komety; Rozbijacz symboli; Miłość za pieniądze; Fortepian; Graphite; wersja digi-pack zawiera dodatkowo Adam i Ewa; Dwa dni
Skład: Anja Ortodox - voc; Paweł Pieczyński - g; Krzysztof Najman - b; Gerard Klawe - dr; Michał Rollinger - k; Tomasz Wojciechowski - k
Produkcja: Anja Ortodox, Krzysztof Najman, Tomasz Dziubiński
Dawno już nie czekałem na czyjąś płytę z taką niecierpliwością i nadzieją. Stare, dobre czasy minęły bezpowrotnie. Teraz trafić na dobrą muzykę jest równie ciężko, jak na rockowy kawałek w Programie I Polskiego Radia w latach siedemdziesiątych. Rock umarł. Do takiego wniosku doszedłem słuchając wszystkich naszych "radiostacji", podróżując po świecie i wchodząc do sklepów płytowych, a także starając się znaleźć coś nowego w oparciu o recenzje drukowane... chociażby na tych łamach. Albo jestem za stary, albo współczesnych twórców inspirują młoty pneumatyczne. Muzyka rockowa (albo raczej pseudo-muzyczny zgiełk) końca XX wieku przypomina złomowisko pełne kanciastych rupieci. Żadnej finezji. Żadnego smaku. Żadnej atmosfery choćby trochę pobudzającej wyobraźnię.
Intro; Kabinett der Sinne; Versiegelt Glanzumstromt; No Blind Eyes Can see; Schakal; Vermachtnis der Sonne; Copycat; Der Kleich des Lebens
Skład: Tilo Wolff - b; AC - dr; Charlotte Kracht i Ulrich Kaon - cello
Produkcja: Tilo Wolff
Wisdom Chain; Page Of Life; Money; Jazy Box; Garden Of Senses; Is It Love; Anyone Can Light A Candle; Be A Good Friend Of Mine; Shine For Me; Genevieve; Journey To Ixtlan; Littie Guitar
Skład: Jon Anderson - voc; Vangelis - k; Rory Kaplin - k; Sean Murray -k; Brad Ellis - k; Jimmy Hahn - g; Eduardo Singore - b; Derek Wilson -perc
Produkcja: Vangelis
Nie ukrywam, że trudno mi jest napisać recenzję kolejnej płyty Petera Hammilla - przede wszystkim dlatego, że każdy fan artysty i tak ją kupi, zaś przeciwników nic już nie zdoła przekonać. Hammill jest bowiem twórcą jedynym w swoim rodzaju: albo się go kocha, albo nienawidzi. Niżej podpisany zalicza się raczej do tej pierwszej grupy, więc nawet całkowicie nieudanej płyty Mistrza nie byłby w stanie "zjechać", zaś "Everyone You Hold" jest bardzo udana, więc...
This Is Not Love; Occasional Demons; Roli Yer Own; Rocks On The Road; Sparrow On The Schoolyard Wali; Thinking Round Corners; Stiii Loving You Tonight; Doctor To My Disease; Like A Tali Thin Girl; White Innocence; Sleeping With The Dog; Gold-Tipped Boots Black Jacket And Tie; When Jesus Came To Play
Podstawowy skład: łan Andersen -voc, fl, g, mand. k, dr; Andy Giddings - k; Martin Barre - g; David Pegg - b; Matt Pegg - b; Doane Perry - dr
Produkcja: Ian Anderson
Heratbeat Of The Earth; Young Lovers; Underworld; Prince Of Shadows; Craft Of The Wise; Corn King; Witch Hunt; Fire Of Love; Love Spell; Song For Our Age; Intercourse With The Vampyre; Sabrina; Catherine; Take My Hunger
Skład: Candia - voc; Tony McKormack - g, k, voc; Bob Gardener - dr; Adam Henderson - b; Kevi Gladwell i jake Ridley - bodhran
Produkcja: Inkubus Sukkubus i Greg Mills
Gotów jestem zaryzykować twierdzenie, że jest to pierwsza w pełni progresywna płyta ostatniego dziesięciolecia. Przywykliśmy przylepiać taką etykietkę każdemu zespołowi produkującemu muzykę "pod lata siedemdziesiąte", tymczasem większość z nich powiela stare i wyświechtane schematy, nie mogą lub nie chcą się wydostać z trumny czasu. Nazywanie ewidentnej regresji i zastoju progresywnością uważam za brak szacunku do przeszłości. Galahad zdał sobie z tego sprawę jako pierwszy (lub jeden z pierwszych - na wszelki wypadek nie generalizujmy zbyt surowo, wszak istnieją jeszcze takie zespoły jak chociażby Porcupine Tree). Płyta Following Ghosts jest tego w pełni przekonującym dowodem - a ponadto, słucha się jej z niekłamaną przyjemność.
Płyty Legendarnych Różowych Kropek powstają według stałej receptury: kilka nad wyraz pięknych piosenek, przyprawionych tajemniczymi dźwiękami kreowanymi elektronicznie i nie tylko, spowite saksofonowym dymkiem i urozmaicone instrumentalnymi pejzażami - czasami w stylu Klausa Schulze, czasami jakby wypożyczonymi z Warszawskiej Jesieni. Nad wszystkim góruje mistrz ceremonii, "mroczny okularnik" - Edward Ka-Spel, wokalista i animator. Człowiek najbardziej różowy, choć jego świat mieni się wszystkimi kolorami tęczy, a nawet spowijająca go niekiedy czerń ma wiele odcieni.
