barnibrodaty

 

Reptilian

 

Reptilianin w muzeum w UK

Kiedyś wydawało mi się, że nic już nie zaskoczy mnie w podróżach. Mam na koncie tysiące kilometrów przejechanych starym Land Roverem, setki nocy w namiotach (często przesiąkniętych wilgocią i zapachem deszczu), a także niewiarygodne przygody rodem z filmów o Indianie Jonesie. Od Bieszczad po mazurskie szlaki, od beskidzkich hal po dolinę Cybiny – zobaczyłem sporo i zawsze mówiłem, że lubię nietypowe historie. Ale, jak widać, świat ciągle potrafi nas zaskakiwać. No bo, przyznajcie szczerze, któż by pomyślał, że w jednym z londyńskich muzeów spotkam istotę, która w mojej głowie zapisała się jako „reptilianin”? Brzmi nieprawdopodobnie? A jednak.
Jak do tego doszło? To dosyć długa historia, którą teraz chciałbym Wam opowiedzieć – przeplataną poznańską gwarą, nutką artystycznego zacięcia, odrobiną mgieł bieszczadzkich, solidną porcją muzealnej kurzu-sklejki i teatralno-filmowych refleksji, bo przecież bez tego nie byłbym sobą, Barnabą Brodatym, włóczykijem i smakoszem kultury.

Zacznę od tego, że wcale nie planowałem wyjazdu do Wielkiej Brytanii. Miałem spędzić najbliższe dni w okolicach Poznania, może wyskoczyć na jedną czy drugą „jednodniówkę”, odwiedzić znajomy teatr i wreszcie nadrobić zaległości filmowe w kinie Muza. Pogoda dopisywała, pies Otryt chodził zadowolony, gotowy na codzienne wypady i tropienie zapachów w lasach Wielkopolskiego Parku Narodowego. Ale wtedy zdarzył się impuls: trafił do mnie mejl od starego kumpla – zresztą, też marketingowca – który mieszka w Londynie i poprosił o pomoc w pewnym nietypowym projekcie dla jednego z muzeów.
A że w moim życiorysie nic nie jest proste, bo zawsze dzieje się coś nieprzewidywalnego, przyjąłem propozycję. No bo jak tu odmówić, jeśli w perspektywie jest zlecenie, które łączy marketing online z historią, kulturą, a do tego rozgrywa się w sercu brytyjskiej stolicy? Wiem, wiem, to brzmi jakbym się pchał w korpo-świat, od którego powoli zamierzam odchodzić, ale… to właśnie jest mój paradoks. Cenię wolność i naturę, a jednocześnie przyciągają mnie wyzwania, przygody i szansa na nowe doświadczenia.
Zorganizowałem więc swój harmonogram, wsadziłem Otryta do Landka, postarałem się o wszystkie niezbędne dokumenty, no i dawaj! Ruszyliśmy. Kierunek: Wielka Brytania. Podróż przez Niemcy, Holandię, kawałek Belgii i Francji, a potem przeprawa promowa do Anglii. Nie powiem, droga była intensywna. Land Rover, choć wysłużony, dzielnie pruł przez europejskie autostrady, a mój pies wyglądał przez okno, jakby jego psia dusza próbowała przetrawić widok tylu obcych krajobrazów.
Jak się możecie domyślać, sam Londyn to dla mnie nie pierwszyzna – bywałem tu wcześniej, jeszcze w czasach, gdy studencką kieszeń zasilaliśmy dorywczymi pracami na Wyspach. Ale tym razem było inaczej. Miałem konkretny cel: odwiedzić pewne muzeum, spotkać się z lokalnym zespołem odpowiedzialnym za promocję kulturalną i pomóc im w kampanii marketingowej online. Gdzieś w tle czaiło się też moje pragnienie, żeby liznąć odrobinę brytyjskiego teatru – wiecie, West End, Shakespeare’s Globe i te sprawy. Przecież nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z okazji, by obwąchać tamtejsze deski sceniczne.

