barnibrodaty

 

Dakhabrakha - spotkanie z Ukraińską bandą

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem dźwięki DakhaBrakhy, miałem wrażenie, że oto wpadłem w wir jakiegoś nieziemskiego rytuału. Coś pomiędzy szamańskim transowym obrzędem a pełną pasji operą, która rozgrywa się na dzikim stepie. Zacząłem słuchać, wpatrując się w ich koncert nagrany na jakimś festiwalu, i przepadłem. Moja turystyczna dusza, przyzwyczajona do backpackerskich wyzwań i wędrówek przez góry oraz lasy, natychmiast wyczuła nowe muzyczne terytorium do odkrycia. Nie spodziewałem się wówczas, że los rzuci mnie w sytuację, w której naprawdę spotkam tych artystów. A jednak – czasem przypadek lub upór (albo jedno i drugie) prowadzi człowieka do przeżyć, które zostają w pamięci na długo.
Na co dzień krążę między Poznaniem a Bieszczadami, między marketingiem online a przygodą w plenerze. Z jednej strony kocham deski teatru, zaciemnione sale kin, seanse pełne artystycznych uniesień, z drugiej – potrafię tygodniami przemierzać w górach błotniste szlaki i karmić się widokami na rozległe doliny. A muzyka? Jest ze mną stale. Od chłopięcych lat podróżowałem z przenośnym radiem lub odtwarzaczem kaset, a dziś mam całą playlistę na telefonie. Ale DakhaBrakha do tej pory kojarzyła mi się jedynie z klimatem koncertu, który można napotkać w internetach, czasem w relacjach z Ukrainy czy festiwali folkowo-etnicznych. Nie sądziłem, że kiedyś doświadczę tego na żywo.
Wszystko zaczęło się od maila, który dostałem w ramach jednego z projektów marketingowych. Znajomy z branży kulturalnej podesłał informację, że w Poznaniu ma się odbyć wyjątkowe wydarzenie. Festiwal dedykowany kulturowej wymianie między Polską a Ukrainą, z naciskiem na muzykę. Miałem nadzieję, że w programie znajdę coś więcej niż standardowe występy ludowe, i się nie pomyliłem – na plakacie widniało logo DakhaBrakhy. W głowie mi zaświtało, że muszę tam być, choćbym miał porzucić wszystkie inne plany.
Kiedyś mawiałem, że najciekawsze rzeczy dzieją się tuż za rogiem, jeśli tylko umiemy je dostrzec. A Poznań, mimo że tak często kojarzony z biznesem i targami, ma w sobie potencjał kulturalny, który nieraz mnie zaskakuje. Szybko wbiłem się w swój zwykły rytm: rankiem spacer z psem Otrytem nad Maltą, potem parę godzin intensywnej pracy przy laptopie (świat marketingu nie zatrzymuje się, niestety, nawet dla największych pasjonatów), a pod wieczór – Teatr Nowy czy jakiś koncert. Tym razem jednak perspektywa koncertu DakhaBrakhy wypełniła mnie niekontrolowaną ekscytacją. Wiedziałem, że to coś innego niż rutynowy wypad do klubu muzycznego.
DakhaBrakha, jak może niektórzy jeszcze nie wiedzą, to ukraińska formacja, która swoją nazwę zaczerpnęła z szeptanych, archaicznych znaczeń: „dawać” i „brać”. Ich muzyka to hybryda – folkowe korzenie łączą się tu z elementami rocka, elektroniki, a nawet hip-hopu. Całość przypomina dziwny, niesamowity trans, w którym człowiek gubi poczucie czasu i miejsca. Dla mnie, gościa od lat słuchającego bieszczadzkich ballad i rozkochanego w słowiańskich harmoniach, brzmienie DakhaBrakhy jest jak wizyta w równoległym wymiarze – intensywna, nieco mistyczna i skłaniająca do przemyśleń.
Nadszedł ten dzień. Koncert był zaplanowany na wieczór w jednym z poznańskich centrów kulturalnych. Na sali zgromadził się tłum – od ciekawskich melomanów, przez fanów ukraińskiego folku, aż po przypadkowych przechodniów, których zaciekawił plakat. Gdy wszedłem, czułem pewną elektryzującą atmosferę. Przekrój ludzi był pokaźny: młodzi, starzy, hipsterzy, studenci, a także sporo osób ze wschodnim akcentem. Rozgrzewkę zapewniał lokalny support, grając coś na kształt jazzowo-etnicznych improwizacji. Przyznaję, że nie byłem w stanie w pełni się skoncentrować – czekałem na DakhaBrakhę z dziecięcą niecierpliwością. W końcu jednak światła przygasły, a na scenę wyszły sylwetki w charakterystycznych strojach: czarne sukienki, wysokie czapy i białe akcenty. Wszystko dopracowane, tajemnicze, pachnące światem dawnego folkloru.