Mogłoby się wydawać, że wybór dziesięciu najlepszych płyt lat 80. to sprawa bajecznie prosta. Ich tytuły ma się bowiem na co dzień w pamięci i przy każdej okazji można je wymienić. Gdy się jednak do tego zabrać i zacząć je spisywać, okazuje się że owa złota dziesiątka składa się z kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu pozycji... Po długich, a ciężkich cierpieniach dokonałem więc paru skreśleń i oto co zostało:
Intro; Return; Kiss The Future; My Shadows; Into My Arms; Overpaid; Venus Mdn; The Game; Kasmodiah; Lass Mich; Sometimes; Fight; Try
Skład: Alexander Veljanov - voc; Ernst Horn - k; Michael Popp - g, instrumenty średniowieczne; Christian Komorowski - viol
Produkcja: Ernst Horn
Royale Carpathia; Transylvanian Werewolf; Bratrstvo Vlkodlaka; Vampire Voodoo; Julie umira każdou noc; Psycho; Trinacte znameni; Stigmata Vampire
Podstawowy skład: Petr Stepan - voc, k, g; Michał Kourek - g; Jiri Sindelka - b; Pavel Stepan - dr
Produkcja: Petr Stepan, Stanislav Baroch
Vampires; Vlci Zena; Vitr z Karpat; Candyman, Dum kde tanci mrtvi; Testament; Elizabeth
Skład: Petr Stepan - voc, g, k; Ollie Rysava - k; Marcel Novak - g; Jiri Sindelka - b; Pavel Stepan - dr
Produkcja: Petr Stepan, Stanislav Baroch
Ważnym uzupełnieniem dyskografii Depeche Mode są cztery oficjalnie wydane kasety wideo, zawierające teledyski oraz sfilmowane koncerty zespołu. W latach 80., kiedy obraz stał się nieodłącznym dodatkiem do muzyki (ba, nawet czasami bywało odwrotnie!), prawie każdy liczący się wykonawca poczuł obowiązek oddania w ręce swoich wielbicieli kilka filmów. Najczęściej ukazywały się one jednocześnie z nowym albumem lub też podczas dłuższych przerw w działalności grupy - aby o niej nie zapomniano. Dorobek Depeche Mode w tej dziedzinie jest w sumie dosyć skromny - na szczęście, gdyż zespół ten nie może się pochwalić wieloma interesującymi wideoklipami, niestety...
Trudno jest sfilmować legendę. Szczególnie, jeżeli to legenda współczesna, a niektóre występujące w niej osoby wciąż jeszcze są wśród nas. Zadanie to tym trudniejsze, im popularniejszy jest temat legendy. Jim Morrison nie żyje wprawdzie od ponad dwudziestu lat, ale niezliczone rzesze sympatyków The Doors na całym świecie sztucznie utrzymują go przy życiu. Krążą nawet plotki, że wcale nie umarł, tylko zaszył się gdzieś, chcąc uciec przed... własną legendą.
Słuchając nowych nagrań "dinozaurów" z lat 60. i 70., a także mając ucho przynajmniej połowicznie otwarte na poczynania młodych gniewnych twórców lat 80., można dojść do osobliwego wniosku. Na przestrzeni minionych dwudziestu lat dokonał się wielki postęp techniki, który - paradoksalnie - przyczynił się do zamordowania muzyki. Kiedyś trzeba było umieć naprawdę grać i mieć coś własnego do zaproponowania, aby przetrwać w tej branży. Obecnie: wystarczy nawet skromny zestaw elektroniczny, producent z niezłym kontem bankowym i głową do interesów, oraz kilku dobrze przeszkolonych fryzjerów i krawców, aby z przeciętnego beztalencia o sympatycznej fizjonomii zrobić gwiazdę. Byłoby to jeszcze wybaczalne, ale... Artyści starej daty, jakby zmęczeni prawdziwą pracą, zaczęli wykorzystywać osiągnięcia techniki do ułatwienia sobie roboty. Problem polega jednak na tym, że zostaliśmy ogłuszeni błyskotliwymi efektami, od których uszy puchną a wnętrzności buntują się (video ostatnie płyty Yes), lub też elektronicznymi eksplozjami i świstami przypominającymi lot pijanej pszczoły - gdzieś natomiast przepadła Muzyka.
Był raz sobie zespół Sisters Of Mercy. Przez kilka lat realizował single i maxisingle, aby wreszcie w 1985 roku wypuścić na rynek pierwszy i zarazem ostatni album, odpowiednio zatytułowany First And Last And Always. Płyta przygotowana została jako epitafium grupy, która podzieliła się wtedy na dwie frakcje - The Sisterhood i The Mission. Podobno główną przyczyną rozpadu Sisters Of Mercy był wokalista Andrew Eldritch, człowiek trudny we współżyciu, usilnie starający się zdominować swoich kolegów. W efekcie The Sisterhood stał się jego formacją, podczas gdy gitarzysta Wayne Hussey założył The Mission. Hussey wziął też na siebie obowiązki wokalisty; prócz niego grupę tworzą Craig Adams (gitara basowa, również były członek Sisters of Mercy), Simon Hinkler (gitara) i Mick Brown (perkusja).
