Krzesło
Pierwszym człowiekiem, którego zapamiętałem z Enteru, nie był muzyk. Nie siedział przy fortepianie, nie stroił kontrabasu i nie sprawdzał mikrofonu przed koncertem. Nie pojawił się też na żadnym plakacie. Szedł od strony parkingu, niosąc składane krzesło. Takie zwykłe, materiałowe, z podłokietnikami. W świecie festiwali muzycznych trudno o mniej widowiskowy rekwizyt. A jednak właśnie ono zostało mi w pamięci.
Widziałem go przez trzy kolejne dni. Przychodził mniej więcej o tej samej porze. Nie rozglądał się. Nie sprawdzał programu. Nie studiował rozpiski koncertów. Rozstawiał krzesło mniej więcej w tym samym miejscu, obok stawiał torbę termiczną i czekał. Wyglądał jak człowiek, który nie przyjechał tutaj pierwszy raz. Raczej jak ktoś wracający do miejsca dobrze znanego. Takiego, którego nie trzeba już odkrywać.
To właśnie wtedy pojawiło się pierwsze pytanie. Za czym właściwie przyjeżdżają tutaj ludzie? Oficjalna odpowiedź wydaje się oczywista. Dla muzyki. Po to przecież organizuje się festiwale. Problem polegał na tym, że im dłużej siedziałem na widowni, tym mniej oczywista stawała się ta odpowiedź. Wystarczyło rozejrzeć się wokół. Większość uczestników wyglądała bardziej jak stali bywalcy niż łowcy nowych muzycznych odkryć. Przyszli przygotowani. Mieli własne krzesła, własne koce, własne rytuały. Wiedzieli, gdzie zaparkować samochód, gdzie usiąść i którędy wyjść po zakończeniu koncertu.
Najciekawsze było jednak coś innego. Przez trzy dni praktycznie nie widziałem ludzi gorączkowo sprawdzających program. Nikt nie biegał między sceną a telefonem, próbując doczytać biografię kolejnego wykonawcy. Nie było atmosfery wielkiego muzycznego polowania. Dominował spokój. Taki sam spokój, jaki widzi się czasem u ludzi wracających co roku nad to samo jezioro albo na ten sam kemping. Człowiek przyjeżdża wtedy nie po nowość. Przyjeżdża po coś, co już zna.
To oczywiście nie znaczy, że muzyka była nieważna. Wręcz przeciwnie. Problem polegał na czymś innym. Coraz częściej miałem wrażenie, że muzyka nie jest tutaj celem podróży. Jest raczej powodem, dla którego podróż w ogóle się odbywa. Różnica wydaje się niewielka. W praktyce jest ogromna. Bo jeśli muzyka staje się tylko częścią większego doświadczenia, trzeba zadać kolejne pytanie. Jeśli nie przyjechali wyłącznie dla koncertów, to po co właściwie przyjechali nad Strzeszynek?
To pytanie wracało do mnie przez cały festiwal. Wracało podczas koncertów, w kolejkach po jedzenie, na parkingu i podczas spacerów wzdłuż ogrodzenia. Z początku wydawało się banalne. Pod koniec festiwalu okazało się najważniejsze.

Za czym oni właściwie przyjechali?
Najprostszym sposobem sprawdzenia, po co ludzie przyjeżdżają na festiwal, jest słuchanie ich rozmów. Nie wywiady. Nie ankiety. Nie formularze ewaluacyjne rozsyłane tydzień później. Zwykłe rozmowy prowadzone podczas przerwy między koncertami. Takie, których nikt nie planował i które nie są przeznaczone do cytowania w materiałach promocyjnych. Właśnie wtedy człowiek najczęściej mówi prawdę.
Przyznam, że spodziewałem się czegoś zupełnie innego. W końcu mówimy o jednym z najbardziej rozpoznawalnych festiwali jazzowych w Polsce. Logika podpowiadała, że w powietrzu będą unosić się nazwiska muzyków, tytuły płyt i wspomnienia dawnych koncertów. Tymczasem bardzo szybko okazało się, że rzeczywistość ma własne plany. W kolejce po kawę słyszałem rozmowę o remoncie mieszkania. Kilka metrów dalej ktoś opowiadał o zmianie pracy. Przy sąsiednim stoliku trwała dyskusja o dzieciach kończących studia. Jazz oczywiście się pojawiał, ale zwykle na chwilę. Dwa zdania. Trzy zdania. Potem rozmowa wracała do życia.
Początkowo wydawało mi się to dziwne. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwa opowieść o Enterze. Festiwal nie funkcjonuje w próżni. Nie jest świątynią odciętą od codzienności. Ludzie nie przyjeżdżają tutaj zostawiając za bramą kredyty, remonty, szefów, dzieci i wszystkie pozostałe sprawy. Przywożą je ze sobą. Rozstawiają obok składanego krzesła i siadają kilka metrów od sceny. Muzyka nie zastępuje życia. Muzyka dostaje na kilka godzin miejsce obok niego.
Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego. Przez trzy dni nie spotkałem praktycznie nikogo, kto sprawiałby wrażenie człowieka przyjeżdżającego tutaj po prestiż. Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto za pół roku wspomni przy rodzinnym stole, że był na Enterze. Tak samo jak ktoś pochwali się wyjazdem do Norwegii albo nowym samochodem. Tyle że takich osób było niewiele. Dominowali ludzie wyglądający raczej na zmęczonych codziennym hałasem niż głodnych towarzyskiego splendoru. Przychodzili, siadali i słuchali. Czasem rozmawiali. Czasem milczeli. Nie było w tym nic widowiskowego.
To właśnie wtedy zacząłem przyglądać się publiczności bardziej niż scenie. Człowiek siedzący kilka rzędów przede mną przywoził własne krzesło. Para po lewej stronie każdego dnia zajmowała niemal identyczne miejsce. Grupa znajomych spotykała się przy tym samym stoliku podczas każdej przerwy. Niby drobiazgi. Problem polegał na tym, że drobiazgi bardzo rzadko kłamią. To z nich składają się przyzwyczajenia, a przyzwyczajenia są zwykle znacznie uczciwsze od deklaracji.
Coraz wyraźniej widziałem, że wielu ludzi nie przyjechało tutaj na jednorazowe wydarzenie. Przyjechali podtrzymać pewną ciągłość. Spotkać ludzi podobnych do siebie. Spędzić kilka godzin w miejscu, gdzie nikt nie krzyczy przez megafon, nie sprzedaje cudownych recept na życie i nie próbuje za wszelką cenę przykuć uwagi. W czasach, gdy większość wydarzeń walczy o odbiorcę jak handlarz na targowisku, samo to wydawało się zaskakująco świeże.
Pytanie jednak pozostawało bez odpowiedzi. Skoro rozmowy rzadko dotyczyły muzyki, a wielu uczestników nie znało nawet większości wykonawców, to dlaczego co roku wracali dokładnie w to samo miejsce? Odpowiedź zaczęła pojawiać się dopiero wtedy, gdy zacząłem zwracać uwagę nie na nazwiska muzyków, lecz na jedno nazwisko, które wracało w rozmowach znacznie częściej od wszystkich pozostałych.

Nazwisko
Przez trzy dni próbowałem znaleźć człowieka, który zna wszystkich wykonawców tegorocznej edycji. Wydawało mi się to zadaniem prostym. W końcu mówimy o festiwalu muzycznym, nie o losowaniu totolotka. Tymczasem każda kolejna rozmowa prowadziła do podobnego miejsca. Ktoś znał jednego artystę. Ktoś dwóch. Ktoś wcześniej przesłuchał kilka nagrań w internecie. Człowieka, który potrafiłby opowiedzieć o całym programie od początku do końca, zwyczajnie nie znalazłem.
To nie był zarzut. Raczej obserwacja. Sam zresztą przyjechałem przygotowany tylko częściowo. Problem polegał na czymś innym. Im mniej słyszałem o wykonawcach, tym częściej słyszałem jedno konkretne nazwisko. Pojawiało się przy stolikach, w kolejkach, podczas spacerów między koncertami. Nie nazwisko gwiazdy wieczoru. Nie nazwisko człowieka, który właśnie schodził ze sceny. Nazwisko człowieka odpowiedzialnego za program całego wydarzenia.
I właśnie wtedy zacząłem rozumieć mechanizm działania Enteru.
Oficjalnie ludzie kupują bilet na koncerty. Tak wynika z plakatów, programu i całej festiwalowej otoczki. W praktyce wielu uczestników kupuje bilet na wybór. To subtelna różnica, ale warto ją zauważyć. Człowiek nie musi znać wszystkich wykonawców. Wystarczy, że ufa człowiekowi, który ich zaprosił. Ryzyko zostaje przeniesione z publiczności na kuratora. To on bierze odpowiedzialność za zachwyt. To on bierze odpowiedzialność za rozczarowanie.
W pewnym sensie przypomina to restaurację. Można oczywiście studiować skład każdego dania osobno. Można analizować przyprawy, pochodzenie produktów i technikę przygotowania. Tyle że większość ludzi wybiera restaurację inaczej. Patrzy, kto stoi w kuchni. Jeśli ufa kucharzowi, zamawia w ciemno. Jeśli nie ufa, nawet najlepsze menu niewiele pomoże. Enter działa podobnie. Publiczność przyjeżdża nie dlatego, że zna wszystkie składniki. Przyjeżdża dlatego, że od lat ufa szefowi kuchni.
To rozwiązanie ma jednak swoją cenę. Jeżeli kupujesz bilet na konkretnego artystę, wiesz mniej więcej, czego się spodziewać. Jeśli kupujesz bilet na wybór kuratora, kupujesz również ryzyko. Możesz zostać zachwycony czymś, czego nigdy sam byś nie wybrał. Możesz również przez dwie godziny zastanawiać się, co właściwie poszło nie tak. I właśnie ta niepewność wydaje mi się jednym z najciekawszych elementów całego festiwalu.