Krótki przerywnik: O co chodzi z tym „reptilianinem”?

W mojej głowie to wciąż brzmi jak tytuł filmu science-fiction. Jednakże zacznijmy od sedna: jest sobie pewien budynek muzealny, stojący w Londynie od kilkuset lat. Poświęcony jest w głównej mierze historii przyrody i antropologii – tak, nie mylicie się, to miejsce, w którym można znaleźć salę pełną rekonstrukcji dinozaurów, szkielety najróżniejszych stworzeń, zbiory etnograficzne i mnóstwo innych atrakcji. Muzeum dość znane, aczkolwiek nie tak rozchwytywane, jak te znajdujące się w centrum miasta. Kiedyś zajmowali się tu głównie badaniami nad gatunkami zwierząt, a potem rozwinęli także dział poświęcony mitom i legendom.
Okazało się, że w ramach nowej wystawy chcą poruszyć temat teorii spiskowych dotyczących rzekomych „Reptilian”, czyli gadzich istot, które wedle niektórych mają skrycie żyć wśród ludzi i wpływać na losy świata. Brzmi to jak sensacyjny scenariusz? Jasne, że tak. Ale Brytyjczycy, mając swój dystans i poczucie humoru, postanowili zrobić z tego kulturalną atrakcję i namówić różnorakich artystów do przygotowania ekspozycji – jedni tworzyli instalacje wideo, inni szyli dziwaczne kostiumy, a jeszcze inni organizowali pokazy teatralno-performatywne. Moim zadaniem było, by pomóc to wszystko połączyć w spójną opowieść marketingową, docierającą do publiczności międzynarodowej.
Tak się zaczęła przygoda, która szybko wykręciła się w kierunku bardziej osobistym i… surrealnym. Bo oto, kręcąc się po salach muzeum, zacząłem słyszeć dziwne pogłoski, że podobno nocami ktoś przemierza korytarze, zostawiając na podłodze ślady przypominające łapy gada. Na początku potraktowałem to jako niewinny dowcip, ale kolejne fragmenty historii zaczęły układać się w coś większego. Odkryłem, że kilka osób z personelu naprawdę wierzy, że w budynku bywa widywany prawdziwy reptilianin – niby stwór, niby człowiek, który potrafi przybrać ludzką postać w dzień, a nocą ujawnia swoje gadzie cechy. Ktoś inny mówił o dźwiękach przypominających syk węża, jeszcze inny twierdził, że widział zielonkawy odblask w oczach pewnego gościa. Pomyślałem wtedy, że to albo genialny marketing wirusowy, albo niektórzy pracownicy mają wybujałą wyobraźnię.

Zanurzenie w londyńskiej codzienności – a może i w nocnym teatrze

Zanim przejdę do sedna moich poszukiwań reptilianina, muszę nadmienić, że sam pobyt w Londynie stanowił dla mnie jak zawsze uderzenie wielkomiejskiej energii. Przyjeżdżając z Poznania – miasta dużego, ale ciągle bardzo swojskiego – czułem się w tej molochowatej przestrzeni nieco onieśmielony. Tu wieżowce, tam tętniące życiem knajpy, gdzieś indziej wciąż czuję echa starych angielskich tradycji. Mimo wszystko, postanowiłem znaleźć chwilę, by zajrzeć do teatru.
Poszedłem na spektakl w The Old Vic, bo akurat grali nową adaptację Szekspira w supernowoczesnej formie. Przedstawienie zaskoczyło mnie swoją dynamiką i choreografią, a jednocześnie przypomniało, jak nasz poznański Teatr Nowy potrafi też eksperymentować z formą. Wyobraziłem sobie, że kiedyś zaprosiłbym tych londyńskich twórców do Polski, żeby zderzyć obie wizje teatralne. Może powstałoby coś w rodzaju międzynarodowego festiwalu Szekspirowskiego, w którym i Bieszczady, i Londyn miałyby swoje miejsce? Eh, taka moja fantazja.
Co ciekawe, ten spektakl zadziałał na mnie niczym katalizator – w pewnym momencie postacie poruszały się w rytmie przypominającym taniec zwierząt, a jeden z aktorów w masce gada śpiewał archaiczne melodie. Zaczęło mi to znowu przypominać wszystkie spiskowe legendy o istotach-reptilianach. Po wyjściu z teatru miałem mętlik w głowie: czy to znak, że powinienem bardziej poważnie potraktować te muzealne opowieści?