Redakcja znów zamówiła u mnie kolejny odcinek "wspomnień kombatanta", tym razem na temat grupy Wishbone Ash. Ilekroć siadam do pisania takich rekolekcji, zastanawiam się od czego zacząć. Czy od wrażenia, jakie zrobiła na mnie muzyka danego wykonawcy? A może od pozornie nieistotnych wydarzeń towarzyszących jej poznawaniu?
Gdyby ktoś mnie spytał o dwie najlepsze rzeczy, jakie zrobiłem w życiu, odpowiedziałbym: pierwsza to przystąpienie do zespołu Marillion, a druga - odejście z niego.
Powiem otwarcie: nie znoszę, gdy od znanego zespołu odchodzi wokalista. Każdego instrumentalistę można zastąpić, natomiast odszukanie podobnego głosu i osobowości jest raczej niemożliwe. Na palcach jednej ręki policzyć można grupy, które wyszły zwycięsko z takiego impasu: Genesis, Ultravox... Nie wymieniam King Crimson, bo tam akurat nie głos był najważniejszy. Gdy Carl McCoy opuścił Fields Of The Nephilim, poczułem się głupio. Tego szamana nie sposób zamienić na kogoś innego - pomyślałem, pełen obaw. Czekałem niecierpliwie. Czekałem w strachu. Wreszcie stanąłem przed wodami Rubikonu.
Koncert Rogera Watersa i licznego grona jego krewnych i znajomych w Berlinie był nie lada wydarzeniem. Nie tylko raz jeszcze wystawiony został spektakl muzyczno-teatralny The Wall, ale całe widowisko transmitowano "na żywo" drogą satelitarną do wszystkich zakątków Europy. Jeszcze większym wydarzeniem był fakt, że nasza telewizja - za pieniądze Agrosu - dojrzała do przekazania tejże transmisji również "na żywo", a nie kilka lat po fakcie (zazwyczaj reagujemy na wszelkie zjawiska w takim właśnie zastraszającym tempie).
Informacja o reaktywowaniu się Procol Harum wprawiła mnie w stan euforycznej radości, chociaż gdzieś w głębi duszy kołatały nieznośne wątpliwości. Przede wszystkim nie umiałem sobie wyobrazić muzyki Procol Harum Anno Domini 1991. Nie wierzyłem, że Gary Brooker skomponuje nagle utwory na miarę własnych przebojów sprzed dwudziestu lat. A jednak tęskniłem do zbolałego głosu Brookera, do bachowskich organów, do podniosłego nastroju dawnej muzyki Procol Harum. Muzyki tak mi bliskiej i wciąż pełnej uroku. Niestety, jak ktoś kiedyś powiedział, odgrzewać można tylko ziemniaki. Miał straszną rację. Chociaż w przypadku nowej płyty Procol Harum trudno mówić o odgrzewaniu. Nazwałbym ją kolosalną pomyłką, bezczelnie podpisaną zasłużoną nazwą jedynie w celu wyłudzenia pieniędzy od naiwnych fanów.
Kilka lat temu koledzy i fani krakali, że Peter Murphy zboczył na zdradziecką drogę komercjalizacji. Nie lubię tego słowa. Jest dość niesprawiedliwe i niezbyt jasne - w ogólnym pojęciu komercjalizacja to tak zwany sukces kasowy. Tymczasem sukces odnieść można nie tylko produkując mdłe przeboje w złym guście. Niektórzy potrafią zarobić na wspaniałych dziełach, przyjmowanych przez wszystkich z podziwem. Niestety, udane płyty "Love Hysteria" i "Deep" okazały się dla byłego lidera Bauhaus niebezpieczną pułapką. Być może, podekscytowany doskonałością, powiedział sobie: do trzech razy sztuka. I sromotnie się na tym przejechał.
Do płyt artystów takich jak Peter Hammill trzeba podchodzić inaczej niż do dzieł twórców tuzinkowych. Trzeba przyjąć inną skalę ocen i przyjrzeć się nowym propozycjom przez pryzmat dotychczasowej działalności Mistrza. Nie waham się użyć tu tego tytułu t dużej litery Hammill jest swego rodzaju Mistrzem, bez względu na to, jaką atmosferę kreuje na swoich płytach. A znaleźć można na nich praktycznie wszystko. Dwie poprzednie płyty, "Out Of Water" i "Fireships", utrzymane były w klimacie poetycko-lirycznym. "The Noise" zgodnie z tytułem - przynosi ponad czterdzieści minut dość ostrej muzyki o zdecydowanie rockowym charakterze. Śmiem twierdzić, że album ten brzmi bardziej chropawo i nowofalowo niż propozycje Mistrza z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ("The Future Now", "pH7", "A Black Box"). Przypomina raczej dokonania The K Group, powołanej przez naszego bohatera w pierwszej połowie ubiegłej dekady. The K Group działała praktycznie w tym samym składzie, jaki zrealizował "The Noise". Wtedy jednak perkusistą był Guy Evans (podobnie jak Jackson i Potter związany niegdyś z legendarnym Van der Graaf Generator), obecnie zastąpił go Manny Elias (być może pamiętają go niektórzy z płyt Tears For Fears). Mała wytwórnia Golden Hind, odnoga niezależnej firmy niemieckiej Rockport Records współpracującej w dziedzinie dystrybucji z Rough Trade, wznowiła właśnie na kompaktach obydwa studyjne albumy The K Group - Enter K i Patience. Kto wie, być może w celu przygotowania gruntu pod "The Noise"?