Podczas jednej z rozmów usłyszałem zdanie, które zostało ze mną do końca wydarzenia. Rozmówca przyznał otwarcie, że zna może dwóch wykonawców z całego programu. Na pytanie, dlaczego więc kupił bilet, odpowiedział bez chwili zastanowienia. Bo jeszcze nigdy nie wyjechał stąd obojętny. To była bardzo uczciwa odpowiedź. Nie mówiła nic o jazzie. Nie mówiła nic o muzyce. Mówiła o doświadczeniu. A doświadczenie, w przeciwieństwie do programu, nie da się wydrukować na plakacie.
Właśnie wtedy wróciła do mnie myśl o człowieku ze składanym krzesłem. Coraz mniej interesowało mnie, kogo przyszedł posłuchać. Znacznie bardziej interesowało mnie, dlaczego wraca. Bo jeśli nie zna wszystkich wykonawców, jeśli podczas przerw rozmawia głównie o życiu, a nie o muzyce, to musi istnieć jakiś inny powód. I miałem coraz silniejsze przeczucie, że ten powód znajduje się nie na scenie, lecz pomiędzy sceną a widownią.

Cena uczestnictwa
Festiwale najczęściej pokazują się od najlepszej strony. Scena, światła, artyści, uśmiechnięci ludzie siedzący na trawie. Człowiek ogląda zdjęcia i ma wrażenie, że przez kilka dni wszyscy żywią się muzyką, powietrzem i dobrym nastrojem. Problem polega na tym, że organizm ma własne zdanie na temat kultury. Po dwóch godzinach siedzenia człowiek robi się głodny. Po trzech chce się napić. Po czterech zaczyna szukać toalety. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwy test każdego wydarzenia.
Organizatorzy Enteru przewidzieli pomiędzy koncertami około trzydziestu minut przerwy. Na papierze wygląda to rozsądnie. W praktyce matematyka szybko pokazuje swoje mniej przyjazne oblicze. Jeżeli tysiąc osób jednocześnie postanowi coś zjeść, pojawia się problem. Trzeba dojść do stoiska. Odstać swoje. Wybrać jedzenie. Zapłacić. Poczekać na wydanie zamówienia. Znaleźć wolne miejsce. Zjeść. Potem jeszcze wrócić pod scenę. Trzydzieści minut zaczyna nagle wyglądać znacznie skromniej.
Nie trzeba było długo obserwować, aby zauważyć pewien wzór zachowań. Spora część uczestników po prostu znikała. Nie w stronę jeziora. Nie na spacer. Na parking. Tam odbywał się drugi, równoległy festiwal. Znacznie mniej widowiskowy, ale pod pewnymi względami bardziej interesujący. Otwierały się bagażniki. Pojawiały się termosy. Kanapki przygotowane rano w domu. Sałatki. Ciasta. Czasem kawa. Czasem herbata. Wszystko bez kolejek, paragonów i nerwowego patrzenia na zegarek.
Patrzyłem na to z pewnym rozbawieniem. W oficjalnej narracji festiwal funkcjonuje jako wydarzenie muzyczne. Tymczasem część uczestników zachowywała się bardziej jak doświadczeni turyści niż bywalcy koncertów. I trudno im się dziwić. Człowiek, który kilka razy przejdzie przez ten sam mechanizm, zaczyna szukać rozwiązań. To naturalny odruch. Tak samo jak zabranie własnego krzesła. Własnego koca. Własnej butelki wody. Festiwal festiwalem, ale rozsądek nadal pozostaje rozsądkiem.
Ciekawie wyglądał również temat alkoholu. Dostępne było przede wszystkim piwo. Nie mam zamiaru robić z tego problemu większego niż jest w rzeczywistości, ale zwróciło to moją uwagę. Zwłaszcza gdy patrzyłem na publiczność. Dominowali ludzie dojrzali, często dobrze sytuowani, przychodzący bardziej po doświadczenie niż po rozrywkę. Piwo oczywiście się sprzedawało. Tyle że nie ono budowało atmosferę tego miejsca. Znacznie częściej widziałem ludzi z kawą niż z kuflem. To pozornie niewielka różnica, ale sporo mówi o charakterze wydarzenia.
Jeszcze ciekawsza była gastronomia. Nie dlatego, że była szczególnie zła. Była po prostu niewydolna wobec skali wydarzenia. To różnica, którą warto zauważyć. Jeżeli tysiąc ludzi ustawi się po jedzenie w podobnym czasie, nawet najlepsza organizacja zaczyna mieć ograniczenia. Kolejka nie jest efektem złej woli. Jest efektem fizyki. Tak samo jak korek na autostradzie. Można mieć najlepsze intencje, ale pewnych praw nie da się negocjować.
