
Wierszokleta w Cisnej
Zdarzają się miejsca na ziemi, gdzie czas zdaje się płynąć inaczej. Gdzie lasy i wzgórza szepczą do człowieka, a człowiek – jeśli tylko umie ich słuchać – zyskuje nową perspektywę na świat. Dla mnie takim miejscem zawsze były Bieszczady. Od kiedy pamiętam, cisza i przestrzeń tamtejszych połonin potrafiły obudzić we mnie radość odkrywcy i cichą, choć intensywną tęsknotę za wolnością. W takiej scenerii trudno oprzeć się wrażeniu, że nasza codzienność wypełniona pracą przy laptopie i sprawami życia miejskiego jest tylko jedną z wielu warstw rzeczywistości.
Nie inaczej było, gdy ponownie trafiłem do Cisnej. Tym razem powód mojej wizyty nie wiązał się wyłącznie z Siekierezadą ani z wycieczkami w głąb bieszczadzkich ostępów. Miało to związek z poezją. Tak, tak – dobrze przeczytaliście: poezja w Bieszczadach. Możecie zapytać: „Barni, coś ci się pomieszało? Czy w górach, w tej krainie wilków i bieszczadzkich demonów, jest w ogóle miejsce dla wierszy?” Uwierzcie mi, jak najbardziej!
Czasem wydaje się, że natura sama z siebie jest już czystą poezją. Gdy siedzisz nad potokiem, słuchasz szemrania wody, a gdzieś daleko w oddali odzywa się puchacz, dostrzegasz w tym wszystkim rytm i harmonię – jak w dobrze skomponowanym wierszu. I być może dlatego to właśnie tu, w Cisnej, zrodziła się tradycja spotkań z wierszokletami, jak mawiają niektórzy.
Owym wierszokletą, którego mam na myśli, jest człowiek o barwnym życiorysie, z jeszcze barwniejszą brodą niż moja (choć to wydaje się niemożliwe). Plotka głosi, że pewnej zimy dosłownie wymeldował się z życia, osiadł w bieszczadzkiej chacie i klecił tam rymy, inspirując się szumem drzew, wiatrem i historiami zasłyszanymi przy ognisku. Po kilku miesiącach wyłonił się jakby z innego świata, z plikiem kartek pokrytych własnoręcznie zapisanymi wierszami.
Tak się złożyło, że tegoż wierszokletę zaproszono na weekendowe wydarzenie w Cisnej – imprezę poświęconą sztuce słowa i muzyki. Coś pomiędzy kameralnym festiwalem a przypadkowym zlotem artystycznych dusz. W programie: recytacje, muzyka na żywo, a także wspólne ogniska, przy których każdy może dorzucić swoją historię lub wers wiersza. A ja? Ja akurat miałem sposobność przyjechać do Cisnej, bo dopinałem projekt marketingowy dla lokalnego pensjonatu. Czułem, że takie spotkanie może być czymś wyjątkowym.
Przyjechałem moim starym Land Roverem Discovery wczesnym popołudniem. Otryt, mój wierny psi towarzysz, wyskoczył z auta, rozprostował łapy i ruszyliśmy w stronę miasteczka. W powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę: śniegi topniały, odsłaniając zielone łaty, a słońce nieśmiało wyglądało zza chmur. Ludzie kręcili się wokół sklepiku i remizy, a co drugi przechodzień kłaniał się nam życzliwie. Bieszczadzka gościnność trwa w najlepsze.
Idąc główną drogą, mijałem afisze i ulotki zapraszające na wieczorne czytanie wierszy. W oczy rzucił mi się szczególnie jeden plakat: „Wierszokleta w Cisnej – spotkanie z poetą z Bieszczad”. Nie podano nazwiska, tylko pseudonim: „Gawroński”. Zaintrygowany, zacząłem dopytywać lokalnych znajomych, czy wiedzą coś więcej. Ktoś powiedział, że Gawroński tworzy wiersze jakby w stylu Stachury, tylko bardziej rubaszne. Ktoś inny uważał, że to stary zakapior, który nierzadko pijąc herbatę z prądem w Siekierezadzie, rymował na poczekaniu prześmiewcze wersy o wszystkim, co się działo dookoła.