Lubię niespodzianki, szczególnie miłe. Lubię nowe płyty lubianych wykonawców. Lubię być zaskakiwany, chociaż mam naturę człowieka uwielbiającego status quo i wpadającego w furię, jeśli w słoiku z napisem ketchup jest musztarda. Wieść o nowej płycie Midge'a Ure'a wprawiła mnie w pełne zakłopotania podniecenie. Niewiele było w tym roku ciekawych płyt, a jeszcze mniej niespodzianek... Najwięcej nudy i rozczarowań. Rok 1988 wydawał się wyjątkowo szary i chudy. A w tym przypadku nawet tytuł płyty - Answers To Nothing - nie nastrajał optymistycznie.
Gdy zabierałem się do słuchania tej płyty, czułem się wyjątkowo niewygodnie. Rok temu napisałem, że "Marillion bez Fisha to jak akwarium bez ryby" - miałem wrażenie, że znalazłem się nagle w takim akwarium: żadnej przyjaznej duszy obok, tylko woda i szkło, a ja przecież nie umiem pływać. Widok okładki zdawał się potwierdzać ponure obawy: dużo spienionej wody, na tym tle cztery fotki - liść na tle pustyni, jaszczurka (kameleon?) na tle ognia, kawałek czapki jestera na tle nieba (a cóż on tutaj robi?) i obrazek z okładki Fugazi utopiony (!) w mętnej wodzie... Całość spłodził już nie Mark Wilkinson, a Bill Smith (tak, tak, ten Sam Bill Smith, autor jakże pomysłowych okładek do płyt Genesis - Abacab, Three Sides Live, Genesis, Invisible Touch). Do tego tytuł Seasons End, jakże wymowny... Mój dyskomfort pogłębiał fakt, że butelka wódki kosztuje ponad 10 tysięcy, a wytrawnego czerwonego wina nie uwidzisz nigdzie. Jak więc zabrać się w tej sytuacji do słuchania płyty firmowanej nazwą tak kiedyś bliską sercu jak Marillion?
Meet Me In My Dream; Beautiful Brutal Thing; I've Never Seen Your Foce; Vaudeville And Burlesque; Champagne; Tenement Symphony: Prelude, Jacky, What Is Love?, Trois Chansons de Bilitis; The Days Of Pearly Spencer; My Hand Over My Heart
Skład: Marc Almond - voc; Dave Bali -k; Nigel Hine - k; Billy McGee - k; Phil Todd - s; Richard Norris - dr; Andy Duncan - dr
Produkcja: The Grid, Almond-McGee-Hine, Trevor Horn
Muszę wyznać, że przed laty Big Country był jednym z moich ulubionych zespołów rockowych. Kiedyś, dawno temu, należałem do zaprzysiężonych fanów mocnego uderzenia. Black Sabbath, Deep Purple, Budgie, Nazareth, UFO, Led Zeppelin... żywiołowe przeżywanie tej muzyki o mało nie zakończyło się dla mnie zejściem śmiertelnym, gdyż tarzając się po podłodze w rytm Killing Yourself To Live Black Sabbath wtoczyłem się pod szafę, która poczęła się niebezpiecznie chwiać... Piszę to, żeby zwolennicy metalu wiedzieli, iż mój dystans do tej muzyki nie wynika z głuchoty czy zniewieścienia. Po prostu poddałem swoje ciało prawie wszystkim metalowym torturom jeszcze w dzieciństwie i chyba z tego wyrosłem. A zresztą muzyka ta za bardzo przypomina dziś huk młota pneumatycznego.
Walk Down To The Water; Magic Lamp; Viva; Goodnight; Green Finger Swinger; Come Reassure Me; All The Reason Slide; Drifting; Ballroom; No Answered Prayers
Skład: Dominic Appleton - voc, k; Gary Mundy - g; Ari Neufeld - b; Martyn Watts - dr
Produkcja: Breathless
Zdania są podzielone. Jedni biją pokłony i zapalają świece, inni szydzą i twierdzą, że mamy do czynienia ze zwykłym oszustwem. Prawda leży jak zwykłe pośrodku, ale, czegokolwiek byśmy nie czuli słuchając muzyki Dead Can Dance, jedno musimy stwierdzić: na rockowej scenie jest to niepowtarzalny ewenement.
A więc stało się: wchodzę w poczet ludzi marudzących na łamach "Tylko Rocka" nie tylko o rocku.
Spróbujmy się zastanowić, jak do tego doszło. Otóż dwa lata temu Kolega Nadredaktor, do łez rozbawiony (?) moją drugą relacją z Londynu, zaproponował mi pisanie o wszystkim - byle śmiesznie. Nigdy nie przypuszczałem, że swoją sarkastyczną pisaniną mógłbym kogokolwiek rozbawić; poczułem się więc dowartościowany, ale zarazem zdezorientowany. Z jednej strony korciło mnie, żeby skorzystać z okazji i zacząć wyśmiewać monty-pythonowski świat, jaki nas otacza... Z drugiej jednak nie chciałem w muzycznym piśmie rozprawiać o filmach, obżarstwie w kinie (oby człowiek, który wymyślił szeleszczące papierki i torebki smażył się w piekle przy dźwiękach rapu do końca świata!), telewizji kablowej Aster Shitty, otaczających mnie idiot(k)ach, komunikacji miejskiej i nie tylko, a także egzystencjalnych frustracjach. Zatem nie dałem się skusić, żywiąc w skrytości ducha nadzieję, że nastąpią w moim życiu pewne zmiany i wyprowadzą starego zboczeńca z cmentarzy ku słońcu. Być może owa nadzieja, że wkrótce na ekranie pojawi się napis "and they lived together happily ever after" zaprawiła moją londyńską relację z 1996 roku dozą wesołości, która tak udzieliła się Nadredaktorowi. Cóż, miało się stać inaczej
W zeszłym miesiącu, inaugurując cykl "Opowieści z krypty", napisałem między innymi, że współczesny rock (o ile można tym zaszczytnym mianem określić ów hałas) działa mi na nerwy i że słucham głównie muzyki filmowej. Zamierzałem rozwinąć ten temat, ale zabrakło miejsca. Uczynię to więc tym razem. Przy okazji przemycę też sporą dawkę swoich sarkastycznych obserwacji dotyczących otaczającego nas świata.