I właśnie wtedy zacząłem rozumieć kolejną rzecz. Festiwal nie składa się wyłącznie z koncertów. Składa się również z tego wszystkiego, co dzieje się pomiędzy nimi. Z parkingu. Z kolejek. Z poszukiwania wolnego stolika. Z kanapki wyciągniętej z plecaka. Z rozmowy prowadzonej w cieniu samochodu. To są rzeczy, których nie zobaczymy na plakacie. Problem polega na tym, że właśnie one często decydują o tym, czy człowiek wróci tutaj za rok.
A wielu wraca. Co oznacza, że pomimo wszystkich drobnych niedoskonałości mechanizm nadal działa. Pytanie tylko, czy działa dzięki temu, co oficjalnie uważa się za najważniejsze, czy może dzięki czemuś zupełnie innemu.

Oficjalna opowieść
Każde wydarzenie potrzebuje własnej legendy. Nie chodzi nawet o marketing. Bardziej o prostą ludzką potrzebę opowiadania historii. Łatwiej sprzedać miejsce, gdy można je opisać jednym zdaniem. W przypadku Enteru takim zdaniem jest jezioro. Woda. Natura. Muzyka rozgrywająca się gdzieś pomiędzy drzewami. Człowiek patrzy na zdjęcia promocyjne i rzeczywiście widzi spójną opowieść. Jest scena. Jest zieleń. Jest jezioro. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać.
Problem zaczął się w momencie, gdy postanowiłem sprawdzić, ile z tej opowieści funkcjonuje w rzeczywistości. Nie na zdjęciach. Nie w materiałach prasowych. W doświadczeniu uczestnika. Takim zwykłym, który przyjechał samochodem, rozstawił krzesło i usiadł kilkadziesiąt metrów od sceny. Bardzo szybko okazało się, że jezioro pełni tutaj rolę nieco podobną do dekoracji w teatrze. Jest obecne. Wszyscy wiedzą, że istnieje. Tyle że przez większość czasu uwaga publiczności skupiona jest gdzie indziej.
To nie jest zarzut. Raczej stwierdzenie faktu. Znacznie częściej od jeziora odczuwałem drzewa. To one dawały cień podczas upału. To one zatrzymywały część wiatru. To od nich dochodził śpiew ptaków słyszalny pomiędzy utworami. W pewnym momencie zacząłem nawet zwracać uwagę na to, jak często uczestnicy festiwalu patrzą w stronę wody. Odpowiedź okazała się zaskakująca. Niezbyt często. Większość czasu spędzali zwróceni twarzą do sceny albo do ludzi siedzących obok.
Jezioro miało jeszcze jeden problem. W przeciwieństwie do folderów reklamowych jest miejscem rzeczywistym. A miejsca rzeczywiste mają swoje ograniczenia. W upalne dni zdarzało się, że wiatr przynosił zapachy, których raczej nie umieszcza się w materiałach promocyjnych. Temat jakości wody wraca w Poznaniu od lat i nie jest żadną tajemnicą. Nie trzeba być biologiem ani aktywistą, żeby wiedzieć, że jezioro nie funkcjonuje w próżni. Tak samo jak miasto nie funkcjonuje w próżni. Problem nie polega więc na tym, że takie rzeczy się zdarzają. Problem polega raczej na tym, że oficjalna opowieść bardzo nie lubi takich szczegółów.
Im dłużej obserwowałem Enter, tym wyraźniej widziałem pewien paradoks. Festiwal reklamuje się bliskością natury, ale jego prawdziwa siła nie wynika z jeziora. Wynika z przestrzeni. Z tego, że człowiek nie siedzi zamknięty w sali koncertowej. Może wstać. Może przejść się pomiędzy drzewami. Może usiąść dalej od sceny albo bliżej. Może przez chwilę nie słuchać muzyki i nikt nie będzie miał mu tego za złe. To jest wartość realna. Nie trzeba jej nawet specjalnie reklamować.
Zawsze z pewną ostrożnością podchodzę do miejsc, które bardzo intensywnie opowiadają o własnej wyjątkowości. W terenie zwykle działa prosta zasada. Jeżeli coś jest naprawdę ciekawe, obroni się samo. Enter nie potrzebuje wielkiej opowieści o jeziorze. Nie potrzebuje romantycznych wizji spotkania natury z kulturą. Ma znacznie mocniejsze argumenty. Problem polega na tym, że znajdują się one kilkadziesiąt metrów dalej. Nie przy wodzie. Pomiędzy sceną, parkingiem i ludźmi.
I właśnie tam prowadziła mnie kolejna obserwacja. Bo jeżeli oficjalna opowieść mówiła o jeziorze, to prawdziwa opowieść zaczynała się po drugiej stronie ogrodzenia.

Opowieść prawdziwa
Najciekawsze miejsce festiwalu znajdowało się poza festiwalem.
Brzmi absurdalnie, ale właśnie takie wrażenie miałem po kilku dniach obserwacji. Wystarczyło odejść kilkadziesiąt metrów od sceny i spojrzeć na wydarzenie z innej perspektywy. Po jednej stronie ogrodzenia siedzieli ludzie z biletami. Przed nimi scena, oświetlenie, ochrona i cała infrastruktura potrzebna do organizacji dużego wydarzenia. Po drugiej stronie znajdowała się plaża. Zwykła plaża. Bez identyfikatorów, opasek i kontroli wejścia.
