
Piotr Fronczewski, Franek Kimono, Pan Kleks... człowiek renesansu i orkiestra. Człowiek Jakość!
Zdarzają się w życiu chwile, kiedy spotykasz kogoś wyjątkowego i myślisz: „Tej, to jest prawdziwy człowiek renesansu!” Właśnie tak poczułem się, gdy pierwszy raz miałem okazję porozmawiać z Piotrem Fronczewskim. Mówię tu o aktorze, który potrafi wcielić się w Pana Kleksa, a chwilę potem – w ulubionego Franka Kimono, wplatając w to wszystko ogromną dawkę charyzmy. Jest też lektorem, konferansjerem, człowiekiem obdarzonym głosem, który mógłby poruszyć skały w Bieszczadach. Takiego kogoś nie spotyka się codziennie.
Ja – Barnaba, zwany Barnim Brodatym, Poznańczyk, fan teatru, kina i wszelkich przejawów kultury – zazwyczaj snuję opowieści o podróżach i krajobrazach, o tym, jak z moim psem Berdo przemierzam Bieszczady w starym Land Roverze Discovery. Ale tym razem zapraszam Cię na reportaż z nieco innej kategorii: relacja z wyjątkowego spotkania z człowiekiem, który w jednej osobie łączy pokłady talentu artystycznego i ogromny dystans do siebie samego. Piotr Fronczewski to, bez dwóch zdań, człowiek-jakość – opowiem Ci, dlaczego.
Pierwsze wrażenie: głos, który brzmi jak orkiestra
O Fronczewskim mówi się, że ma głos stworzony do dubbingu, a ja uważam, że w tym głosie może tkwić cała orkiestra. Kto raz usłyszał go w roli narratora, czy to w filmie, czy w słuchowisku, ten wie, że coś w nim przyciąga. To dykcja, barwa, specyficzna modulacja, a także energia, która od razu mówi: „Słuchaj uważnie, bo to będzie ważne”. I tak właśnie zaczęła się moja przygoda z Piotrem Fronczewskim – od słuchania. Jeszcze zanim doszło do spotkania twarzą w twarz, zetknąłem się z jego głosem w kilku produkcjach i nabrałem przekonania, że to ktoś nietuzinkowy.
W mojej głowie Fronczewski funkcjonował zawsze jako Pan Kleks, choć przyznajmy – to rola sprzed lat, dziś już niemal klasyczna. Niemniej wciąż wspominana przez kolejne pokolenia dzieci i dorosłych. A gdy dorzuci się do tego Franek Kimono, postać zabawną, roztańczoną i pełną autoironii, otrzymujemy artystę, który potrafi w jednej karierze scalić teatr, film, muzykę i estradę. Nazwałem go „człowiekiem renesansu”, bo przypomina mi tych dawnych twórców, którzy nie zamykali się w jednej dziedzinie, tylko swobodnie wędrowali po różnych rejonach sztuki.
Spotkanie, które przyszło niespodziewanie
Nigdy nie przypuszczałem, że los zetknie mnie z Piotrem Fronczewskim osobiście. A jednak stało się to podczas pewnego wydarzenia kulturalnego, na którym pojawił się jako gość specjalny. Ja trafiłem tam z ramienia przyjaciół, którzy prowadzą blog o szeroko pojętej kulturze i sztuce. Miałem przygotować relację – co dziś publikuję zamiast wrzucać fotki i krótkie posty w social mediach. Wiesz, wychodzę z założenia, że lepiej spisać reportaż, zachować dłuższą formę i nacieszyć się gawędą.
Stanęliśmy twarzą w twarz w kuluarach. Pierwsze, co mnie uderzyło, to jego spokój i uprzejmość. Często zdarza się, że wielkie nazwiska są przytłoczone statusem gwiazdy. Tymczasem Piotr Fronczewski przywitał się, jakbyśmy się znali od lat. Krótka rozmowa, kilka anegdot i już wiedziałem, że mam do czynienia z osobą, która w sztuce czuje się jak ryba w wodzie, ale jednocześnie nie robi z tego wielkiego halo. W ten sposób zacząłem rozumieć, że określenie „człowiek jakość” pasuje do niego wyśmienicie – bo jakość przejawia się w każdym geście i wypowiedzianym zdaniu.