Nie przypuszczałem, że podjąwszy się pisania comiesięcznych felietonów będę miał tyle pomysłów. Pchają się drzwiami i oknami, przez telefon..., a także rodzą się podczas każdego wyjścia z domu. Choć nienawidzę opuszczać krypty, czasem trzeba. I wtedy od razu mam ochotę spryskać coś swoim sarkazmem.
Coroczne wyprawy Nosferatu do Londynu stały się niemal tradycją Dlatego tym razem przeniesiemy się z krypty najpierw do autobusu linii Eurolines, a potem na barwne aleję, ulice i zaułki stolicy Imperium Brytyjskiego. Niczym stokerowski Dracula, uwielbiam przechadzać się zatłoczonymi ulicami Londynu, dać się porwać wirowi zdarzeń i być świadkiem życia pokoleń, ich przemian i śmierci... Tym razem byłem świadkiem upadku cesarstwa kasetowego: innymi słowy, wkurzyłem się na jakość kaset video. Zanim jednak zajrzymy do sklepów HMV, Virgin i Tower Records, spróbujmy wyjechać z Polski.
Niedawno rozmawialiśmy z przyjaciółmi na temat fenomenu Bonda. Wyszło na jaw, że prawie każdy mężczyzna chciałby nim być: pojechać na koszt państwa w egzotyczne kraje, przeżyć superszpiegowską przygodę i zaliczyć kilka rasowych panienek. Z kolei kobiety twierdziły, że Bond jest seksistowskim szowinistą, a filmy z nim irytują infantylnością i adresowane są do tych panów, którzy zamiast garnituru i krawatu powinni nadal nosić krótkie majteczki. No cóż. Chętnie zamieniłbym się w Bonda na dzień lub dwa, choć nie używam już krótkich majteczek, a garniturem nie zhańbiłem się nigdy. Agentem 007 zostałbym dla zabawy, bo to jedyny fajny sposób na życie. Jednak w obecnych czasach coraz trudniej go stosować. Zamiast Bondem człowiek chciałby raczej być Michaelem Douglasem z filmu Falling Down (Upadek): byłby to o wiele praktyczniejszy, choć niestety - ryzykowny sposób na życie.
Kilka godzin temu stuknęła mi czterdziestka. Ładna, okrągła liczba. I podobno złoty wiek, jak twierdzą starsi. Młodsi miłosiernie wstrzymują się od komentarza, choć Anja Orthodox powiedziała mi kilka lat temu, że faceci w moim wieku są już po dwóch przecenach. Niewykluczone. Stare mądre powiedzonko brzmi: jeśli mężczyzna po czterdziestce budzi się rano i nic go nie boli, to znaczy, że umarł, O tym przekonam się jutro. Dziś postanowiłem rozpatrzeć swoje lata w odniesieniu do muzyki rockowej. Bo właśnie słuchając płyt, czuję się stary.
Zanim opuszczę ten dom, opowiem pani o Annie - niechaj te słowa doktora Franklyna z filmu The Reptile będą punktem wyjścia dzisiejszych rozważań, okolicznościowo poświęconych kobietom. Temat to rozległy i okrutny zarazem. Ale nie sposób go uniknąć, skoro historia kina i literatury pełna jest tekstów w rodzaju Z babą źle, ale bez baby jeszcze gorzej. Postaram się udowodnić, że kobieta jest bublem genetycznym, a dobry (?) Bóg w chwili jej stwarzania był chyba mocno pijany lub tak podniecony wizualnym efektem swoich mocy twórczych, że resztę kompletnie schrzanił.
Nikogo nie zaskoczy oświadczenie, że jestem zapalonym kinomanem i maniakalnym zbieraczem filmów. Oglądam przynajmniej jeden co wieczór ale - niestety - głównie w zaciszu domowym, gdyż chodzenie do kina oznacza bezpośredni kontakt z hołota żrąca popcorn. Człowiek czuje się jak w chlewie. Na szczęście w dobie magnetowidów hi-fi stereo i panoramicznych telewizorów można skutecznie odseparować się od żenującego towarzystwa bliźnich. Zaś nadchodząca epoka DVD pozwoli również uciec od nie mniej żenujących tłumaczeń, czytanych przez lektorów: "wersje" polskie opracowane będą bowiem w napisach, które da się - na szczęście - wyłączyć.
Dałem się już poznać jako antykomputerowiec, a także przeciwnik "nowoczesnego grania" (czyli samplowania i żerowania na tematach dawno już wyeksplatowanych przez ich prawdziwych twórców) oraz rapu - rytmicznego bełkotu nie mającego nic wspólnego z muzyką. Najwyższy zatem czas ustosunkować się do rozwoju techniki i tak zwanego "postępu", oferującego nam coraz bardziej urozmaicone cacka za coraz większe pieniądze. Wszystko byłoby dobrze, gdyby owe przysłowiowe zegarki z wodotryskiem były też bardziej niezawodne. Niestety jest inaczej.