Skrzypiące korytarze i nocne obchody – jak amator stał się detektywem

Cała historia przybrała nieoczekiwany obrót dopiero kilka dni później. Na co dzień w muzeum spędzałem głównie czas w dziale promocji, konsultowałem zespół, jak można zaaranżować wystawę o reptilianach, by była intrygująca, a nie po prostu tanią sensacją. Rozważaliśmy elementy filmowe (kręcenie krótkich ujęć w stylu found-footage), zapraszanie aktorów, którzy przechadzaliby się w strojach gadzich i prowadzili interakcje z publicznością, oraz tworzenie instalacji interaktywnych, w których zwiedzający mogliby wczuć się w skórę – dosłownie i w przenośni – istoty z innego wymiaru.
W ramach tych przygotowań często zostawałem dość późno, sprawdzając ekspozycje. Personel dał mi klucz, bym mógł swobodnie poruszać się korytarzami. Pewnej nocy, kiedy kończyłem rundkę, poczułem dziwny przeciąg, a w oddali – ledwie słyszalny zgrzyt, czy może syk. Mówię sobie w duchu: „Barni, nie daj się zwariować, to pewnie jakieś nieszczelne okno.” Ale ciekawość wzięła górę, no bo jak tu zignorować taki smaczek?
Poszedłem w tamtym kierunku, klucząc po staroświeckich salach, oświetlonych tylko słabym światłem awaryjnym. Cienie olbrzymich dinozaurów wyłaniały się z ciemności jak potwory z kart powieści. W innej sali migały sylwetki dawnych hominidów, ułożone w gablotach, a jeszcze w kolejnej – manekiny pokazujące ewolucję gadów i ssaków. Przysięgam, że w tym półmroku miałem dreszcze, bo wszystko zaczynało wyglądać podejrzanie żywo.
I wtedy, kątem oka, zobaczyłem postać. Niewysoką, zgarbioną, jakby zawiniętą w kaptur. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to jeden z pracowników, który z jakichś powodów musi tu coś sprawdzić. Ale ta postać poruszała się z dziwną gracją, bardziej płynną niż ludzka, i właściwie nie słyszałem kroków, tylko delikatne szuranie. Zatrzymałem się, a jednocześnie poczułem, że ogarnia mnie niespotykane uczucie niepewności.
Po chwili niewyraźny kontur zniknął w przejściu do sali antropologicznej. Ruszyłem za nim, starając się stąpać cicho. Jedyne, co zdążyłem wychwycić, to jakiś słaby poblask świateł na czymś zielonkawym, co mogło być fragmentem skóry lub materiału. Brzmi szalenie, prawda? Ale byłem trzeźwy, skupiony, więc trudno mnie posądzić o halucynacje.
Gdy wpadłem do sali, nikogo tam nie zastałem. Za to poczułem intensywny, nieco piżmowy zapach, coś jak połączenie wilgotnej ziemi z metaliczną nutą. Otryta w tym czasie nie było przy mnie – zostawał zawsze w moim wynajętym pokoiku, bo nie chciałem go narażać na nocne eskapady w obcym miejscu. A szkoda, bo jego nos pewnie wychwyciłby więcej tropów.