Z czego słynie Piotr Fronczewski?
- Pan Kleks – rola w ekranizacji „Akademii Pana Kleksa” uczyniła go bohaterem dziecięcej wyobraźni.
- Franek Kimono – alter ego muzyczne, komiczne, pokazujące dystans do siebie i do świata rozrywki.
- Niezwykły lektor – głos, który przez lata pojawiał się w reklamach, słuchowiskach, a także w dubbingu.
- Aktor teatralny i filmowy – bogaty dorobek sceniczny, występy w cenionych spektaklach i produkcjach kinowych.
- Człowiek skromny – wbrew pozorom, Fronczewski nie epatuje sławą, co czyni go jeszcze bardziej autentycznym.
Krótka pogawędka, mnóstwo inspiracji
Nasze spotkanie nie trwało długo, ale było niezwykle intensywne. Zacząłem od pytań typowo reporterskich: o wspomnienia z planu, o anegdoty związane z Frankiem Kimono. Ale Piotr Fronczewski szybko zmienił bieg rozmowy na bardziej swobodny. Zainteresował się moim plecakiem, który zwykle towarzyszy mi w podróżach. Rozpoznał, że to stary model, i powiedział: „Wiesz, ja też kiedyś uwielbiałem wyprawy, jeszcze zanim rola Pana Kleksa wciągnęła mnie na dobre…” – i tak oto zaczęliśmy wymieniać się historiami w stylu starych, dobrych wędrowców.
Co ciekawe, Fronczewski ma w sobie tę łatwość snucia opowieści, której mogliby mu pozazdrościć niejedni młodsi aktorzy. Gdy mówił o swoich początkach w teatrze, przypomniałem sobie własne wyprawy do Bieszczad, kiedy to prowadziłem wycieczki i opowiadałem gawędy. Może to brzmieć abstrakcyjnie, ale teatr i dzika przyroda mają wspólny mianownik – jest nim atmosfera. Zarówno na scenie, jak i w górach, tworzy się specyficzna aura, w której liczy się autentyczność i umiejętność bycia w zgodzie z otoczeniem. Myślę, że Piotr Fronczewski rozumie to doskonale.
Franek Kimono, czyli dystans do show-biznesu
Jedno z pytań, które miałem mu zadać – bo znajomi naciskali – brzmiało: „Czy Franek Kimono to był żart, czy poważne przedsięwzięcie?” On tylko się uśmiechnął. Przyznał, że cały pomysł na Franka Kimono wyrósł z poczucia humoru i z przekory. Chodziło o skomentowanie ówczesnej sceny disco, ale w sposób, który zarazem bawi i daje do myślenia. Efekt jest do dziś rozpoznawalny: wystarczy puścić kilka nut „King Bruce Lee karate mistrz” i uśmiech na twarzach Polaków gotowy.
A jednak, choć to była zabawa, w wykonaniu Fronczewskiego widać rzemiosło. Profesjonalizm aktorski plus autoironia dały mieszankę wybuchową – do tej pory ludzie z sentymentem wspominają tę rolę. Rozmawiając o Franku Kimono, miałem wrażenie, że rozmawiam z kimś, kto zna swoje miejsce w show-biznesie, ale nie traktuje go jak ołtarza. Raczej jak scenę do odrobiny kabaretu, rozrywki i mrugnięcia okiem do publiczności. W pewnym sensie, tak samo działał Pan Kleks – był bajkowy, nieco szalony, ale zawsze nosił w sobie odrobinę moralnej nauki.
Co zapamiętałem z rozmowy o Franku Kimono?
- Powstał z dystansu do świata disco i popkultury.
- Dał Fronczewskiemu możliwość eksperymentów muzycznych.
- Zachwycał poczuciem humoru i autoironią.
