Byli tacy, co rodzili się. Byli tacy, co umierali. Byli też i tacy, którym to było mało.
Edward Stachura - twardy delikates. Spotkanie po fakcie
Spotkanie na granicy światów
Niektóre rozmowy odbywają się w ciszy. Tak było i tym razem. Kamienna płyta nagrobka Edwarda Stachury stała się tymczasowym stolikiem, przy którym spocząłem na moment, by wymienić kilka myśli z poetą. Gdyby był obok, pewnie spojrzałby tym swoim przejmującym wzrokiem i spytał: „I co, Barni, idzie ci się dobrze?”
Wędrowiec nad brzegiem słów
Stachura nie był poetą zza biurka. Pisał, wędrując. Wędrował, pisząc. Był drogowym pielgrzymem, który zamiast różańca trzymał w dłoni długopis. Jego wiersze to nie tylko poezja, to sposób istnienia. Człowiek, który chciał się przeżyć – tak do końca, do dna, do kresu.
Między twardością a delikatnością
Był delikatny, ale nie słaby. Był twardy, ale nie zimny. To napięcie między skrajnościami widać w każdej jego linijce. Miłość i ból. Życie i śmierć. Stachura balansował między tymi światami, jakby nie mógł się zdecydować, do którego należy bardziej.
Ślady na ścieżce
„Cała jaskrawość”, „Siekierezada”, „Piosenka dla zapowietrzonego” – to nie tylko tytuły, to tropy zostawione dla tych, którzy chcą go odnaleźć. Czytając go, można poczuć się jak wędrowiec podążający za śladami na piasku. Problem w tym, że te ślady czasem prowadzą prosto na urwisko.
Cisza po poecie
Stachura odszedł z własnej woli. Przekroczył granicę, której już nie dało się cofnąć. Ale czy naprawdę odszedł? Czy poeta, który tak mocno wpisał się w słowa, kiedykolwiek może naprawdę zniknąć? Jego nagrobek mówi niewiele. Kamień nie potrafi oddać wędrownej duszy. Ale jego książki wciąż są w drodze.
Gdybyśmy mogli porozmawiać
Gdyby Stachura siedział dziś obok mnie, przy tym grobie, o co bym go zapytał? Czy mówiłby o miłości? O podróży? O śmierci? A może po prostu spojrzałby w niebo, uśmiechnął się i zapytał: „Barni, a dokąd teraz idziesz?”
