barnibrodaty

 

Pan Kleks

Pan Kleks – u golarza Filipa na poznańskiej Wildzie

Czasem, gdy przechadzam się ulicami Poznania, trafiam na widoki, które w jednej chwili przenoszą mnie do świata wyobraźni. Ot, zwykłe zdarzenie: przechodzę obok apteki na Wildzie – dzielnicy pełnej kontrastów i klimatycznych zakamarków – gdy nagle spoglądam przez szybę i... widzę Pana Kleksa? Tak, właśnie jego! Może nie dosłownie, bo przecież nasz bajkowy profesor i opiekun Mateusza (tego od magicznego szpaka) istnieje w książkach i filmach, ale mężczyzna stojący przy ladzie wyglądał jak żywa kopia tej barwnej postaci.

Dla porządku wyjaśnię, że mam na imię Barnaba, choć na co dzień wszyscy wołają na mnie Barni Brodaty. Jestem Poznańczykiem z krwi i kości, co oznacza, że kocham i rzetelność tutejszą, i drobne psikusy. Zazwyczaj opowiadam tu o moich wojażach – często starą terenówką w Bieszczady, z psem Berdo przy boku. Jednak tym razem pozostaję w rodzinnym mieście, bo nie mogę przejść obojętnie obok tego, co zobaczyłem przy pewnej aptece na Wildzie. Gdzieś pomiędzy szyldami „Golarz Filip” (bo tak się lokalnie mówiło na dawny zakład kosmetyczno-fryzjerski obok) a pobliskim muralem zauważyłem dżentelmena przypominającego samego Ambrożego Kleksa. Dziś chcę opowiedzieć o tym zdarzeniu i o tym, jak czasem miejska rzeczywistość przeplata się z bajkowym światem.

Wizyta na Wildzie – w poszukiwaniu codziennych osobliwości

Wilda to dzielnica, która zawsze mnie fascynowała. Z jednej strony czuć tutaj klimat starego Poznania, z kamienicami w stylu secesyjnym i wąskimi uliczkami. Z drugiej – pojawiają się nowoczesne kawiarnie, street art na ścianach, a w oknach czasem widać zaskakujące instalacje. Ot, hybryda tradycji i miejskiego polotu. Nic więc dziwnego, że podczas niedawnego spaceru, szukając starego zakładu golarza Filipa (który to, jak głoszą legendy, strzygł i golił młodych poznaniaków przez dekady), natknąłem się na aptekę, w której dostrzegłem coś niebanalnego.

Otóż w szybie odbijał się rudy, kręcony wąs, siwa czupryna i okulary. Człowiek ten stał akurat przy wadze do mieszania leków, uśmiechając się do klientów, którzy przyszli kupić maści i pigułki. Miał na sobie długi kitel, a spod niego wyglądała koszula z kołnierzykiem w dość bajkowym odcieniu czerwieni. Chwilę trwało, nim skojarzyłem: „Tej, tak przecież prezentował się Pan Kleks!” – pomyślałem. Może zabrakło wielkich, klapowych kieszeni, ale aura była niemal identyczna.

Aptekarz jak z bajki – zdjęcie, które mówi więcej niż tysiąc słów

Odruchowo wyciągnąłem telefon (czyli współczesny odpowiednik aparatu) i pstryknąłem fotkę. Złapałem moment, w którym aptekarz zerknął w moją stronę. Udało mi się uchwycić przebłysk jego uśmiechu, jakby wiedział, że porównuję go właśnie do bohatera z „Akademii Pana Kleksa”. Powiem Wam, że zdjęcie wyszło jak kadr z filmu. W tle widoczny jest regał z flakonami, co przywołuje skojarzenia z laboratorium Kleksa w bajkowej akademii. W lewej dłoni trzymał fiolkę, a w prawej łyżeczkę do odważania składników. No i ten charakterystyczny wąs – zawadiacko podkręcony, niczym stworzony do plucia kolorowym atramentem!

Patrząc na tę fotografię, od razu zobaczyłem oczami wyobraźni, jak pan aptekarz przeskakuje z roli farmaceuty wprost do roli magicznego wynalazcy, który zamiast leków sprzedaje receptę na marzenia. To jest niesamowite, jak nasz mózg potrafi w jednej sekundzie połączyć fikcję z rzeczywistością, zwłaszcza gdy realna postać tak bardzo przypomina filmowego czy książkowego bohatera.

Dlaczego Pan Kleks w ogóle nam się tu narzuca?

  1. Ikoniczny wizerunek – Pan Kleks, grany w filmie przez Piotra Fronczewskiego, miał brodę, wąsy i nieco zwariowany styl ubioru.
  2. Moc bajkowej alchemii – w Akademii Pana Kleksa pełno było fiolek z tajemniczymi płynami, co przypomina apteczne półki.
  3. Charakterystyczna fryzura – Aptekarz z Wildy faktycznie posiada drobne loczki i czuprynę pasującą do baśni.
  4. Magia przestrzeni – Wilda ma swój niepowtarzalny klimat, który sprzyja takim wyobrażeniom.
  5. Sentyment do dzieciństwa – wielu z nas wychowało się na przygodach z „Akademii...”, więc łatwo o takie skojarzenia.

Spotkanie i krótka wymiana zdań – u golarza Filipa

Postanowiłem zaryzykować i wejść do apteki, by porozmawiać z bohaterem mojej fotografii. Przyznam, że serce lekko mi waliło, bo niecodziennie zagaduję obce osoby słowami „Tej, wygląda pan jak Pan Kleks!”. Ale ciekawość zwyciężyła. Podszedłem i zacząłem rozmowę od małego wstępu o tym, jak mnie to zaintrygowało. Na co ów dżentelmen roześmiał się i powiedział: „Pan Kleks? Prawda, nie raz to słyszałem. Ale wcześniej słyszałem, że przypominam Einsteina!”.