- Do dziś jest symbolem pewnej epoki w rozrywce.
- Pokazał, że można być wielkim aktorem i jednocześnie bawić się konwencją.
Pan Kleks: magia, która nie gaśnie
Nie da się też pominąć tematu Pana Kleksa. Pytałem o to, czy rola w ekranizacjach „Akademii Pana Kleksa” ciąży na nim jak kamień, czy raczej stanowi miłe wspomnienie. Z entuzjazmem odpowiedział, że to doświadczenie okazało się w jego karierze niezapomnianym rozdziałem. Co ciekawe, wiele osób do dziś kojarzy go wyłącznie z Kleksem, choć przecież wystąpił w dziesiątkach innych ról teatralnych i filmowych. Wspomniał, że wciąż spotyka na ulicy fanów, którzy mówią: „Dzień dobry, Panie Kleksie!”, i wcale nie jest tym zirytowany. Wręcz przeciwnie – cieszy go to, bo dowodzi, że rola trafiła głęboko w serca widzów.
Opowiadał mi, że plan zdjęciowy do „Akademii...” był nie lada wyzwaniem. Kostium, charakteryzacja, praca z młodymi aktorami… wszystko to wymagało cierpliwości i kreatywnego podejścia. Ale to właśnie w tamtych czasach uświadomił sobie, że granie dla dzieci – a właściwie dla całych rodzin – wymaga najwyższej próby warsztatu. Mali widzowie potrafią wyczuć fałsz w sekundę, trzeba więc być szczerym, autentycznym i zaangażowanym. Być może to właśnie ta autentyczność wywindowała tę postać do miana kultowej.
„Człowiek Jakość” – co to dla mnie znaczy?
Określenie „Człowiek Jakość” nie pojawiło się w naszym spotkaniu przypadkiem. Już od dawna używam tej frazy na opisanie osób, które w każdej dziedzinie życia stawiają na staranne, rzetelne podejście i dbają o szczegóły. Ktoś może być artystą, rzemieślnikiem, sportowcem czy podróżnikiem, a jednocześnie „Człowiekiem Jakość”, jeśli to, co robi, wyrasta z pasji, uczciwości i dążenia do mistrzostwa.
Piotr Fronczewski jest ucieleśnieniem tej definicji. W każdej jego roli – czy to Kleksa, czy Franka Kimono, czy poważnej kreacji w teatrze dramatycznym – czuć, że niczego nie robi na pół gwizdka. Nawet w szybkiej pogawędce o podróżach, którą uskuteczniliśmy, potrafił wnieść ciekawą refleksję, używając pięknego, bogatego języka. Niesamowita to cecha w dzisiejszej dobie, kiedy wszystko bywa przyspieszone i uproszczone.
Ze sztuki w góry – łączenie świata teatru i Bieszczad
Czy wiesz, co jeszcze ujęło mnie w Fronczewskim? To, że choć nie jest może typowym miłośnikiem Bieszczad (przynajmniej nie tak zapalonym jak ja), rozumie piękno prostoty i wolności, jaką daje wędrowanie. W trakcie naszego spotkania zapytał z zaciekawieniem, jak wygląda mój stary Land Rover Discovery i czy naprawdę lubię jeździć po błocie. Powiedziałem mu: „Owszem, w Bieszczadach pogoda potrafi zaskoczyć, ale to właśnie esencja przygody”. On przytaknął, dodając, że aktorzy również kochają przygody – tylko często te przygody toczą się w scenariuszach i na deskach scenicznych.
Zwróciłem uwagę, że tak jak Bieszczady pozwalają człowiekowi odpocząć od zgiełku miasta, tak teatr jest azylem dla duszy szukającej głębszych doznań. Fronczewski stwierdził, że to ciekawe porównanie i że może kiedyś warto by wyreżyserować sztukę, w której Bieszczady stanowią tło dla teatralnej intrygi. Kto wie, może Pan Kleks i Berdo kiedyś wystąpią razem na scenie? Kiedyś mój przyjaciel stwierdził, że opowiadam jak Indiana Jones, no i proszę – takie pomysły rodzą się właśnie z mieszanki wyobraźni i spotkań z niezwykłymi ludźmi.