Trup w szafie czy chwyt marketingowy? Rozterki w stylu Indiany Jonesa

Następnego dnia dopytywałem ludzi w muzeum, czy ktokolwiek z nich mógł przemykać nocą po salach. Jeden z konserwatorów przyznał, że czasem zostaje do późna, ale ostatniej nocy go nie było. Inna osoba powiedziała, że od dłuższego czasu słyszy różne historie – jak to ktoś niby widuje dziwne ślady, ale nikt nie przyznał się, by cokolwiek takiego faktycznie widzieć na własne oczy (poza plotkami). Cóż, poczułem się trochę jak w amatorskim kryminale.
Czy mogło chodzić o celową akcję promocyjną? Całkiem możliwe. W końcu wystawa o reptilianach to świetny kontekst do takich „sensacji”. A może jakiś zapaleniec postanowił przenieść teorie spiskowe do rzeczywistości? A jednak we mnie narastało dziwne uczucie, że to nie do końca taka banalna sztuczka. Coś w sposobie poruszania się tej istoty wskazywało, że nie był to zwykły człowiek w przebraniu.
Powiedziałem o tym mojemu koledze od marketingu, temu, który mnie tu ściągnął. Oczywiście, uśmiechnął się i stwierdził, że najwyraźniej za dużo czasu spędzam wśród muzealnych eksponatów. Zasugerował, żebym wyrwał się na jakiś koncert, przy okazji skoczył do kina na film science-fiction albo do jednego z londyńskich pubów, by przewietrzyć umysł. A ja, słysząc to, pomyślałem: „W sumie, czemu nie?” – tym bardziej, że w Londynie wybór atrakcji kulturalnych jest ogromny.

Odetchnąć sztuką i muzyką – antydotum na gadzie koszmary

Jeszcze tego samego wieczora wybrałem się na koncert do starej sali w okolicach Camden Town, gdzie grywały kapele łączące folk z rockiem. Zauważyłem pewne analogie do mojej rodzimej sceny, gdzie Bieszczady i szeroko rozumiany folk przeplatają się z nowoczesnymi brzmieniami. Tam, w Camden, miałem okazję posłuchać zespołu, który używał egzotycznych instrumentów i łączył je z mocnym, gitarowym brzmieniem. Czułem się niczym w Teatrze Nowym na eksperymentalnym spektaklu, który jednocześnie kipi surową, punkową energią.
Następnie, zafascynowany tamtejszą energią, wybrałem się do kina studyjnego na jeden z seansów kina niezależnego – film dotyczył właśnie teorii o reptilianach ukrywających się wśród ludzi. Zrządzenie losu czy przypadek? A może kolejny znak? Film był dość amatorski, ale pokazywał nakładające się na siebie wątki: polityków, którzy rzekomo potrafią zmieniać kształty, starych kapłanów z dalekich krain, a także symbole w architekturze wielkich miast. Czy to wszystko to bzdura, czy jednak ukryta prawda? Po seansie spotkałem grupkę zapaleńców, którzy – jak się okazało – wierzą w istnienie reptilian na serio. Rozgorzała ciekawa dyskusja, w której starałem się podejść do tematu racjonalnie, ale oni mieli tony argumentów i rzekomych dowodów.
Wróciłem do pokoiku wynajętego w północnym Londynie późno w nocy, a w głowie kłębiły mi się obrazy gada-ludzi, przenikających przez współczesną rzeczywistość. Od czasu do czasu sam siebie pytałem, czy to mnie nie przerasta. W końcu moje życie do tej pory kręciło się wokół realnych podróży, marketingu, teatru, kina i natury – a nie wokół spiskowych teorii. Jednak z drugiej strony, uwielbiam tajemnice i dziwactwa, więc czułem, że wchodzę w to coraz głębiej.