Muzykę było słychać zaskakująco dobrze.
Nie idealnie. Nie tak jak pod sceną. Wystarczająco jednak, żeby śledzić koncert. Wystarczająco, żeby rozpoznać charakter utworu. Wystarczająco, żeby przez godzinę albo dwie siedzieć na piasku i słuchać tego, co dzieje się po drugiej stronie ogrodzenia. I właśnie tam zobaczyłem ludzi, których nie uwzględnia żadna oficjalna statystyka wydarzenia. Nie byli publicznością. Nie byli klientami. Nie byli uczestnikami. A mimo to słuchali dokładnie tej samej muzyki.
To był ciekawy obraz. Z jednej strony tysiąc osób, które zapłaciły za udział w wydarzeniu. Z drugiej strony ludzie, których portfel albo priorytety życiowe skierowały gdzie indziej. Muzyka nie robiła jednak większej różnicy pomiędzy jednymi a drugimi. Dźwięk przechodził przez ogrodzenie bez pytania o bilet. W tym sensie był znacznie bardziej demokratyczny niż cały system organizacyjny otaczający festiwal.
Przez chwilę obserwowałem grupę siedzącą na plaży. Nikt nie robił tam wielkich rzeczy. Ktoś czytał książkę. Ktoś rozmawiał. Ktoś patrzył na wodę. Kiedy ze sceny płynęła muzyka, rozmowy cichły. Po chwili wracały. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że ci ludzie również uczestniczą w festiwalu. Po prostu na własnych zasadach. Bez programu. Bez kolejek po identyfikatory. Bez konieczności wpisywania się w oficjalny scenariusz.
To właśnie wtedy pomyślałem o sponsorach. Przez lata zawodowo zajmowałem się marketingiem i pewnych rzeczy nie potrafię już wyłączyć. Na widowni logotypy były obecne. Na materiałach promocyjnych również. Tymczasem na plaży znajdowała się grupa ludzi, która prawdopodobnie pozostawała całkowicie poza radarem organizatorów. A przecież byli tam odbiorcy. Ludzie zainteresowani wydarzeniem. Ludzie poświęcający mu czas. Ludzie słuchający tej samej muzyki. W świecie marketingu takie sytuacje zwykle nazywa się niewykorzystaną szansą.
Co ciekawe, właśnie z plaży najlepiej było widać pewną słabość oficjalnej narracji. Stojąc tam, człowiek niemal przestawał myśleć o jeziorze jako głównym bohaterze miejsca. Znacznie ważniejsza stawała się relacja pomiędzy ludźmi a przestrzenią. Jedni siedzieli pod sceną. Drudzy na piasku. Jeszcze inni spacerowali pomiędzy nimi. Muzyka spinała te światy w jedną całość. Nie jezioro. Nie infrastruktura. Nie nawet artyści. Muzyka.
Patrząc z tej perspektywy zacząłem zastanawiać się nad jeszcze jedną rzeczą. Co by się stało, gdyby scenę odwrócić? Gdyby zamiast kierować dźwięk wyłącznie w stronę oficjalnej widowni, otworzyć go szerzej na cały akwen? Nie wiem. Być może nic. Być może powstałby chaos. A być może Enter zyskałby drugi wymiar, którego obecnie nie wykorzystuje. To już jednak temat dla organizatorów. Moim zadaniem było obserwować.
Jedno wiedziałem na pewno. Jeżeli ktoś chciał zrozumieć, czym naprawdę jest ten festiwal, nie powinien ograniczać się do siedzenia pod sceną. Czasami warto przejść kilkadziesiąt metrów dalej. To właśnie tam najłatwiej było zauważyć, że muzyka jest tylko początkiem historii. Znacznie ciekawsze okazywało się wszystko to, co działo się wokół niej.

Ryzyko
W pewnym momencie zrozumiałem, że kupując bilet na Enter człowiek kupuje coś więcej niż dostęp do koncertów. Kupuje również ryzyko. To słowo nie pojawia się w materiałach promocyjnych. Trudno się dziwić. Nikt nie reklamuje wydarzeń hasłem „może się Państwu nie spodobać”. Problem polega na tym, że właśnie w tym miejscu zaczyna się uczciwa relacja pomiędzy kuratorem a publicznością.
Przez lata przyzwyczailiśmy się do kultury szytej pod oczekiwania odbiorcy. Algorytm podpowiada kolejną piosenkę podobną do poprzedniej. Serwis filmowy proponuje następny serial oparty na tym, co już oglądaliśmy. Księgarnia internetowa pokazuje książki podobne do tych, które wcześniej kupiliśmy. Człowiek porusza się w świecie coraz bardziej dopasowanym do własnych upodobań. Wygodnym. Bezpiecznym. Przewidywalnym. Enter działa odwrotnie.