I wtedy się zaczęło. Najpierw dźwięki bębnów, szumy i wokalne wariacje. Cztery głosy, w tym jeden męski, trzy kobiece, wszystko splecione w zadziwiającą polifonię, która przyprawiała o ciarki. Miałem wrażenie, że jestem nie w sali koncertowej, a w głębokiej puszczy czy na zapomnianym stepie, gdzie duchy przodków mieszają się z echem współczesności. W pewnym momencie zauważyłem, że nie tylko ja tak reaguję – ludzie wokół mnie wstrzymali oddechy, ktoś ukradkiem ocierał łzy wzruszenia, ktoś inny kołysał się w rytm tej muzycznej burzy. To było jak doświadczyć rytuału. DakhaBrakha nie grała po prostu utworów; oni kreowali przestrzeń dźwiękową, w którą wchodziło się z zachwytem.
W pewnej chwili sam nie wiedziałem, ile minęło czasu. Może pół godziny, a może cała wieczność. Utwory przechodziły jeden w drugi, wibrując w kościach. Były momenty, gdy czułem, jakbym stanął na rozstaju dróg: jednej wiodącej w góry Bieszczad, drugiej wiodącej na Podole, a jeszcze innej – w stronę futurystycznego miasta, w którym łączy się etno z technologią. Ta synteza brzmień i prastarych pieśni budziła we mnie chęć wyruszenia zaraz po koncercie w sam środek Ukrainy, by poszukać tych źródeł. W głowie kłębiły się wspomnienia własnych podróży – od biesów i czadów z połonin po mazurskie jeziora, a teraz do tej wewnętrznej mapy dopisywałem ścieżkę wschodnią, jeszcze mniej mi znaną.
Kiedy koncert dobiegł końca, zorientowałem się, że biję brawo, aż bolą mnie dłonie. Ludzie wokół mnie wstawali, krzyczeli „bis!”, ktoś w języku ukraińskim wołał komplementy, a zespół uśmiechał się, ukłaniając w charakterystyczny, nieco szelmowski sposób. Po chwili przerwy zagrali jeszcze dwa utwory. Klimat był tak gęsty od emocji, że niemal można go było kroić nożem. Potem światła rozbłysły, publiczność zaczęła się rozchodzić, a ja ciągle stałem w miejscu, próbując ogarnąć to, co właśnie się stało.
Nie sądziłem, że będzie jakakolwiek okazja do pogawędki z członkami zespołu. Zwykle artyści po zakończonych koncertach chronią się w kulisach, czasem dają autografy lub robią szybkie zdjęcia, ale tutaj, w ramach festiwalu, zaplanowano niewielkie spotkanie z widzami. Trwała jeszcze wystawa fotografii inspirowanych ukraińskim folklorem, a w rogu sali pojawił się stół z drobnym poczęstunkiem. Wplątałem się w tłum i czułem, jak w mojej głowie świszcze tysiąc myśli – od wrażeń czysto muzycznych po refleksje o roli kultury w łączeniu narodów.
I nagle, jak grom z jasnego nieba, stanął przede mną Marko – jedyny mężczyzna w zespole DakhaBrakha. Wysoki, z charakterystycznym wąsem i łagodnym spojrzeniem, które kontrastuje z siłą głosu, jaką zaprezentował na scenie. Powiedział do mnie po angielsku: „Cześć, jak ci się podobało?” – a ja, z mocno walącym serduchem, wydukałem, że występ był jednym z najbardziej hipnotyzujących, jakie w życiu słyszałem. Marko uśmiechnął się, wyciągnął rękę na powitanie. Chwilę później dołączyły do nas wokalistki, też wyczerpane koncertem, lecz pełne serdeczności.
Zapytałem, skąd biorą się te wszystkie inspiracje. Opowiadali, że DakhaBrakha to projekt, który zrodził się w Kijowie w teatru Dakh, stąd nazwa. Zaczynali od eksperymentów muzyczno-scenicznych, łączących stare pieśni ludowe z awangardowym teatrem. Wspominali, że słowiańskie korzenie, rytmy plemienne, a nawet brzmienia z Afryki czy Australii, wszystko to mieszają razem w swoistym tygielku. Słuchałem ich jak urzeczony, bo czułem, że przebywam w towarzystwie prawdziwych poszukiwaczy dźwiękowych przygód, takich Indian Jonesów muzyki. Nie mogliśmy za długo rozmawiać, bo wokół zaraz zbiegła się gromada innych fanów, chcących przybić piątkę, zrobić zdjęcie czy chociaż zamienić dwa słowa.