Kolejne spotkanie w muzeum – tym razem przygotowany

Postanowiłem przechytrzyć własne lęki. Wziąłem ze sobą małą kamerkę sportową, którą można przymocować do ubrania, i zgłosiłem się do nocnego patrolu z jednym z pracowników ochrony – sceptykiem, który uważał, że wszelkie opowieści o reptilianach są wyssane z palca. Jednak zgodził się, byśmy razem obeszli sale po oficjalnym zamknięciu.
Chodziliśmy korytarzami prawie do drugiej w nocy. Nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Zero dziwnych dźwięków, zero śladów, zero zgrzytów. Ochroniarz – nazwijmy go Dave – ziewał co chwilę, a ja zaczynałem się czuć jak kompletny frajer, który daje się nabrać na marketingowe sztuczki. W końcu powiedziałem mu, że pewnie to tylko moja wyobraźnia i wróciliśmy do głównego wyjścia.
Ale kiedy Dave poszedł do swojej kanciapy, ja, zamiast wyjść, postanowiłem jeszcze raz cichaczem zajrzeć do jednej z sal z eksponatami biologicznymi. Starałem się iść bezszelestnie, kierując się instynktem. Było już dobrze po drugiej, czułem zmęczenie, lecz także pewien dreszcz adrenaliny. No i nagle – w półmroku – dostrzegłem lekki ruch za jedną z gablot.
Serce zabiło mi mocniej. Ustawiłem kamerkę, nacisnąłem nagrywanie i powoli podszedłem bliżej. Zobaczyłem fragment zielonkawej „skóry”, jakby gładkiej i lśniącej. Przywodziło to na myśl grzbiet jaszczurki, która mieni się w świetle. Zanim zdążyłem podejść bliżej, „to coś” odwróciło łeb – tak, łeb, bo zdecydowanie nie była to typowa ludzka głowa. W świetle awaryjnym zobaczyłem, jak para złotawych oczu z pionowymi źrenicami spogląda prosto na mnie.
Nie umiem opisać tego uczucia. Strach? Tak. Fascynacja? Również. Przez ułamek sekundy nie mogłem się ruszyć. Istota – czy to stwór, czy człowiek w rewelacyjnym kostiumie – wydała z siebie niski syk, jakby ostrzeżenie. Potem drgnęła i rzuciła się w tył, znikając za gablotą. Ja w tym samym momencie odzyskałem władzę w nogach i popędziłem za nią. Biegliśmy labiryntem korytarzy, a jedyne, co widziałem, to zarys ogona i zielonkawej skóry znikający za rogiem.
Zanim dotarłem do dalszej sali, postać zniknęła. W pewnym momencie kątem oka zauważyłem otwarte okno – spore, starodawne, prowadzące na zewnątrz, wprost na niewielki dziedziniec. Wyskoczyłem tam, zastając jedynie mrok i ciszę. Żadnych śladów na ziemi, poza kilkoma smugami, które mogły być wszystkim. Zacząłem gwałtownie oddychać i wciąż nie dowierzałem temu, co zobaczyłem.
Sprawdziłem nagranie na kamerce. Niestety – w ferworze biegu obraz był mocno rozmazany. Nie da się wyłowić wyraźnej sylwetki, poza kilkoma klatkami, gdzie widać zielonkawy cień. Tyle. Ale przynajmniej to potwierdzało, że nie śniłem na jawie.