Tutaj ktoś inny podejmuje decyzję za publiczność. To on wybiera artystów. To on układa program. To on bierze odpowiedzialność za to, że przez trzy dni ponad tysiąc osób będzie siedziało przed sceną. Jeżeli koncert okaże się wybitny, część zasług spadnie na niego. Jeżeli okaże się trudny, niezrozumiały albo zwyczajnie odpychający dla części widzów, odpowiedzialność również pozostanie po jego stronie. Taka jest cena kuratorstwa.
Jeden z koncertów uświadomił mi to wyjątkowo mocno. Już po kilku minutach wiedziałem, że coś tutaj nie działa. Nie chodziło o poziom wykonania. Z tym nie miałem problemu. Muzycy byli znakomici. Problem znajdował się gdzie indziej. W ciągu życia widziałem setki koncertów. Lepszych i gorszych. Takich, które pamiętam do dziś, i takich, które wyparowały z pamięci jeszcze przed wyjazdem z parkingu. To był pierwszy raz, kiedy siedząc na widowni poczułem zwykłe odrzucenie proponowanej sztuki.
Co ciekawe, kilka rzędów dalej siedzieli ludzie reagujący dokładnie odwrotnie. Klaskali. Uśmiechali się. Wciągał ich każdy kolejny fragment występu. Patrzyłem na nich z rosnącym zainteresowaniem, bo nagle okazało się, że nie obserwuję już koncertu. Obserwuję mechanizm odbioru. To samo wydarzenie wywoływało skrajnie różne reakcje. Nie dlatego, że ktoś miał rację, a ktoś inny się mylił. Po prostu każdy przyniósł na widownię własny bagaż doświadczeń.
Mnie przeszkadzały rzeczy, które dla innych pozostawały całkowicie neutralne. Inni odnajdywali wartości, których ja zwyczajnie nie potrafiłem dostrzec. Im dłużej trwał koncert, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że problem nie znajduje się na scenie. Problem znajduje się pomiędzy sceną a widzem. Dokładnie tam, gdzie kończy się sztuka, a zaczyna człowiek.
Po zakończeniu występu przysłuchiwałem się rozmowom. Jedni byli zachwyceni. Inni ostrożni. Jeszcze inni zmieniali temat po kilku zdaniach. I właśnie wtedy dotarło do mnie, że to wszystko działa dokładnie tak, jak powinno. Jeżeli kurator przez trzy dni nie wywoła ani jednego sprzeciwu, ani jednej kontrowersji i ani jednego momentu dyskomfortu, to prawdopodobnie nie podjął żadnego ryzyka. A jeśli nie podjął ryzyka, równie dobrze mógłby pozwolić algorytmowi układać program.
To była jedna z najcenniejszych lekcji tego festiwalu. Publiczność nie wraca tutaj dlatego, że zawsze dostaje to, czego oczekuje. Wraca dlatego, że czasem dostaje coś zupełnie innego. Czasem jest to zachwyt. Czasem irytacja. Czasem niezrozumienie. Wszystkie te reakcje są jednak oznaką tego samego zjawiska. Człowiek nadal coś przeżywa. A w świecie coraz bardziej przewidywalnych rekomendacji nie jest to wcale takie oczywiste.
Dlaczego to działa
Kilka godzin po koncercie, który mnie odrzucił, siedziałem dokładnie w tym samym miejscu. To samo krzesło przede mną. Ci sami ludzie wokół. To samo jezioro, które bardziej istniało w folderach niż w świadomości publiczności. Zmieniła się tylko jedna rzecz. Muzyka. A wraz z nią zmieniło się wszystko.
To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek przestaje analizować. Nie zastanawia się nad programem. Nie rozkłada koncertu na części. Nie próbuje odgadywać intencji artystów. Po prostu słucha. Co ciekawe, nie wynikało to z prostoty muzyki. Wręcz przeciwnie. Na scenie nadal działo się wiele. Problem polegał na tym, że wszystkie elementy zaczęły pracować na wspólny efekt zamiast walczyć o uwagę.
Przez dłuższą chwilę obserwowałem nie muzyków, lecz publiczność. To stary nawyk. Ludzie często mówią więcej ciałem niż słowami. Wcześniej widziałem osoby wiercące się na krzesłach, zerkające na telefon albo rozglądające się po okolicy. Teraz większość siedziała nieruchomo. Nie dlatego, że ktoś im kazał. Po prostu nie mieli powodu zajmować się czymś innym. Uwaga została przy scenie.
Najbardziej interesujące było jednak to, że trudno było wskazać jednego bohatera wieczoru. Oczywiście każdy z muzyków miał swoje momenty. Problem polegał na tym, że nikt nie próbował zawłaszczyć całej przestrzeni. Kiedy jeden instrument wychodził na pierwszy plan, za chwilę ustępował miejsca innemu. Przypominało to bardziej rozmowę niż pokaz. A rozmowa ma jedną przewagę nad monologiem. Pozwala słuchać również innych.