Zaintrygowany, ruszyłem więc dalej, zatrzymując się w pensjonacie, gdzie miałem załatwić sprawy służbowe. Na szczęście, nie zajęło to dużo czasu – głównie chodziło o serię zdjęć i wywiad z właścicielem, który chciał wypromować swój obiekt w internecie. Skończyłem więc szybko, Otryt odpoczywał na podłodze, a ja już myślałem o tym magicznym wieczorze.
Kiedy zbliżyła się godzina osiemnasta, w Cisnej robiło się już szaro. Domyślacie się, jak wygląda Bieszczadzki zmrok – delikatnie spowija domy i górskie stoki, nadając wszystkiemu aurę tajemniczości. Czy to jeszcze zwykła wieś, czy już plan filmowy? Czasem sam mam wrażenie, że w Bieszczadach granica między rzeczywistością a baśnią bywa rozmyta.
Spotkanie z wierszokletą miało się odbyć w niewielkim pomieszczeniu udostępnionym przez Gminny Ośrodek Kultury. Weszliśmy tam z Otrytem (oczywiście, musiałem uzgodnić, że pies nie będzie przeszkadzał), usiedliśmy na krzesłach złożonych w kręgu. Atmosfera bardziej przypominała pogadankę przy kawie niż formalny wieczór autorski. Wokół mnie ludzie różnej daty: kilka osób starszych, para studentów z Rzeszowa, jacyś backpackersi z Czech, a także liczni „tubylcy”, poznający się na co dzień na ulicy jednym skinieniem głowy.
Na środku stał stół z kubkami na herbatę i ciasteczkami. Z głośników sączyła się cicho muzyka: gitary i skrzypce, może nawet lekko jazzująca. Sporo osób gawędziło, wymieniało się historiami. W końcu – pewnie już po kwadransie od umówionego terminu – na środek wyszedł człowiek w kapeluszu i brązowym płaszczu, z imponującą brodą. Spojrzał na nas spokojnie i powiedział:
– Dobry wieczór, kochani. Jestem Gawroński. Bardzo mi miło, że przyszliście.
No i zaczęło się.
Ten wierszokleta, jak się okazało, był mistrzem opowieści. Zaczął swoje wystąpienie od kilku luźnych słów o tym, co w Bieszczadach inspirowało go od zawsze. Śmiał się, że najlepiej pisze mu się podczas słotnych dni i długich, bezsennych nocy, gdy za oknem beczy wiatr, a w piecu trzaska ogień. W takich chwilach słowa same wypływają spod pióra, jakby prowadzone siłą natury.
Potem sięgnął do kieszeni i wyciągnął pomięty zeszyt. Zaczął czytać, a raczej melodeklamować swoje wiersze. Jeden z nich był o jesieni w Bieszczadach – niby banał, a jednak w słowach Gawrońskiego wszystko stawało się żywe i intensywne. Wspominał o liściach migoczących złotem, o konarach drzew, które przypominały ramiona tęskniące za słońcem, o szeptach nad ranem. Głos miał ciepły, nieco zachrypnięty, i w tym brzmieniu czuło się spokój, jakiego człowiek doświadcza przy ogniu w kominku.
Uderzyło mnie, że nie była to poezja rodem z akademickich podręczników. Bardziej prosty, a zarazem barwny przekaz – może właśnie dlatego trafiał do serc ludzi, którzy na co dzień nie czytają wierszy. Gawroński przemycał w tych strofach wspomnienia własnych wędrówek, przypadkowych spotkań z zakapiorami, a nawet tęsknotę za dzieciństwem spędzonym w innym regionie Polski.
Kolejne utwory były bardziej humorystyczne. Wierszokleta zaprezentował uroczy dwuwiersz o tym, jak w Siekierezadzie poznał barmankę, której oczy lśniły jak noc w Lutowiskach, a charakter miała cięty jak topór. Publiczność zaniosła się śmiechem. Potem przeszliśmy do fragmentu cyklu „Śmieszki Połonin” – lekkich, wręcz rubasznych rymowanek o codzienności w górach. Były tam żarty o turystach, co to po pierwszej burzy marzą już o powrocie do domu, i o starych bieszczadnikach, co potrafią trzy godziny dyskutować o gatunkach drewna, zanim podłożą je do ogniska.