Co dalej? Rozrachunek z rzeczywistością

Po tej nocy byłem w rozdarciu. Z jednej strony, wszystkie racjonalne przesłanki podpowiadały mi, że to musiał być człowiek w ekstremalnie dopracowanym kostiumie. Może to jakiś artysta-anarchista, który nielegalnie wkrada się do muzeum, by wzmagać zainteresowanie wystawą. W końcu w Londynie nie brakuje szalonych performerów. Z drugiej strony – widziałem te oczy i sposób ruchu. Nie sądzę, by to można było tak łatwo sfingować.
Rozważałem zgłoszenie sprawy do kierownictwa muzeum, ale uznałem, że jeśli to faktycznie wewnętrzny performance, mogę jedynie się ośmieszyć. Poza tym, istniała szansa, że muzeum samo zorganizowało taką akcję, żeby wzmocnić efekt wystawy o reptilianach. Postanowiłem więc zachować to w tajemnicy, przynajmniej na jakiś czas, a jednocześnie kontynuować swoją pracę przy projekcie.
Zostałem jeszcze tydzień w Londynie, dopinając kampanię promocyjną. W wolnych chwilach odwiedzałem teatry, kina i galerie, chłonąc klimat miasta. Raz trafiłem do British Museum, innym razem do V&A, a innym razem do Tate Modern. Każde z tych miejsc miało swój niepowtarzalny charakter. W głowie jednak wciąż miałem tamten nocny incydent.
Ostatecznie, kiedy nadeszła pora powrotu do Poznania, powiedziałem mojemu koledze w sekrecie, że widziałem coś dziwnego, co przypominało mi reptilianina. On wybuchnął śmiechem, po czym spoważniał i powiedział: „Może wiesz zbyt wiele i dlatego ci się objawił?” – Wyglądało to na żart, ale poczułem w tym cień prawdy. W końcu istnieją w świecie rzeczy, o których filozofom się nie śniło, a co dopiero marketingowcom i miłośnikom kina.

Powrót do codzienności – lecz inaczej

Kiedy zjechałem z promu na kontynent, odetchnąłem z ulgą – w końcu stara, dobra Europa, no i bliżej do Polski. Otryt zdawał się cieszyć, że wracamy do kraju, bo w trasie bywał niespokojny, a w Wielkiej Brytanii nie miał wystarczająco dużo miejsca do wybiegania się. Również ja tęskniłem za ciszą Wielkopolski, za moimi teatrzykami i kinem Muza, za prostotą wyjazdów w okoliczne lasy.
A jednak w głowie wciąż pobrzmiewało echo tej wyprawy. Reptilianin w muzeum w UK – czy to realne? Zacząłem nawet rozmyślać, czy nie zrobić na ten temat krótkiego materiału filmowego. Ale uznałem, że bez wystarczających dowodów to byłaby czysta sensacja. Poza tym, czułem, że część mnie pragnie zachować w tej historii element tajemnicy.
W końcu, gdy wróciłem do Poznania, przez kilka dni czułem się jak w innym wymiarze. Z jednej strony, z radością znów zaglądałem do Teatru Polskiego, sprawdzałem repertuar, spotkałem się ze znajomymi przy kawie i rogalu świętomarcińskim. Z drugiej – wciąż miałem przed oczami tamte złote, pionowe źrenice w londyńskim muzeum. Zastanawiałem się, czy może w polskich muzeach też coś podobnego się nie dzieje. A przecież bierzemy udział w przeróżnych projektach unijnych, przewozimy wystawy, artefakty, instalacje. Kto wie, co czasami podróżuje pomiędzy magazynami?

Garść refleksji i odrobina poznańskiej gwary

„Szapse, toć to ci dopiero heca!” – tak by zapewne powiedział starzy wujek z Wildy, gdybym mu wyznał, że widziałem reptilianina w muzeum. Nieźle by się uśmiał, stwierdzając, że pewnie ktoś mi dolał trunku z gwinta. Ale ja wiem swoje – jestem daleki od traktowania tego jako czystego przypadku. Owszem, może to performance, może halucynacja, a może coś jeszcze innego. W tym wszystkim jednak dostrzegam lekcję.
Moje podróże i umiłowanie przygody pozwalają mi dostrzegać, że świat bywa pełen zagadek. Dzieje się tyle rzeczy, których nie ogarniamy. Ktoś w Bieszczadach opowiada historie o biesach, ktoś inny w Poznaniu przekonuje, że w jednej z kamienic straszy duch starego garncarza. A w Londynie? Tam krążą teorie, że w piwnicach pałaców rządowych mieszkają reptilianie, a w muzeum – jak widać – czasem się ujawniają.
Człowiek, który patrzy na życie z dystansem, nie musi we wszystko wierzyć bezkrytycznie. Ale warto mieć w sobie tę iskrę ciekawości, dzięki której możemy powiedzieć: „A czemu nie? Możliwe, że coś się tu chowa.” Może właśnie takie podejście pomoże nam częściej przeżywać chwile ekscytacji i pozwoli spojrzeć na codzienność jak na rozbudowany spektakl, którego czasem stajemy się mimowolnymi aktorami.