W pewnym momencie przypomniały mi się rozmowy zasłyszane dzień wcześniej. Zachwyty. Wątpliwości. Niezrozumienie. Wszystko to nagle zaczęło mieć sens. Jeżeli człowiek kupuje bilet na wybór kuratora, musi zaakceptować również to, że nie każdy wybór będzie jego wyborem. Inaczej cały mechanizm nie miałby sensu. Nie da się jednocześnie oczekiwać zaskoczenia i pełnej przewidywalności. To tak nie działa.
Patrząc na publiczność miałem wrażenie, że wielu ludzi doskonale to rozumie. Nie przyjeżdżają tutaj po gwarancję zachwytu. Przyjeżdżają po możliwość przeżycia czegoś, czego sami by sobie nie wybrali. Czasami trafiają idealnie. Czasami wracają do domu z poczuciem niedosytu. Czasami z irytacją. Problem polega na tym, że wszystkie te reakcje są lepsze od obojętności.
Właśnie dlatego coraz mniej interesowały mnie pojedyncze koncerty. Coraz bardziej interesował mnie mechanizm. Tysiąc ludzi siedzących przez kilka godzin przed sceną nie tworzy jeszcze wspólnoty. Wspólnota pojawia się dopiero wtedy, gdy ludzie są gotowi zaryzykować własne oczekiwania. Gdy zgadzają się na to, że nie wszystko będzie dla nich. I że właśnie w tym może kryć się wartość.
Pod koniec koncertu spojrzałem na człowieka ze składanym krzesłem. Siedział dokładnie tak samo jak pierwszego dnia. Nie klaskał częściej od innych. Nie wyglądał na szczególnie wzruszonego. Nie robił zdjęć. Po prostu słuchał. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że być może to właśnie jest prawdziwy produkt tego festiwalu. Nie konkretny artysta. Nie konkretna płyta. Nawet nie konkretny koncert. Chodzi o możliwość usiąść na kilka godzin wśród ludzi, którzy również przyszli zaryzykować własne przyzwyczajenia.
I właśnie dlatego wielu z nich wraca tutaj co roku.
Co tutaj właściwie kupujemy?
Pod koniec festiwalu zacząłem wracać myślami do rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydawały się nieistotne. Do człowieka ze składanym krzesłem. Do rozmów o remontach mieszkań. Do kanapek wyciąganych z bagażników samochodów. Do ludzi siedzących na plaży po drugiej stronie ogrodzenia. Do wszystkich tych elementów, które teoretycznie nie powinny mieć większego znaczenia dla wydarzenia muzycznego. Problem polegał na tym, że właśnie one wracały do mnie najczęściej.
Gdyby ktoś zapytał mnie o liczbę koncertów, bez problemu odpowiedziałbym poprawnie. Gdyby zapytał o nazwiska wykonawców, również dałbym sobie radę. Tyle że nie one zostały mi w głowie najmocniej. Znacznie wyraźniej pamiętałem atmosferę miejsca. Rytuały publiczności. Sposób, w jaki ludzie funkcjonowali pomiędzy koncertami. To była dość niewygodna obserwacja, bo prowadziła do pytania, którego organizatorzy wydarzeń kulturalnych zwykle nie zadają zbyt chętnie.
Co tak naprawdę kupuje człowiek, nabywając bilet?
Oficjalna odpowiedź jest prosta. Kupuje dostęp do koncertów. Problem polega na tym, że ten model wyjaśnia tylko część rzeczywistości. Gdyby był prawdziwy w całości, większość rozmów podczas przerw dotyczyłaby muzyki. Ludzie studiowaliby program. Analizowali wykonawców. Porównywali kolejne występy. Tymczasem rzeczywistość wyglądała inaczej. Muzyka była ważna, ale nie dominowała nad wszystkim pozostałym. Funkcjonowała raczej jako centrum większego układu.
Coraz częściej miałem wrażenie, że Enter przypomina bardziej dobrze funkcjonujące miejsce spotkań niż klasyczny festiwal. Muzyka pozostaje tutaj najważniejszym pretekstem, ale nie jedynym powodem obecności. Ludzie przyjeżdżają również po rytuał. Po znajome twarze. Po możliwość spędzenia kilku godzin w otoczeniu osób o podobnej wrażliwości. Nie musi to oznaczać identycznych poglądów ani gustów. Wystarczy podobny sposób przeżywania świata.
To zresztą tłumaczy pewien paradoks. W wielu miejscach kultury obserwujemy dziś nieustanną walkę o uwagę odbiorcy. Coraz więcej bodźców. Coraz więcej ekranów. Coraz więcej atrakcji mających zatrzymać człowieka choćby na kilka dodatkowych minut. Enter działa niemal odwrotnie. Większość czasu siedzi się po prostu na krześle. Słucha. Rozmawia. Czasem milczy. Z biznesowego punktu widzenia wygląda to wręcz podejrzanie skromnie. A jednak działa od lat.