Kilka rad, jak chłonąć Fronczewskiego w całej jego krasie:
- Sięgnij po repertuar teatralny – nie ograniczaj się do filmów czy słuchowisk, bo Fronczewski to przede wszystkim wybitny aktor teatralny.
- Odkryj „Franka Kimono” – daj się porwać humorowi i dystansowi, który stworzył to niesamowite muzyczne wcielenie.
- Powróć do „Akademii Pana Kleksa” – jeśli dawno nie oglądałeś, zrób sobie seans z tym klasykiem. To podróż w przeszłość, ale i w świat dziecięcej wyobraźni.
- Posłuchaj jego głosu w audiobookach – często nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele książek czy animacji czytanych jest właśnie przez Fronczewskiego.
- Bądź otwarty na rozmowę – jeżeli kiedyś masz okazję go spotkać, przekonasz się, że jest człowiekiem serdecznym i ciekawym świata.
Podsumowanie: jak pozostać sobą, będąc gwiazdą?
Rozstawałem się z Piotrem Fronczewskim z poczuciem, że dotknąłem kawałka historii polskiej kultury. Ten człowiek udowadnia, że można być równocześnie ikoną popkultury (Franek Kimono), legendą bajek (Pan Kleks) i szanowanym aktorem teatralnym. Nie popada przy tym w sztuczną wyniosłość ani w przesadną celebrację własnego statusu. To rzadkie, zwłaszcza w czasach, gdy wielu artystów buduje swój wizerunek w social mediach, walcząc o każdą chwilę uwagi.
Opowieść, którą tu snuję, jest więc czymś w rodzaju zaproszenia, by spojrzeć na Piotra Fronczewskiego w kontekście szeroko pojętej jakości – jakości aktorstwa, podejścia do ról, a także kontaktu z drugim człowiekiem. Dla mnie, Barni Brodatego z Poznania, to takie osobiste odkrycie, że artyści potrafią zachowywać się bardzo normalnie i sympatycznie, a jednocześnie mają w sobie ładunek charyzmy, który porusza tłumy.
Pożegnanie i nadzieja na kolejne spotkanie
Gdybym miał jedną myśl wynieść z tego spotkania i podzielić się nią ze światem, powiedziałbym: obojętnie, czy kojarzycie Piotra Fronczewskiego z Kleksem, Frankiem Kimono czy głosem z reklam – warto pamiętać, że mamy do czynienia z twórcą, który od dekad żyje sztuką, a jednocześnie ma do niej zdrowy dystans. Prawdziwy człowiek renesansu, który nie boi się bawić formą, byle tylko zachować klasę i prawdę. Taki człowiek to zdecydowanie „Człowiek Jakość”.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś skrzyżują się nasze drogi, może tym razem w innych okolicznościach – może na deskach teatru, może podczas premiery nowego słuchowiska. A może, kto wie, w Bieszczadach, w jakimś schronisku, gdzie siadłby z nami przy ognisku i zanucił coś w stylu Franka Kimono (jakie to byłoby zaskoczenie!). Tak czy inaczej, cieszę się, że mogę tę relację przedstawić na blogu, bo wierzę, że warto zatrzymać się na dłuższą formę i poczytać o ludziach, którzy inspirują.
Jeśli kiedykolwiek nadarzy Ci się okazja, by posłuchać Piotra Fronczewskiego na żywo, polecam wykorzystać ją bez wahania. W jego głosie jest magia, a w jego osobie – przykład na to, jak łączyć wiele obliczy artystycznego świata. Dla mnie to było przeżycie, które zachowam na długo w pamięci. Bo nieczęsto spotyka się kogoś, kto naprawdę zasługuje na miano człowieka renesansu i orkiestry. I właśnie dlatego Piotr Fronczewski pozostaje dla mnie kimś wyjątkowym – w pełnym tego słowa znaczeniu.