Wybaczcie, ale znowu będzie o telewizji. Obiecuję sobie od dawna, że napiszę wreszcie coś bardziej muzycznego, jednak inne tematy wciaż mi w tym przeszkadzaja, na przykład w święta właczyłem telewizor z zamiarem nagrania jakiegoś filmu - i krew mnie ostatecznie zalała. Ilość kanałów do wyboru jest teraz tak ogromna, iż dawno już przestatem zazdrościć Rogerowi Watersowi, utyskujacemu w The Wall na 16 channels of shit on the TV to choose from. Martwi mnie jednak ogólny brak poszanowania dla widzów: stacje telewizyjne staraja się bowiem obrzydzić nam ogladanie filmów fabularnych za wszelka cenę.
Są wakacje. Okres wzmożonej aktywności turystycznej. Pociągi i autobusy wypchane po brzegi. Plecaki, torby, walizki i spocone towarzystwo obwieszone aparatami fotograficznymi. Exodus we wszystkie strony świata i ze wszystkich stron świata. Tylko po co? Cholera wie.
Mieszkanie w bloku ma swoje dobre strony, Przede wszystkim nie trzeba się przejmować wywozem nieczystości i przeciekającym dachem, nie wspominając o wodzie, kanalizacji, ogrzewaniu. drogach, winie, publicznych łaźniach... przepraszam, to nie Żywot Briana. Chciałem dodać: nie wspominając o sąsiadach. których obecność paradoksalnie działa czasem lepiej na potencjalnego złodzieja niż tabliczka z napisem "Uwaga, zły pies" (przykrości związane z trzymania psa pominę milczeniem). Czasem jednak chciałoby się na niektórych drzwiach przymocować ostrzeżenie "Uwaga, zły sąsiad". Szczególnie, jeśli skurczybyk kupi sobie młotek i postanowi zacząć przestawiać ściany.
Nigdy nie zapomnę chwili, gdy pierwszy raz zobaczyłem Lokatora Polańskiego. Było to w warszawskim Iluzjonie, gdzieś wczesną wiosną 1980 roku. Poszedłem na film z rodzicami. Pamiętam, że opuszczaliśmy kino w dziwnych nastrojach. Moja Mama była przerażona, a na mojej twarzy widniał perwersyjny grymas. Mam nadzieję, że teraz wreszcie zrozumiałaś, jak się czuję na tym świecie - powiedziałem.
Niechaj wolno mi będzie rozpocząć od anegdoty. Na dzień przed warszawskim koncertenn Porcupine Tree przyjechaliśmy z Piotrem Kosińskim do Stodoły. Szef Rock Serwisu i animator kolejnej wizyty Jeżozwierzy w Polsce pragnął bowiem zobaczyć wnętrze słynnego klubu po remoncie. Akurat odbywała się tam jakaś huczna rockowa impreza dla licealistów. Sprawnie obmacano nas przy bramce i upewniwszy się. że jesteśmy "bezpieczni", wpuszczono do środka (naiwni ochroniarze nie wiedzieli. że najgroźniejszym atrybutem Nosferatu są zęby. ha ha ha). Wraz z organizatorem wkroczyliśmy na główną salę. gdzie właśnie na podium zainstalował się jakiś rodzimy zespół. Nie wiedząc o tym. zaczęliśmy rozmowę... gdy nagle ze sceny gruchnęto. l wówczas stała się rzecz znamienna. Trzech panów, jak na komendę. bez stówa odwrócito się i błyskawicznie opuściło audytorium. Przed laty taki obrazek byłby niemożliwy. Na dźwięk rockowego zgiełku przybieglibyśmy z drugiego końca świata.
Gdy chodziłem do szkoły, uczono mnie podziwu i szacunku dla dzielnych robotników budujących nasze szczęście. Opowiadano mrożące krew w żyłach historie powstania i dojścia do władzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Były capstrzyki, pochody pierwszomajowe, akademie i lekcje wychowania obywatelskiego. Na plakatach stał u steru socjalistyczny Rambo w rozchełstanej koszuli, z zamglonym wzrokiem skierowanym gdzieś daleko (uważałem wówczas, iż mętne jego spojrzenie jest wynikiem troski o przyszłość narodu). Ba, nawet John Lennon śpiewał wtedy: a working class hero is something to be.
A więc masz ochotę przeczytać felieton? Przełknąć kolejną porcję sarkazmu, niezdrowo się podniecić? Co, zaczynasz mieć wątpliwości? Czujesz się niepewnie? Boisz się. że tym razem znów będzie o tobie? A może chcesz zobaczyć, co naprawdę kryje się za tymi przekrwionymi oczami? Proszę bardzo! Wpierw jednak musisz sforsować mur krypty!