Mimo to, w ciągu tych kilkunastu minut udało mi się wymienić z nimi kilka zdań o tym, jak kontakt z naturą i folklorem kształtuje nasze wrażliwości. Mówiłem o Bieszczadach, o bieszczadzkich pieśniach, o tym, jak w górach śpiew potrafi odbijać się echem i tworzyć magiczną przestrzeń. Dla nich z kolei step, rzeki i rozległe pola Ukrainy pełnią podobną rolę – wzmacniają ducha, pozwalają czerpać energię i wykrzyczeć emocje. Miałem poczucie, że rozmawiam z bratnimi duszami, choć w innej dziedzinie sztuki.
Kiedy w końcu trzeba się było pożegnać, w sercu miałem nieodparte wrażenie, że moje spotkanie z DakhaBrakhą nie skończy się na jednym koncercie. Zaskoczyło mnie też, ile w tych ludziach jest serdeczności i skromności, pomimo że ich popularność w świecie muzycznym rośnie, a oni występują na największych festiwalach, od Europy po Stany Zjednoczone. W dodatku w tym trudnym dla Ukrainy okresie, kiedy kraj zmaga się z różnymi wyzwaniami politycznymi, muzyka DakhaBrakha stała się symbolem siły kultury i tożsamości – i dało się to wyczuć w ich głosach, przepełnionych dumą, a zarazem czułością.
Po tym wszystkim wychodziłem z sali, zbierając swoje emocje do kupy. Spotkanie z ukraińską bandą stało się dla mnie źródłem nowej inspiracji – nie tylko artystycznej, ale też podróżniczej. Zaczęło mnie ciągnąć w stronę szerokich połaci Ukrainy, gdzie mógłbym zobaczyć na własne oczy te stepy, stare cerkwie, wioski i miasta pełne zaskakującej energii. Może to by była też okazja, by w jakiś sposób odwdzięczyć się za gościnność, którą tak często otrzymywałem w Bieszczadach, od ludzi związanych z tamtą częścią Karpat.
Pamiętam, że wróciłem do domu koło północy, a głowę miałem nabitą dźwiękami. Zrobiłem sobie herbatę, usiadłem przy biurku i zacząłem przeglądać zdjęcia z aparatu – bo, oczywiście, byłem przygotowany, starając się uwiecznić choć trochę tej koncertowej magii. Choć zdjęcia nie oddają w pełni charakteru występu, czułem dumę, że złapałem kadry z pogranicza światła i cienia, kiedy wokalistki w tych wysokich nakryciach głowy zdawały się zlewać z bogatą scenografią. Te obrazy przypominały mi, jak ważna jest warstwa wizualna i teatralna w tym, co oni robią. Zwykły koncert to za mało, DakhaBrakha ma w sobie pierwiastek widowiska rytualnego.
Na drugi dzień odezwało się do mnie kilku znajomych – jedni widzieli moje krótkie relacje na Instagramie (nie mogłem się powstrzymać, chociaż staram się ograniczać social media), inni dowiedzieli się o koncercie z plakatów. Pytali, jak było, czy warto, czy rzeczywiście ta ich muzyka jest tak wyjątkowa. Odpowiadałem, że to jeden z tych koncertów, które zapadają w pamięć na bardzo długo, bo nie jest to doznanie czysto rozrywkowe. To trochę jakbyś wybrał się do teatru, który jednocześnie jest dawną chatą gdzieś na krańcu świata, i tam spotykasz ludzi śpiewających z taką mocą, że czujesz dreszcz na plecach.
Z jednej strony, w tym wszystkim tkwi mocna baśniowość, ale z drugiej – to też współczesne wołanie o uwagę. DakhaBrakha głośno mówi o swojej kulturze, tradycji i problemach dzisiejszej Ukrainy. Muzyka staje się nośnikiem głosu całego narodu, który walczy, by zachować tożsamość i rozwijać się pomimo przeciwności. Myślę, że to była jedna z przyczyn, dla których publiczność tak żywo reagowała na ich występ. Zobaczyliśmy nie tylko artystów, lecz także ludzi, którzy swoim graniem wyrażają bunt, radość i ból jednocześnie.
