barnibrodaty

 

Reflection theory in practice

o fogografii która przedstawia okno mojego landrovera w w którym widać odbicie mnie, nieba w bieszczadach oraz wnętrza auta

Co za paradoks: w świecie, w którym praktycznie każdy telefon ma aparat, ja wciąż łażę po bieszczadzkich ścieżkach z moim wysłużonym lustrem i zapasem obiektywów. Dla jednych – dziwactwo, dla innych – przejaw autentycznego poszukiwania chwili, która sama się nie sfotografuje. Tym razem jednak nie chodzi o majestatyczne szczyty Połonin czy malownicze mgły nad Wetliną. Chodzi o… szybę w moim Land Roverze. A właściwie o to, co w niej się odbija.
Wyszło to zupełnym przypadkiem. Zatrzymałem się przy jednym z niewielkich parkingów w Bieszczadach, niedaleko drogi prowadzącej do Kalnicy. Słońce bębniło przez chmury, a wokół mnie miałem wszystko, co kocham: góry, wolność i mojego staruszka Landka (jak pieszczotliwie nazywam swojego Land Rovera). Wyciągnąłem aparat, pewnie z nawyku, i zacząłem łapać kadry wokół.
Wtem kątem oka zauważyłem, że na oknie auta dzieje się coś dziwnego. Podszedłem bliżej – i zrozumiałem, że to lustro, w którym przenikają się co najmniej trzy światy. Z zewnątrz widzisz zarys mojej sylwetki, która odbija się w szybie, a jednocześnie, przez warstwę tego szkła, prześwituje wnętrze Landka. Dodatkowo widać kawałek błękitu bieszczadzkiego nieba i chmury, które leniwie płyną nad górami.
Z jednej strony – typowa gra świateł i przezroczystości. Z drugiej – coś magicznego. Bo widzisz, można w jednym kadrze połączyć człowieka, naturę i maszynę, a wszystko to w tak nieoczywistych proporcjach. Na pierwszy rzut oka nie wiadomo, co jest odbiciem, a co realnym obrazem. Moją brodę widać nieco rozmytą, bo przecina ją linia rys na szybie. Gdzieś w rogu kadru dostrzeżesz wgniecenie w tapicerce Landka, a w górnej części – fragment intensywnego błękitu nieba.
Z bieszczadzkimi chmurami jest tak, że potrafią być wolne niczym ptaki, a jednocześnie przeglądać się w każdej możliwej tafli wody i szkła. Tutaj, w oknie Land Rovera, złapały się w pułapkę mojego obiektywu: przez moment stały się częścią ludzkiej refleksji (nomen omen), bo czy nie jest tak, że to wszystko mówi nam o ulotności świata? Jeden odblask, sekundowa gra światła i cieni – i nagle mamy zdjęcie, w którym można się zatracić, dopatrując się kolejnych warstw.
Może ktoś nazwie to „reflection theory in practice”. Ja wolę powiedzieć, że to esencja Bieszczad: wszystko się odbija w naszej percepcji, zmienia perspektywę i łączy się w nieoczekiwanych splotach. Bo gdzie indziej, jak nie tutaj, w jednym kadrze możesz uchwycić człowieka, maszynę i naturę w takiej nieprzewidywalnej koegzystencji?
Oczywiście, spoglądając na tę fotografię, ktoś może zapytać: „Ale właściwie co jest na zdjęciu? Czy to auto w górach, czy twoja twarz przeglądająca się w oknie, czy chmury płynące przez szybę?” A ja odpowiadam: „Wszystko naraz”. Bo w życiu też tak mamy, że odbijamy się w swoich historiach, jednocześnie prześwitując przez nie. Tak jak Landek i ja – niby dwie oddzielne rzeczywistości, a jednak w tym ujęciu stajemy się jedną kompozycją.
Można to nazwać wielowarstwową pocztówką z Bieszczad. Albo próbą złapania paradoksu: czyjaś twarz jest zarazem tłem i pierwszym planem, niebo jest w środku auta, a wnętrze auta odbija się w chmurach. To właśnie lubię w fotografii – drobne paradoksy, dzięki którym wylądujemy gdzieś między jawą a snem.
Na dowód tego, że życie pisze scenariusze, których nie wymyśliłby najlepszy reżyser: chwilę po zrobieniu tego zdjęcia zjawił się przypadkowy kierowca i zapytał, czy nie potrzebuję pomocy (widząc mnie, jak kręcę się wokół Landka i celuję aparatem w szybę). Uśmiechnąłem się i odpowiedziałem, że wszystko w porządku, po prostu właśnie zaliczyłem spotkanie z Bieszczadzką fotografią lustrzaną.
I tak to zdjęcie, na pozór tylko zbieg okoliczności, stało się symbolem owej „Reflection theory in practice”. Można ją streścić w jednym zdaniu: to, co widzisz, zależy od kąta patrzenia. A w Bieszczadach kątów mamy mnóstwo: jeden otwiera się na góry, inny na ludzką duszę, kolejny na wgniecione siedzenia starego Land Rovera. Wystarczy przyklęknąć, spróbować innej perspektywy, zaczekać na odpowiednie światło – i gotowe.
Któż by pomyślał, że szyba od auta może przypomnieć nam o tym, jak ważne jest zauważać różne płaszczyzny rzeczywistości, które nieustannie się przenikają. W końcu to tylko zwykły okienny refleks, a jednocześnie – cała opowieść o człowieku, naturze i maszynie, zlewających się w jedno.
Na tym polega urok takich „świadomych przypadków”: w jednej chwili widzisz autosugestię przygody i głębię, jaką może dać zwykły element codzienności. Chwyciłem aparat, zrobiłem ujęcie i zrozumiałem, że właśnie złapałem w kadr… cały swój bieszczadzki świat w pigułce. Bo co jest mi bliższe, jeśli nie Landek (bez którego nie ruszam się w drogę) i szerokie niebo, które tak kocham obserwować?
Teraz, kiedy patrzę na tę fotografię, doświadczam cichego zachwytu: że w jednej tafli szkła można pomieścić tak wiele planów. Trochę jak w życiu: bywa, że nam się wszystko odbija – czasem w sposób, którego nie kontrolujemy. A jednak, jeśli potrafimy spojrzeć na to z szerszej perspektywy, może się okazać, że właśnie tam, w tym odbiciu, tkwi nasza prawdziwa opowieść.
Dlatego niech ten kadr – Land Rover, Bieszczady, chmury i ja sam – będzie dla mnie przestrogą, by zawsze pamiętać, że w każdej prozaicznej rzeczy można dostrzec wielowymiarową historię. Wystarczy tylko odrobina światła, pewien kąt nachylenia i minimalna uważność.

 

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.