Kocia łapa, stalowy pazur
Neurochirurg krzyczy nienasycony
U zatrutych wrót paranoi
Schizofrenik 21 wieku
Tym razem coś z zupełnie innej beczki. Słuchając często nagrań niemieckiej grupy Rammstein zaobserwowałem u siebie ciekawe zjawisko. Nogi mi sztywnieją, prawica unosi się ku górze i zaczynam maszerować po mieszkaniu niczym John Cleese w Hotelu Zacisze, kiedy zachwalał Niemcom śledzia a la Hermann Goering. Tymczasem w poczciwie techno-rockowej muzyce chłopaków z Rammstein nie ma niczego stricte faszystowskiego! To tylko jej niemieckość sprawia, że chciałoby się włożyć czarny mundur Brunnera i lśniące oficerki. No cóż, nawet śp. Frank Zappa zauważył, że Niemcy uwielbiają maszerować. Tę ich skłonność narodową czuje się w produkowanej tam muzyce (może z wyjątkiem Modern Fucking i rocka elektronicznego, ale wyjątki potwierdzają regułę).
Gdy wiadomość o odejściu Fisha obiegła cały świat we wrześniu 1988 roku, jeden z czytelników magazynu "Kerrang!" przysłał do redakcji krótki list: I co dalej? Cztery albumy solowe zatytułowane "Fish" oraz podwójny "Fish Plays Live?" Ian Mosley przejmie mikrofon, a potem z lekka wylenieje i zostanie wziętym producentem i popularnym piosenkarzem? Steve Rothery odejdzie i rozpocznie działalność solo? W tych słowach wyczuwalna jest ironia, ale także coś na kształt gorzkiego żalu. Zbyt często przyrównywano Marillion do Genesis. I trochę za bardzo pokrywały się losy obydwu zespołów. Policzmy: w latach 1969-74 Genesis zrealizował z Peterem Gabrielem siedem albumów: pięć pojedynczych studyjnych, jeden koncertowy i jeden podwójny. Dokładnie tak samo wygląda dyskografia Marillion z Fishem; z tym tylko, że ten siódmy podwójny LP ukazał się już po odejściu i zawierał nagrania koncertowe. Niewiele jednak brakowało, a mógł to być studyjny dwupłytowy concept-album - historia człowieka jadącego samochodem i słuchającego różnych stacji radiowych. Fish pragnął, by Marillion wykonał kilka cudzych kompozycji, podrabiając w ten sposób muzykę płynącą z radioodbiornika w samochodzie i wpływającą na przemyślenia bohatera-kierowcy. Zespół nie zgodził się na to, czując niechęć do nagrywania tzw. cover versions; pp. Kelly, Rothery, Trewavas i Mosley mieli sporo własnych pomysłów muzycznych i nad nimi zamierzali pracować. I tak kłótnia nad kształtem płyty zadecydowała - Fish, zmęczony już morderczymi trasami koncertowymi i mający dość kompromisów, zgłosił rezygnację. Pozostali muzycy ją przyjęli.
Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych prenumerowałem tygodnik "Melody Maker", który - o dziwo - regularnie docierał do mnie z mniej więcej tygodniowym opóźnieniem. Regularność i częstotliwość uległy drastycznemu zakłóceniu po 13 grudnia 1981, ale nie o tym zamierzam pisać.
Przypuszczalnie nigdy nie kupiłbym książki Rock przez cały rok, i tym samym nigdy nie poznałbym jej zawartości - ale wydawnictwo Wiedza Powszechna uszczęśliwiło mnie tzw. egzemplarzem recenzyjnym. Wyróżnienie to duże, więc chcąc nie chcąc zacząłem podarunek wertować - i włosy stanęły mi na głowie, a reszta odpadła.
Nephilim to ja! - oświadczył brytyjskiej prasie wokalista Fields Of The Nephilim, Carl McCoy.
Bezpardonowo wyrzucił wszystkich czterech kolegów i zadeklarował utworzenie nowej grupy pod starą nazwą. Coś podobnego wydarzyło się już w 1985 roku, kiedy to niejaki Eldritch pozbył się kolegów i rozpoczął z nimi walkę o utrzymanie prawa do nazwy. Jak widać, dość łatwo jest zostać Eldritchem... Ale nie tylko Eldritchem. Uważny czytelnik, zainteresowany drukowaną w tym numerze naszego pisma historią Pink Floyd, dostrzeże tu pewne analogie do stwierdzenia Rogera Watersa: Pink Floyd to ja. Nie myślę tej analogii komentować.
W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych niektóre pisma muzyczne reklamowały wielkie, kolorowe plakaty przedstawiające malowidła z okładek płyt, a także ich żartobliwe parafrazy. W pamięci utkwił mi jeden - przedstawiał, pardon, gówno w trawie, kształtem do złudzenia przypominające fantazyjnie poskręcany dzwon z okładki słynnej płyty Mike'a Oldfielda, Tubular Bells. Podpis brzmiał: Tubularsmells (Smrody rurowe).
Rock Is My Life And This Is My Song
Niniejszy tekst miał w zasadzie nie powstać.
Pojechałem wprawdzie po raz trzeci do Londynu i odwiedziłem wszystkie "stare kąty", ale nie natrafiłem na żadną intrygującą imprezę rockową. Nie spotkałem też nikogo znajomego z tego światka. Jak burza przemknąłem tylko po wszystkich megastore'ach typu Virgin, HMV i Tower Records; kupiłem 11 płyt z muzyką filmową i ponad 70 kaset video. Wróciłem obładowany i szczęśliwy, lecz nie przywiozłem niczego, czym mógłbym zainteresować czytelników "Tylko Rocka". Jednak wyjechałem z Polski w nastroju zrezygnowania i przygnębienia, a wróciłem jak nowo narodzony - i gdy Redakcja zaproponowała, żebym mimo wszystko coś napisał... przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Postanowiłem opisać egzorcyzmy, które samoczynnie dokonały się nad moim życiem podczas tego wyjazdu. A dokonały się za pomocą... muzyki. I to będzie ten rockowy łącznik.