W całej tej konwencji czułem swoistą scenę teatralną – prostą, bez dekoracji, z jednym aktorem, który raz grał rolę barda, a raz kpiarza. Każdy wiersz to osobna miniaturowa historia. Miałem skojarzenia z dramatami Szekspira, gdzie komedia i tragizm przeplatają się w jednej sztuce, tylko tutaj wszystko było zanurzone w bieszczadzkim klimacie.
Gawroński okazał się też świetnym gawędziarzem. Między wierszami snuł anegdoty o ludziach, którzy przyjechali w Bieszczady „na rok, dwa, góra pięć”, a zostali całe życie. „W tych górach czas potrafi się rozciągać jak guma w starych spodniach” – mówił. – „Pewnego ranka budzisz się i odkrywasz, że już nie wrócisz do tamtego miasta, choćby ci obiecali złote góry. Masz przecież swoje zielone góry tutaj.”
Po ponad godzinie czytania, śmiechu i oklasków, zrobiła się przerwa na herbatę. Podeszło do Gawrońskiego kilku śmiałków, by zadać mu pytania. Oczywiście, i ja nie pozostałem w tyle – sam byłem ciekaw, czy od zawsze pisał, czy może Bieszczady to zapalnik. Okazało się, że twórczość tkwiła w nim od dawna, ale dopiero, gdy znalazł się w górach, odciął się od chaosu miasta i poczuł, że słowa w nim kiełkują jak rośliny na wiosnę. „Inaczej się nie da” – dodał. – „Miejski zgiełk zagłusza ciszę duszy.”
Wyznałem, że sam uwielbiam łączyć wędrowanie z twórczym myśleniem, choć najczęściej piszę prozę lub relacje na blogu, a nie wiersze. Gawroński spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział: „Każdy ma swój styl. Ważne, żeby być wiernym temu, co w środku gra. Kto wie, może i ty kiedyś postawisz stopę na ścieżce rymów?” Rozbawiło mnie to, bo szczerze mówiąc, nigdy nie miałem talentu do układania poezji. Ale w Bieszczadach wszystko jest możliwe.
Po chwili ktoś zapytał, czy mógłby przeczytać wiersz o psie, bo podobno Gawroński ma słabość do czworonogów. Nasz poeta nie dał się prosić i wyciągnął kolejną kartkę, z którą opowiedział w krótkich, ciepłych słowach historię psiaka przygarniętego przez turystę. Temat trafił mnie w samo serce, bo przecież i ja mam Otryta, bieszczadzkiego towarzysza wędrówek.
Nadszedł czas na drugą część spotkania. Tym razem wierszokleta zaproponował, by każdy z obecnych, kto ma ochotę, również coś przeczytał – nawet jeśli nie jest to własny tekst, można sięgnąć po ulubiony fragment poezji. Okazało się, że wśród słuchaczy znalazło się kilka dusz czytających wiersze, a nawet jedna dziewczyna, która improwizowała słowne rymowanki na poczekaniu. Było w tym sporo radości, czasem wzruszenia, a przede wszystkim żywa interakcja.
Pomyślałem wtedy o moich doświadczeniach z teatru i kina – jak wiele w życiu zależy od odbiorcy, od naszej gotowości do słuchania i współuczestniczenia. Nie trzeba wielkich scen ani budżetów, żeby stworzyć moment prawdziwego kontaktu. Czasem wystarczy kilka krzeseł w kręgu, kubek herbaty i otwartość na drugiego człowieka.
Gawroński zaś wspaniale moderował to spotkanie, reagując na każdą prezentację z uśmiechem lub głębszym komentarzem. W pewnym momencie ktoś sięgnął po fragment prozy Stachury. Ktoś inny przeczytał miniaturę Gałczyńskiego. A wszyscy słuchali jak zahipnotyzowani, bo w tle skrzypiał wiatr, przemykający gdzieś za oknami. Czuło się, że Bieszczady przysłuchują się temu zgromadzeniu jak żywy świadek.