Być może dlatego, że współczesny człowiek cierpi raczej na nadmiar niż niedobór. Nadmiar informacji. Nadmiar wyborów. Nadmiar hałasu. Tymczasem tutaj dostaje coś znacznie prostszego. Ktoś wykonał za niego pracę selekcji. Ktoś przygotował program. Ktoś zadbał o organizację. Pozostaje przyjechać, rozstawić krzesło i usiąść. Brzmi banalnie. W praktyce okazuje się zaskakująco cenne.
W pewnym momencie przypomniało mi się zdanie zasłyszane podczas jednej z rozmów. Rozmówca stwierdził, że od lat nie pamięta wszystkich koncertów, które tutaj usłyszał. Pamięta za to niemal wszystkie edycje. To ważna różnica. Koncert jest wydarzeniem. Edycja jest doświadczeniem. Wydarzenia przemijają szybko. Doświadczenia zostają znacznie dłużej. Być może właśnie dlatego ludzie wracają.
Im dłużej nad tym myślałem, tym bardziej miałem poczucie, że odpowiedź znajduje się już bardzo blisko. Wszystkie obserwacje zaczynały układać się w jeden obraz. Problem polegał na tym, że ten obraz niewiele mówił o muzyce. Mówił natomiast bardzo dużo o uczestnictwie.
Uczestnictwo
Ostatniego dnia, kiedy ludzie zaczęli powoli składać krzesła i wracać w stronę parkingu, miałem wrażenie, że odpowiedź przez cały czas znajdowała się na widoku. Nie była ukryta w programie festiwalu. Nie siedziała na scenie. Nie znajdowała się również w materiałach promocyjnych. Wystarczyło przez chwilę popatrzeć na ludzi opuszczających teren wydarzenia. Jedni wracali do Poznania. Inni mieli przed sobą kilkaset kilometrów drogi. Wszyscy zabierali ze sobą coś więcej niż wspomnienie kilku koncertów.
Gdyby Enter był wyłącznie wydarzeniem muzycznym, wiele rzeczy po prostu nie miałoby sensu. Nie miałby sensu człowiek przywożący własne krzesło rok po roku. Nie miałaby sensu publiczność, która zna zaledwie część wykonawców. Nie miałyby sensu rozmowy o życiu dominujące nad rozmowami o muzyce. Nie miałby sensu parking pełniący funkcję dodatkowej strefy spotkań ani ludzie siedzący na plaży i słuchający koncertów zza ogrodzenia. Każda z tych rzeczy osobno wydaje się drobiazgiem. Razem tworzą jednak dość spójny obraz.
Coraz bardziej przekonywałem się, że muzyka jest tutaj początkiem historii, a nie jej zakończeniem. To ona przyciąga ludzi nad Strzeszynek. To ona uzasadnia zakup biletu. To ona daje wspólny punkt odniesienia. Ale później dzieje się coś jeszcze. Pojawia się doświadczenie uczestnictwa. Trudne do zmierzenia. Trudne do wpisania w raport sponsora. Jeszcze trudniejsze do pokazania na zdjęciu. A jednak to właśnie ono sprawia, że ludzie wracają.
W świecie zdominowanym przez algorytmy człowiek coraz rzadziej znajduje się w sytuacji prawdziwej niepewności. Serwisy podpowiadają muzykę podobną do tej, której już słuchał. Księgarnie proponują książki podobne do tych, które już kupił. Platformy filmowe pokazują produkcje podobne do tych, które już obejrzał. Wszystko staje się przewidywalne. Wygodne. Bezpieczne. Enter działa odwrotnie. Wymaga zaufania. Wymaga zgody na to, że nie wszystko będzie dla nas. Że jeden koncert zachwyci, drugi zirytuje, a trzeci pozostawi człowieka z pytaniami, na które nie znajdzie odpowiedzi nawet po drodze do domu.
To właśnie dlatego coraz mniej interesowało mnie pytanie, który koncert był najlepszy. Znacznie ciekawsze okazało się pytanie, dlaczego ludzie wracają. Odpowiedź nie znajduje się w pojedynczym występie. Nie znajduje się również w nazwiskach artystów. Znajduje się w doświadczeniu wspólnego uczestnictwa. W świadomości, że przez kilka dni można usiąść obok ludzi, którzy nie przyszli po hałas, po skandal ani po możliwość wrzucenia zdjęcia do internetu. Przyszli po coś znacznie mniej spektakularnego. Po kilka godzin uwagi.
Kiedy opuszczałem teren festiwalu, człowiek ze składanym krzesłem był już w drodze do samochodu. Krzesło niósł dokładnie tak samo jak trzy dni wcześniej. Nic spektakularnego. Żadnej wielkiej pointy. Żadnego symbolicznego gestu. Zwykły człowiek wracający do domu po kilku dniach spędzonych nad jeziorem. A jednak miałem przeczucie, że za rok prawdopodobnie pojawi się tutaj znowu. Nie dlatego, że zna program. Nie dlatego, że ma gwarancję zachwytu. Raczej dlatego, że wie już coś, czego nie da się wydrukować na plakacie.
Muzyka jest powodem przyjazdu.
Uczestnictwo jest powodem powrotu.