Moje prywatne dochodzenie – w poszukiwaniu prawdy czy mitu

Już po powrocie próbowałem zgłębić temat w sieci. Okazało się, że są fora internetowe, gdzie ludzie relacjonują swoje spotkania z reptilianami, podobnymi do tego, co widziałem. Ktoś w Kanadzie pisze, że natknął się na podobną istotę w bibliotece uniwersyteckiej. Ktoś w Australii, że widział coś dziwnego w trakcie pieszej wyprawy. A ja myślę sobie: no dobra, to brnie w rejony, w których granica pomiędzy fanatyzmem a rzeczywistą ciekawością bywa bardzo cienka.
Z drugiej strony, wiele teorii spiskowych ma swoje źródła w rzeczywistości, choćby w niewielkim fragmencie. Jestem daleki od przekonania, że za wszelkimi wojnami czy kryzysami stoją istoty gadziego pochodzenia, ale w głębi duszy nie mogę zignorować tego, co na własne oczy zobaczyłem – nawet jeżeli był to tylko przebłysk.

Spotkanie z teatrem i filmem – inspiracje czy ostrzeżenie?

Cała ta historia, paradoksalnie, zainspirowała mnie do pomysłu na scenariusz teatralny lub filmowy. Wyobraźcie sobie: bohater przyjeżdża do wielkiego muzeum, by pomóc w organizacji wystawy o gadzich istotach, a nocą sam spotyka taką postać. Nie wiadomo, czy to prawda, czy halucynacja. W spektaklu można by łączyć nagrania wideo z grą aktorów w maskach i świateł w stylu noir. Kto wie, może kiedyś taka sztuka powstanie w Teatrze Nowym w Poznaniu, a ja będę doradzał reżyserowi w kwestiach scenariuszowych.
Widziałem już wcześniej spektakle czerpiące z legend, wierzeń i teorii spiskowych. Ostatnio w Bieszczadach był wystawiany performance o wilkołakach i demonach karpackich. Czemu by nie pójść w kierunku reptilian? Temat nośny, metaforyczny, bo może też oznaczać nasz strach przed innością, nieznanym, a może przybierać wątek o władzy i manipulacji. W końcu w kinie i literaturze to motyw stary jak świat.

