
The best coffee I know
Jest cichy poranek, a ja siedzę przy stoliku kawowym w mojej bieszczadzkiej przystani. Delikatne słońce sączy się przez okno, rozciągając się złotymi smugami po podłodze i wpadając na ciemne drewno blatu. Na nim stoi skromny kawowy zestaw: niewielki tygielek, czarki i miseczka z cukrem. Zaparzona kawa pachnie intensywnie, niemal hipnotyzująco – jakby ktoś połączył aromaty gorzkiej czekolady, orzechów i leśnych nut, których nie potrafię nazwać, ale w Bieszczadach przychodzą tak naturalnie.
Kiedy biorę aparat do ręki, widzę w kadrze właśnie ten stolik: na pierwszym planie wyraźny, z drobnymi rysami świadczącymi o tym, że służy mi już od lat. Obok stoi tygielek – niewielki, błyszczący od gorąca, z drobnym uchem ozdobionym wytartymi wzorkami. Parująca kawa przyciąga wzrok, a nad nią powstaje cieniutka mgiełka, która w tym rześkim powietrzu wygląda jak ulotna mgła sunąca nad połoninami.
W tle, w delikatnym rozmyciu, majaczy postać psa – to mój towarzysz Berdo. Leży na swoich łapach, spokojnie przyglądając się sytuacji, jakby zdawał sobie sprawę, że znów robię te swoje „księżycowe sprawy” z aparatem. Berdo jest częścią tego świata, częścią każdej mojej chwili spędzanej w bieszczadzkim domu. Dlatego właśnie on tam jest, nieostry, ale wyraźnie obecny w tle.
Ten kadr ma w sobie wszystko, co kocham w prostym, domowym poranku. Jest zapach kawy, jest ciepły kolor drewna, jest mój pies – symbol bieszczadzkiej wolności i przyjaźni. I jeszcze to miękkie światło wlewające się przez okno, tak różne od ostrego, miejskiego słońca, do którego czasem wracam w Poznaniu.
Siadam i myślę: czy to jest najlepsza kawa na świecie? Pewnie są bardziej wyszukane ziarna, droższe ekspresy i profesjonalne metody parzenia. A jednak ta tutaj, w moim tygielku, zrobiona o świcie, kiedy cisza wypełnia dom, smakuje mi najbardziej. Może to sprawa okoliczności, może magia Bieszczad, a może fakt, że jestem tu wolny, niespieszny i zwyczajnie szczęśliwy.
Patrzę na wyświetlacz aparatu – kadr wygląda bajecznie. Główny punkt to mój stolik kawowy i gorący tygielek, wszystko ostre i pełne szczegółów. Głębiej, nieco poza zasięgiem ostrości, Berdo drzemie, symbol tej domowej harmonii. Tak, to jest „the best coffee I know” – nie tylko napój, lecz cała sytuacja. Gdy potem oglądam zdjęcie, przypominam sobie ciepło tego poranka, znajomy zapach świeżo zmielonych ziaren i psie mruknięcia rozbrzmiewające gdzieś w tle.
Czasem, w codziennej gonitwie, szukam takiej chwili jak ta. By usiąść, zaparzyć kawę w tygielku, pozwolić jej się rozwinąć i celebrować zwykły moment, który – jak się okazuje – wcale nie jest taki zwykły. W Bieszczadach wszystko smakuje inaczej, a ja wiem, że najbardziej tęsknię za tą ciszą i zapachem, kiedy muszę wrócić do miasta.
Dlatego nazywam ten kadr „The best coffee I know” – bo to nie tylko napar. To spokojny rytuał, w którym pies, stół i zapach górskiej okolicy łączą się w jedno. Może i brak tu perfekcji rodem z kawiarnianych instrukcji baristycznych, ale jest prawdziwość chwili. A tego nie kupi się nigdzie indziej.