Podczas jednego z moich ostatnich spotkań z czytelnikami i słuchaczami zadano pytanie, jaki wpływ na mój zawód wywarł ojciec? Odpowiedziałem po chwili namysłu, że przede wszystkim kupił mi magnetofon, by odwieść mnie od zwariowanych planów hodowania kur lub papużek (gdy ma się 12 lat, różne pomysły przychodzą człowiekowi do głowy...). Ponieważ muzyka rozbrzmiewała w naszym domu odkąd sięgam pamięcią, stąd moje melomańskie zainteresowania, a że ojciec często delektował się dobrym rockiem, stąd więc moje ukierunkowanie muzyczne. Gdy już udzieliłem wyczerpującej odpowiedzi, padło następne pytanie: na ile preferowana przeze mnie muzyka wywiera teraz wpływ na twórczość ojca? Tutaj nie wiedziałem już jak zareagować, gdyż działalność artystyczna Zdzisława Beksińskiego to sprawa, o której raczej nie rozmawiamy przy obiedzie. Jeśli jednak musze cokolwiek tutaj powiedzieć, to chyba najbliższe prawdzie będzie stwierdzenie, że muzyka jako taka nie wywierała nigdy bezpośredniego wpływu na jego malarstwo. Była zawsze i jest półśrodkiem, używką - niczym jego nieodzowna kawa nesca.
Mówiąc krótko - rok był raczej nijaki. Ukazało się sporo dobrych i ciekawych płyt, ale tylko nieliczne wyróżniały się na tyle, że mogę je umieścić na jakiejś liście. Zdecydowany faworyt: MARC ALMOND Enchanted - tu zostałem przemile zaskoczony, gdyż nie spodziewałem się po nim TAKIEJ płyty. Poza tym genialne Elizium Fields of the Nephilim (tu jednak nie zostałem zaskoczony, gdyż takiej płyty właśnie oczekiwałem), i nad wyraz piękny, choć w każdym calu wtórny Peter Hammill. LP Out of Water to przede wszystkim dowód, że Mistrz jest nadal w dawnej formie. Najbardziej zdumiewające zaskoczenie in plus: płyta Purple grupy Closterkeller. Zawsze wzdrygałem się na dźwięk słów "polski rock", jakby to była choroba zakaźna, ale tym razem wsłuchałem się do końca i... rzeczywiście się zaraziłem. I want more!
W ubiegłej dekadzie modne były wszelkie duety elektroniczne, starające się zdyskontować powodzenia pionierów w tej dziedzinie: Marca Almonda i Davida Balla - Soft Cell. Oni sami odnieśli sukces dopiero w 1981 roku, ale zabawiali się organizowaniem dziwacznych wieczorków poetycko-muzyczno-elektronicznych już wcześniej. W tym samym czasie debiutowali OMD i The Buggles, którzy na samym początku 1980 roku wydali swój słynny LP The Age of Plastic - pierwszy w pełni doskonały produkt spod znaku techno-pop.
Podobno Chruszczow powiedział kiedyś o rocku symfonicznym: Ta muzyka przypomina wyziewy z latryny. W połowie lat siedemdziesiątych zjawisko zwane punk wstrząsnęło podstawami rockowego establishmentu. Jego celem wydawało się zniszczenie wszystkiego, co było dotąd. Obiektem ataku były głównie wielkie zespoły w rodzaju Genesis, Pink Floyd, Emerson Lakę And Palmer, Yes... Czy rewolta powiodła się?
Jest taki film, w którym bohater opuszcza rodzinną wioskę i po jakimś czasie jej mieszkańcy uznają go za zmarłego. Przygotowują się więc do uroczystości pogrzebowych, chociaż nie mają ciała ani żadnych dowodów śmierci bohatera. W tym czasie on spokojnie ukrywa się w kościele, czekając aż nadejdzie chwila jego "zmartwychwstania"...
Zdaję sobie sprawę z tego, że w dużym stopniu ponoszę odpowiedzialność za spopularyzowanie w Polsce tego krótkotrwałego i w sumie mało znaczącego w historii rocka stylu, zwanego "new romantic". Jednak na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych był on jedynym światłem w mroku zgrzytów i hałasów, punkowych jazgotów, awangardowych brudów...
Witam w Krypcie - stronie poświęconej Tomaszowi Beksińskiemu. Znajdziesz tu jego życiorys, artykuły, tłumaczenia, zdjęcia i wycinki z prasy dotyczące Jego osoby. Jeśli dysponujesz materiałem którego tutaj nie znalazłeś, byłbym Ci bardzo wdzięczny za jego nadesłanie, z zaznaczeniem źródła, autora, daty i numeru publikacji oraz kursyw i boldów (WAŻNE!).
Tomasz Beksiński – życie na styku geniuszu i mroku
Tomasz Beksiński urodził się w 1958 roku w Sanoku jako syn wybitnego artysty Zdzisława Beksińskiego. Już od wczesnych lat wykazywał niezwykłą wrażliwość, którą przejawiał w swoich licznych pasjach – od muzyki, przez film, aż po literaturę.
Solsbury Hill
"Tylko Rock" nr 8 (84) sierpień 1998
Martwy krab
"Tylko Rock" nr 9 (85) wrzesień 1998