Zakończenie rodem z bieszczadzkiej mgły – a może i z mgły Tamizy

Patrząc na wszystko z dzisiejszej perspektywy – minęło już kilka tygodni od powrotu – zastanawiam się, czy to zdarzenie w brytyjskim muzeum było mi potrzebne. Chyba tak. Nauczyło mnie, że w podróżach, nawet tych pozornie prozaicznych (bo jechałem tam przecież służbowo), może wydarzyć się coś, co wywraca naszą pewność co do realiów świata. Jestem teraz bardziej otwarty na różne teorie, choć wciąż zachowuję zdrowy rozsądek.
Uśmiecham się, gdy myślę, że Otryt – mój psi towarzysz – był nieświadomy, jaką historię przegapił, kiedy drzemał smacznie w wynajętym pokoiku. Może to i dobrze, bo pewnie wpadłby w szał szczekania, a całe muzeum by się zbudziło. A tak, mieliśmy niemal filmową scenę pościgu, o której nikt się nie dowiedział (no, poza Wami, czytelnikami mojego bloga).
Jest też pewien wniosek co do moich dróg zawodowych. Choć wciąż deklaruję, że odchodzę od social mediów i korporacyjnych projektów, to jednocześnie widać, że życie lubi stawiać mi na drodze okazje. Z jednej strony, uwielbiam spokój Bieszczad, włóczenie się z aparatem po leśnych ścieżkach. Z drugiej, jak widzę, starczy jedna ciekawa propozycja, bym wsiadł do Landka i popłynął promem aż do Anglii. Pewnie tak już mam w naturze, że łączę to, co wydaje się sprzeczne: marketing i duch przygody, teatr i samotne wypady w teren, spokój i intensywność bodźców wielkiego miasta.
I wiecie co? To jest właśnie urok bycia Barnabą Brodatym. Wielu z Was pyta: „Barni, jak to godzić?” A ja odpowiadam: „Tym samym kluczem, co się go używa do wrót wyobraźni.” Otwierasz te wrota i okazuje się, że w londyńskim muzeum może być reptilianin. Że w Bieszczadach można usłyszeć śpiew anielskich chórów nad połoninami. Że w poznańskim teatrze można dotknąć serca sztuki, a w kinie dojrzeć odbicie najgłębszych lęków. Wszystko to jest jedną wielką historią, a my jesteśmy jej współtwórcami.
Wróciłem do domu, usiadłem przy biurku, obok zasnął Otryt, a w mojej głowie zaczęły formować się obrazy tamtej niezwykłej nocy wśród eksponatów. Zacząłem pisać tę relację dla Was, z myślą, że może i Wy będziecie mieli ochotę oderwać się od szarej codzienności i uwierzyć w coś nieoczywistego, choćby na chwilę. Bo świat, w którym pozwalamy sobie na wiarę w historie pozornie niemożliwe, nabiera kolorów i jest dużo ciekawszy.
Czy reptilianin w muzeum w UK był realny? Czy istniał tylko w moim umyśle? A może to po prostu aktor, któremu zapłacono za wprowadzanie odwiedzających w konsternację? Na to pytanie nie dam Wam jednoznacznej odpowiedzi. Niby rozum podpowiada, że to była zręczna iluzja, ale serce – lub raczej instynkt – mówi: „Hej, przecież to było zbyt prawdziwe, by być oszustwem.”
Tak czy siak, w mojej osobistej kronice podróży ta historia ma swoje stałe miejsce. Będę ją wspominał przy ognisku w Bieszczadach i za każdym razem, gdy ktoś spyta, czy widziałem w życiu coś naprawdę niewytłumaczalnego. Mogę wtedy zaciągnąć się aromatem herbaty z kubka i opowiedzieć, jak goniłem zielonkawego stwora między gablotami pełnymi prehistorycznych gadów. A słuchacze sami zadecydują, czy to prawda, czy bajka.
Takie jest już życie podróżnika i gawędziarza. Bez odrobiny magii byłoby nudne, a bez teatru i kina, nie miałbym z czego czerpać inspiracji. Ostatecznie, to wszystko scala się w jedną całość: kultura i przyroda, miasto i góry, realność i fantazja. Ja tylko staram się o tym opowiadać, by zachęcić Was do odnajdywania własnych tropów – może nie koniecznie gadzich, ale takich, które pozwalają poczuć dreszcz odkrywania.
No, to by było na tyle. Mam nadzieję, że zaparzyliście sobie dobrą herbatkę albo kawkę i że lektura tej niesamowitej opowieści przysporzyła Wam nieco emocji. Pamiętajcie: świat jest dużo większy, niż nam się wydaje. A jeśli kiedyś odwiedzicie muzeum w Wielkiej Brytanii i zobaczycie tam dziwny cień przemykający między eksponatami – pomyślcie o mnie. Może będzie to ten sam przybysz, który zbiegł mi w tamtą londyńską noc.
Jak zwykle zachęcam Was do podróżowania, odkrywania sztuki, teatru, kina, muzyki i – rzecz jasna – tajemnic natury. Bo kto wie, może właśnie czekają na Was przygody, o których dzisiaj nawet się Wam nie śniło. Zatem do następnego razu! A ja idę zaplanować kolejny wypad – tym razem może na północ kraju, bo podobno i tam krążą legendy o istotach nie z tej ziemi. Trzymajcie się ciepło!

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.