Wyjaśnił, że pracuje jako farmaceuta od lat, a wąs i broda to jego rozpoznawalny znak. Ubrał się tak, bo w aptece zawsze ceni estetykę i lekką oryginalność, żeby pacjenci czuli się mile widziani. Śmialiśmy się razem, gdy wspominał sceny filmowe z nutką nostalgii. Gdy zapytałem, czy znał zakład golarza Filipa, który kiedyś był tuż obok, przytaknął, że pamięta – i ponoć to tam niejeden raz dopieszczano mu ów wąs, aby wyglądał estetycznie.

Magia codzienności – co wyciągnąłem z tej historii?

Może to brzmi banalnie, ale czasem najmocniejsza inspiracja czai się w codziennych sytuacjach. Na Wildzie, w zwykłej aptece, odnalazłem atmosferę niczym z baśni o Panu Kleksie. Ta chwila przypomniała mi, że świat wcale nie musi być szary, jeśli potrafimy uruchomić wyobraźnię i dostrzec w drugim człowieku kawałek magii. Być może to klucz do radości w mieście – pozwolić sobie na małe „wow” w najmniej oczekiwanych momentach.

Mam wrażenie, że taką postawę przyjmował i Kleks, i mój dzisiejszy bohater aptekarz. Jednemu w głowie szeleściły pomysły na niezwykłe mikstury i przygody uczniów, drugiemu – radość z pracy i zaskakiwanie odwiedzających go pacjentów. Powiedzmy, że jeden tworzył bajkowe eliksiry, a drugi – realne medykamenty. Obaj wyglądali na szczęśliwych w tym, co robią. I to, moi drodzy, jest chyba najcenniejszą lekcją.

Co mi daje takie spotkania w drodze?

  1. Nowe historie – zawsze można usłyszeć coś intrygującego, co potem opowiadam przy ognisku czy na blogu.
  2. Odmienną perspektywę – odkrywam, że codzienna praca kogoś może przypominać bajkową kreację.
  3. Inspirację do lektury lub filmu – od razu mam ochotę wrócić do „Akademii Pana Kleksa” i przypomnieć sobie jego przygody.
  4. Poczucie przynależności – takie momenty zbliżają mnie do miasta i jego mieszkańców, czuję, że Poznań wciąż ma nieodkryte skarby.
  5. Dowód na to, że magia jest wokół nas – wystarczy otworzyć oczy i serce, by ją dostrzec.

Chwila refleksji – golarz Filip i Pan Kleks?

Tytuł wpisu: „Pan Kleks – u golarza Filipa” nie wziął się znikąd. Wielu z nas pamięta scenę w „Akademii Pana Kleksa”, gdzie Pan Kleks trafia do niewielkiego zakładu. Co prawda, w książkach i filmie nie ma bezpośredniej wzmianki o golarzu z Wildy, ale w Poznaniu łatwo połączyć te wątki. Filipa z Wildy i Kleksa z bajki – to zderzenie dwóch światów: literackiego i miejskiego. I tak narodziła się moja fantazja, w której golarz Filip podkręcał wąsy Kleksowi, a teraz, dekady później, aptekarz w tym samym miejscu przywołuje wspomnienia.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie jest jedyny egzemplarz takiej bajkowej persony wśród miejskich przechodniów. Ale im częściej zdarza mi się zauważyć kogoś przypominającego postać z książek czy filmów, tym bardziej wierzę, że granica między światem realnym a światem wyobraźni bywa cienka. I może to dobrze – bo kto nie chciałby czasem poczuć się, jak w magicznej opowieści?

Zakończenie: zaproszenie do bajkowego Poznania

Jeżeli zdarzy Ci się przechadzać ulicami Wildy, rozglądaj się uważnie. Może trafisz na moment, gdy aptekarz w białym kitlu wychodzi przed drzwi, by zaczerpnąć powietrza, a Ty pomyślisz: „Hej, to chyba Pan Kleks, czy mi się tylko zdaje?” Być może – tak samo jak ja – złapiesz w mig chwilę między wyobraźnią a rzeczywistością. I kto wie, może odważysz się zagadnąć tę barwną postać, by dowiedzieć się, czy jest tam od dawna, czy dopiero zaczyna swoją magiczną przygodę w mieście.

Jak dla mnie, Poznań to nie tylko koziołki i warta iwarcza tramwajowa zapowiedź przystanków. To też kalejdoskop drobnych, osobliwych zdarzeń. A wystarczyło jedno zdjęcie, bym wrócił do świata Pana Kleksa i przypomniał sobie, jak ważna jest radość dziecka tkwiąca w każdym z nas. Dlatego zachęcam: bądźmy czujni, szukajmy Kleksów na ulicach, golarzy Filipów w starych szyldach i kadrów godnych książki czy filmu. Bo to w nich kryje się iskra, która potrafi rozświetlić zwyczajny dzień.

Zostawiam Cię z tą myślą, drogi Czytelniku. Może to i drobiazg, ale – jak mawiał Pan Kleks – „z drobiazgów życiowych układa się mozaika życia”. A mozaika Poznania na pewno zyskała dodatkowy, bajkowy element. Mi pozostaje wsiąść w Land Rovera (albo wskoczyć w tramwaj) i szukać kolejnych opowieści w mieście. A Tobie życzę, byś i Ty miał oko otwarte na magiczne przypadki. Kto wie, może następnym razem spotkasz samego Szpaka Mateusza – o ile Berdo go wcześniej nie wystraszy!

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.