Kiedy o tym myślę, wracam do wrażeń z moich wędrówek w Bieszczadach. Wciąż pamiętam, jak spotykałem tam Ukraińców, Słowaków, ludzi różnych narodowości, którzy przy ognisku śpiewali folkowe piosenki. Choć teksty bywały niezrozumiałe, intencja łączyła wszystkich w jedną rodzinę. W końcu jest coś głęboko pierwotnego w takich dźwiękach – coś, co przekracza granice języka. DakhaBrakha, przenosząc to na deski dużych scen, pokazuje światu, że kultura ludowa nie jest skamieliną, lecz żywą materią, która można twórczo przetwarzać, mieszać z nowoczesnymi stylami, a mimo to nadal zachować jej autentyczną duszę.
Po paru tygodniach od koncertu napisałem krótki artykuł na swojego bloga, opisując wrażenia. Zwykle moje wpisy były bardziej związane z turystyką i recenzjami filmowo-teatralnymi, ale tym razem chciałem pokazać, że muzyka też może być przygodą, eksploracją, wewnętrzną ekspedycją, podczas której odkrywamy nieznane zakątki własnej wrażliwości. Ludzie zaczęli pisać do mnie wiadomości, dziękowali, że opisałem DakhaBrakhę, bo oni sami czuli podobnie, tylko nie umieli tego tak zwerbalizować. Inni dopiero planowali ich posłuchać, zaciekawieni tą „dziwną” kapelą z Ukrainy.
W całym tym doświadczeniu kluczowe było dla mnie zrozumienie, że barwność świata tkwi w jego różnorodności. Możemy być pochodzenia poznańskiego, bieszczadzkiego, ukraińskiego – a jednak łączy nas jedna, wielka, przepływająca między nami energia. Kultura, sztuka, muzyka to kanały, którymi przekazujemy tę energię dalej. DakhaBrakha na scenie wygląda jak mała kapela, ale w rzeczywistości, jeśli dać się porwać ich brzmieniu, zaczynamy odczuwać, że reprezentują cały ocean możliwości, całą potęgę słowiańskiej duszy i światowego ducha eksperymentu.
Przyznam, że po tamtym koncercie zacząłem szukać kolejnych okazji, by wrócić do ich świata. Dowiedziałem się, że grają czasem w Berlinie, czasem w Warszawie, a bywa, że i w dalekich miejscach, typu Nowy Jork. Pomarzyłem sobie, że może pewnego dnia uda się dotrzeć na ich występ gdzieś za granicą, by zobaczyć, jak reaguje inna publiczność. Znając mój charakter, nic nie jest wykluczone, bo i tak regularnie wpadam na pomysły, by odpalić Land Rovera i ruszyć przed siebie. A skoro w moim sercu jest pragnienie poznawania, to czemu miałbym tego nie zrobić?
Dziś, gdy ktoś pyta mnie o najlepszy koncert, na jakim byłem, wcale nie wymieniam wielkich nazw światowego popu czy rocka. Mówię o DakhaBrakha i widzę czasem zdumione miny. Ludzie, którzy nie znają tematu, dziwią się, że prastare słowiańskie pieśni, zaaranżowane w awangardowy sposób, mogą tak przykuwać uwagę i poruszać. A ja się wtedy uśmiecham i polecam im „spróbować” – bo to właśnie z takimi dźwiękami jest jak z degustacją nowego, egzotycznego dania. Trzeba skosztować bez uprzedzeń, by nagle odkryć nieziemski smak.
Można się zastanowić, co to ma wspólnego z moją turystyką, z tym, że lubię jeździć w Bieszczady i odsuwać się od social mediów. Otóż ma – bo wędrowanie po świecie, czy to fizycznie, czy duchowo, zawsze wiąże się z przekraczaniem granic. Spotkanie z DakhaBrakhą jest niczym przeprawa przez nieznany teren: napotykasz obce nazwy, nieznane brzmienia, niezwykłe formy. Ale jeśli wyruszysz odważnie i z otwartym umysłem, okazuje się, że to wszystko ma w sobie elementarną cząstkę piękna, które możesz przyjąć jako część swojego doświadczenia. I to jest właśnie sens: nieważne, czy poznajesz nową ścieżkę górską, czy nowy gatunek muzyki – zawsze stawiasz krok w nieznane, a wracasz bogatszy o świeżą perspektywę.