Kiedy spotkanie dobiegło końca, część osób ruszyła w kierunku Siekierezady, by jeszcze przy kuflu przedłużyć poetycki wieczór. Tam, jak wiecie, zawsze można liczyć na towarzystwo dusz skorych do opowiadania i słuchania niezwykłych historii. Ja również się tam wybrałem, przekonany, że to dobry sposób na dopełnienie wrażeń. Jak się okazało, Gawroński poszedł z nami.
Usiedliśmy przy dużym drewnianym stole, w rogu sali. Ognisko w kominku rzucało ciepłe światło, a ściany z siekierami, rzeźbami i malunkami tworzyły scenerię niepodrabialną, którą zna już chyba każdy bywalec Bieszczad. Zamówiliśmy ciepłe napoje (i nie tylko), a rozmowa toczyła się wokół wrażeń z wieczoru poezji. Było też miejsce na wspomnienia bieszczadzkich zim, na anegdoty o turystach i na refleksję o tym, jak ważne jest w życiu pielęgnowanie pasji.
W pewnym momencie Gawroński wyznał, że miał już w swoim życiu epizod literacki w dużym mieście – próbował wydać tomik wierszy, ale wydawcy chcieli coś, czego on nie czuł w sercu. Odpuścił więc i wrócił w góry. „Wiesz, Barni” – zwrócił się do mnie bezpośrednio – „myślę, że czasem wolność twórcza wymaga rezygnacji z pewnych profitów i sławy. Ja wolę, by moje wiersze żyły tu, wśród ludzi, którzy naprawdę kochają te strony i rozumieją moje słowa, niż by stały w jakiejś księgarni i kurzyły się zapomniane.”
Rozmawialiśmy jeszcze o tym, jak wielkie miasta przyciągają kulturę i sztukę, ale często ją też uniformizują. W Bieszczadach – dodałem – można zachować autentyczność. Tu nikt nie goni za modą, za klikalnością w social mediach. No, może i ktoś próbuje, ale góry mają swoją siłę: jeśli robisz coś nieszczerego, to zaraz to wyjdzie na jaw. A pisanie wierszy wymaga przecież szczerości – trudno jest pisać zmysłowe, delikatne słowa, kiedy w głowie masz jedynie algorytmy lajków i zasięgi.
W końcu zrobiło się już naprawdę późno, a oczy gości zaczynały się kleić. Ja i Otryt ruszyliśmy do mojego pokoju w pensjonacie, a Gawroński gdzieś zniknął w nocnej mgle, zapewne wracając do swojej chaty. Zabraliśmy z sobą ogromną dawkę wrażeń: myśli, refleksji i metafor, których dotknęliśmy w ciągu tego wieczoru.
Następnego dnia, rankiem, obudził mnie wilgotny zapach mgły i daleki huk potoku. Czas w Cisnej zdawał się płynąć tak samo leniwie, a przecież czułem, że jestem jakiś inny, bogatszy o doświadczenie artystyczne w pełnym tego słowa znaczeniu. Wzięcie udziału w spotkaniu z wierszokletą przypomniało mi o tym, jak wielką siłą jest słowo, szczególnie to mówione na żywo, recytowane z pasją i wiarą.
W myślach zestawiałem to z kinowymi seansami i teatralnymi spektaklami w Poznaniu. Tam też dzieje się magia, ale w Bieszczadach ma ona zapach mokrego świerku i szeptu wierzb. Teatr natury i teatr ludzkiego głosu mieszają się w jedną opowieść. I może właśnie to jest największą wartością takich miejsc, jak Cisna – łączą w sobie rzeczywistość, w której człowiek potrafi zadawać pytania ważniejsze niż to, czy uda mu się zdobyć karierę.
Do południa zdążyłem jeszcze spotkać się z kilkoma osobami z okolic, pogadać o planach na lato, a potem spakowałem Landka. Otryt ziewnął, wsunął się na tylne siedzenie, a ja, uruchamiając silnik, raz jeszcze popatrzyłem na tablicę z napisem „Cisna”. W głowie pobrzmiewał fragment wiersza Gawrońskiego, tego o porannym świtaniu na połoninie. Nie pamiętam dokładnie słów, ale sens był taki, że każdy brzask w tych górach to zaproszenie do przeżycia czegoś nowego i niepowtarzalnego.
Wyjeżdżając, poczułem znajome kłucie w sercu, które zawsze towarzyszy mi przy opuszczaniu Bieszczad. Nie jest to smutek, raczej świadomość, że zostawiam za sobą kawałek duszy i obietnicę powrotu. Może kolejny raz wrócę w zimie, by posłuchać, jak mróz maluje wzory na szybach i jak wtedy brzmią bieszczadzkie wiersze. A może wiosną, gdy wszystko rozkwita, a w dolinach rozlegają się radosne pieśni ptaków, będące esencją poezji życia.
Gdy włączyłem się w główną drogę, pomyślałem, że opiszę ten wieczór na blogu, żeby podzielić się z Wami moją fascynacją. Być może ktoś z Was, czytając o wierszoklecie z Cisnej, postanowi wyrwać się z miejskiego wiru i poszukać własnej inspiracji w Bieszczadach. Wierzcie mi, nieważne, czy jesteście poetami, muzykami, fotografami czy zwykłymi zjadaczami chleba – góry i tak znajdą drogę do Waszych serc.
A jeżeli na swojej drodze spotkacie Gawrońskiego lub innego bieszczadzkiego wierszokletę, pozwólcie sobie na chwilę zapomnienia. Usiądźcie, posłuchajcie, może powtórzcie parę wersów szeptem. W końcu w dzisiejszym świecie, który pędzi na złamanie karku, taka prosta, autentyczna sztuka może być najlepszym lekarstwem na zmęczoną duszę.
Kilka dni po powrocie do Poznania, w pełnej rutynie terminów i projektów marketingowych, wracam myślą do tamtego wydarzenia. I chociaż z natury jestem gadułą i człowiekiem wielu słów, tym razem brakuje mi języka, żeby oddać w pełni urok tamtego wieczoru. Słowa, które padły z ust Gawrońskiego, brzmiały tak naturalnie, jakby wprost wyjęte z bieszczadzkich kniei. Może to właśnie jest istota prawdziwej poezji – nie ubierać świata w zbyt skomplikowane formuły, ale nazwać go tak, by każdy mógł powiedzieć: „To jest też i moja historia.”
Dlatego cieszę się, że ten blog istnieje i że mogę się z Wami tym dzielić. Bez presji, bez pośpiechu. Staram się powoli odchodzić od social mediów, bo wierzę, że czytanie dłuższych, bardziej osobistych relacji daje nam głębsze zrozumienie i pozwala zaczerpnąć oddechu od wirtualnego zgiełku. Jeśli ktoś doczytał do końca, to pewnie rozumie, że w tym właśnie tkwi sens bieszczadzkich przygód, wypadów do Cisnej i spotkań z poetami. W byciu razem tu i teraz, w słuchaniu i mówieniu, w milczeniu i wzruszeniu – wszystko to mieści się w jednym krótkim słowie: poezja.
Zanim skończę, pozwólcie, że przytoczę dwa krótkie wersy z jednego z wierszy Gawrońskiego, które zapamiętałem, choć nieco niedoskonale:
„W bieszczadzkim wietrze mam duszę,
w słońcu połonin – moje sny.”
Proste, a jakieś takie ujmujące. Może właśnie dlatego tak lubię wracać w te góry – bo czuję, że tam moja dusza odnajduje swój rytm, a sny stają się wyraźniejsze. I życzę Wam, żebyście też znaleźli swój kawałek przestrzeni, w którym słowa i myśli nabiorą prawdziwej mocy. Czy będzie to Cisna, czy jakikolwiek inny zakątek świata – nieważne. Grunt to uwierzyć, że w każdym z nas drzemie trochę poety.
Zostańcie zatem z tymi rozmyśleniami. Może pewnego dnia przyjedziecie do Cisnej, usiądziecie przy ławce i usłyszycie, jak ktoś recytuje wiersze przy akompaniamencie cykania świerszczy. A może nawet spotkacie wierszokletę z krwi i kości, co Wam opowie historię własnego życia, rymowaną do bieszczadzkiego wiatru. I wtedy zrozumiecie, że takie chwile są bezcenne, bo wiążą nas z miejscem, z ludźmi i z przygodą na poziomie serca.