Czasem piszę artykuły o filmach, w których bohater niczym Indiana Jones przemierza niewyobrażalne szlaki, poszukując zaginionych artefaktów. W kontekście DakhaBrakhy mogę powiedzieć, że oni odkopali zaginioną perłę tradycji, która wciąż pulsuje życiem, tylko trzeba ją wydobyć z zapomnienia i otoczyć nowoczesną oprawą. Ich koncerty to tak naprawdę kolejna część przygody, a ja, widz, czuję się jak współodkrywca. Zatem, nic dziwnego, że to spotkanie trzyma mnie za serce do dziś.
Jeżeli zapytacie, czy miałem jeszcze okazję pogadać z DakhaBrakhą w bardziej kameralnych warunkach, przyznać muszę, że nie. Jedynie te kilka minut po koncercie, które były jak spotkanie z duchami muzycznych legend – krótkie, intensywne i wbijające się w pamięć. A jednak wystarczyło, bym poczuł, że za tymi dźwiękami stoją konkretni ludzie, z krwi i kości, którzy wierzą w to, co tworzą. I ta autentyczność rezonuje z moją pasją do podróży i szukania wrażeń poza schematem.
Nieraz, gdy wsiadam do Landka i planuję jakąś eskapadę, włączam na głośnikach jeden z albumów DakhaBrakhy. Wyobrażam sobie, jak jadę przez bieszczadzkie bezdroża albo wielkopolskie pola, a w tle rozbrzmiewa hipnotyczny bęben i staroukraińska wokaliza. Otryt, mój pies, zawsze wtedy podnosi łeb, bo czuje zmianę energii w aucie. A ja kręcę kierownicą i mam wrażenie, że każda podróż nabiera barw intensywnych jak barwy ukraińskich strojów ludowych. To jest właśnie piękno świata – możemy się nawzajem inspirować, łączyć wątki i przynależeć jednocześnie do wielu miejsc.
Myślę, że jeżeli ktoś z was ma okazję zobaczyć DakhaBrakhę na żywo, niech się nawet nie waha. To jest koncert, którego nie zapomnicie, i spotkanie z artystami, którzy w jednym występie potrafią zawrzeć opowieść o tęsknocie, sile, historii i nadziei. A jeśli ktoś śledzi ich trasy koncertowe i zauważy, że pojawiają się w waszym mieście – już dziś rezerwujcie bilety. Nie ma znaczenia, czy bliżej wam do heavy metalu, czy do jazzu, czy uwielbiacie brzmienia akordeonu, czy gitary elektrycznej – DakhaBrakha to inna planeta, na którą warto polecieć choć raz.
Kiedy wspominam tamten wieczór w Poznaniu, widzę oczami wyobraźni migotliwe światła sceny, słyszę przejmujące zawodzenie wokali i wciąż czuję zapach kadzideł, które unosiły się gdzieś w tle. Czas zastygł na tych kilkadziesiąt minut, a potem ruszył z kopyta. Takie momenty sprawiają, że w codziennym zabieganiu, w marketingowym rozgardiaszu i w miejsko-górskiej sinusoidzie mam punkt odniesienia, który przypomina mi, dlaczego warto żyć z pasją. Każdy koncert, każde spotkanie z ciekawymi ludźmi, każdy zachód słońca na szlaku – to wszystko układa się w mojej opowieści niczym paciorki w korale. Jeden inny od drugiego, lecz razem tworzą wyrazistą całość.
A że moim celem jest dzielenie się takimi przygodami na blogu i powolne odchodzenie od social mediów, to pozwolę sobie zakończyć tę relację refleksją: w prawdziwych spotkaniach z artystami, ludźmi, naturą – w tym wszystkim tkwi coś, czego nie znajdziemy w wirtualnym scrollowaniu. Tu liczy się obecność, autentyczność i magia, która kiełkuje w kontakcie „tu i teraz”. DakhaBrakha przypomniała mi, że sztuka żyje wtedy, gdy potrafi na nas działać głębiej niż tylko odtworzenie dźwięku w słuchawkach. Takich chwil życzę wam wszystkim: pełnych mocy, pasji i odkryć, przy których serce zaczyna bić szybciej.
Do zobaczenia na kolejnej wyprawie, w kolejnym teatrze, na kolejnym koncercie. A może kiedyś spotkamy się w Bieszczadach przy ognisku, gdzie wspólnie zanucimy coś w klimacie DakhaBrakha, łącząc polskie i ukraińskie tradycje w jeden wielki, żywiołowy rytm. Jeśli czujecie, że macie w sobie tę nutę ciekawości – dajcie się ponieść. Muzyka nie ma granic, podobnie jak prawdziwa przygoda.

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.