
On the movie set - long before it has began
jest o zdjęciu które jest kadrem filmu nakręconego wiele lat później (w bieszczadach)
Zadziwiające, jak jeden kadr z aparatu może zapoczątkować wieloletnią opowieść, która w konsekwencji przybierze formę prawdziwego filmu. A jeszcze bardziej zaskakuje, że cała ta historia zaczęła się w Bieszczadach, w czasach, gdy o żadnej produkcji filmowej nie było nawet mowy. Wystarczył jeden moment, jedno ujęcie, jeden błysk migawki – i stało się. Ktoś zrobił zdjęcie, może nawet od niechcenia, a ono po latach zamieniło się w filmowy kadr, żywy i przejmujący.
Był koniec lata. W Bieszczadach to okres, kiedy słońce jeszcze porządnie grzeje, ale wieczory coraz dłużej przesiąkają chłodem. Ludzie snują się wokół ognisk, zaglądają do przydrożnych knajpek, a turystyczny gwar powoli się przerzedza. Wtedy to, jako jeszcze młokos, miałem zwyczaj włóczyć się z aparatem (takim zwykłym, analogowym) po połoninach i lasach. W tamtych latach o cyfrówkach dopiero zaczynało się mówić, a Internet nie był wcale tak wszechobecny jak dzisiaj.
Pewnego dnia, tuż po zachodzie słońca, zawędrowałem w okolicę starej chaty, która – jak się potem okazało – należała do niejakiego Majstra Julka, lokalnego cieśli i gawędziarza. Chata stała na niewielkim wzniesieniu, a za nią rozpościerała się łagodna dolina. Trafiłem tam przez przypadek, bo akurat zapuściłem się w stronę strumienia w poszukiwaniu kadru do zdjęcia zachodu. Kiedy zbliżyłem się, zobaczyłem człowieka w kapeluszu, siedzącego na schodach tej chatki. Słońce malowało ostatnie pomarańczowe smugi na drewnianej ścianie, a z oddali dobiegał furkot wiatru w trzcinach. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że właśnie patrzę na kadr, który po wielu latach pojawi się w filmowej scenie.
Zawołałem: „Dobry wieczór!”, jak to mam w zwyczaju, a nieznajomy – którego później poznałem jako owego Majstra Julka – pomachał ręką w odpowiedzi. Zaprosił mnie, żebym usiadł obok, a potem rzucił coś w rodzaju: „Fajny masz aparat, młody. Uwieczniasz świat, co?” Uśmiechnąłem się, bo to pytanie wydało mi się takie oczywiste – przecież właśnie po to dźwigałem ten analogowy sprzęt i rolki kliszy.
I wtedy wydarzyło się coś, co znam z opowieści, a rzadko bywa moim udziałem w rzeczywistości: świat na kilka sekund zwolnił, a w kadrze pojawiła się magia. Słońce ostatecznie schodziło za horyzont, a jego złote światło przedarło się przez chmury, rozświetlając całą dolinę. Majster Julek, pogrążony w refleksji, na sekundę utkwił wzrok w dal, jakby wdychał zapach czystego powietrza i słuchał szeptu gór. Wtedy uniosłem aparat, nacisnąłem spust. Migawka poszła w ruch. Jedno zdjęcie, zrobione niemal od niechcenia – a przecież tak pełne nastroju.
Kto by przypuszczał, że to ujęcie – pomarszczony mężczyzna w kapeluszu, drewniana chata, promienie zachodzącego słońca i odległe szczyty Bieszczad – stanie się kiedyś kluczowym kadrem w filmie? Ja na pewno bym nie zgadł. Ale tak to już jest: w Bieszczadach wciąż unosi się coś z magii, co sprawia, że małe rzeczy urastają do rangi symboli.
Odbitkę wywołałem kilka tygodni później, w studenckiej ciemni fotograficznej. Na papierze pojawiła się ciemna sylwetka Majstra Julka, którego profil i kapelusz stapiały się ze smużkami wieczornego światła. Coś w tym zdjęciu mnie zafascynowało – może kontrast pomiędzy starością drewna, a surową dzikością pejzażu w tle, może promienie przenikające przez włosie kapelusza. Nie umiałem nazwać tej wyjątkowości, ale czułem, że uchwyciłem esencję bieszczadzkiego ducha.
Zdjęcie zasiliło moją skromną wtedy kolekcję, lecz nie przebiło się na żadne wystawy ani konkursy. W tamtym czasie bardziej interesowały mnie górskie wędrówki, dorywcza praca i imprezy studenckie. Kto by tam myślał o karierze artysty czy o tworzeniu archiwum unikatowych fotografii. Jednak – jak się okazało – przeznaczenie lubi takie historie trzymać w szufladach, by potem, po latach, wypuścić je na scenę w nowej odsłonie.
Minęły całe lata, może z dziesięć, a może i więcej. Majster Julek dawno odszedł w zaświaty, jego stara chata częściowo się zawaliła, a Bieszczady – choć wciąż cudownie dzikie – zdążyły przyjąć w swe progi masę nowych turystów i zakapiorów. Ja zaś, Barnaba Brodaty, wyruszyłem w świat: trochę do Poznania, trochę do marketingu online, a trochę dalej, choćby za granicę. Podróżowałem, jeździłem moim Landkiem, pisałem artykuły na blogu. Fotografii nie porzuciłem, ale już nie wywoływałem klisz w ciemniach – nowoczesność zapukała do drzwi, nadeszła era cyfrówek.
Któregoś dnia dostałem maila od pewnego reżysera. Pisał, że szuka starych bieszczadzkich zdjęć z początku lat dwutysięcznych, bo planuje nakręcić film fabularny, którego akcja ma rozgrywać się w tamtych czasach. W scenariuszu kluczową rolę odgrywa postać starego górala, budowniczego chat i mostów, a jego losy mają przeplatać się z życiem młodego bohatera wędrującego po górach. Reżyser trafił na mój blog, gdzie kiedyś (gdzieś w czeluściach postów) zamieściłem wspomniane zdjęcie Majstra Julka. Zapytał, czy mam je w lepszej rozdzielczości, czy wiem, kim był człowiek na zdjęciu.
Zamarłem. Przecież to zdjęcie tkwiło w moim starym, analogowym archiwum, a na blogu wrzuciłem tylko odpicowaną wersję cyfrową. Odpisałem, że tak, mam oryginał, ale muszę go poszukać. Że człowiek na fotografii to był właśnie Julek, cieśla z Bieszczad, poznany przypadkiem. Reżyser zaproponował, bym mu podesłał skan lub coś lepszej jakości.
Wkrótce stała się rzecz ciekawa – reżyserowi tak bardzo spodobał się ten kadr, że chciał go wykorzystać w filmie jako motyw przewodni. Miał być to obraz wiszący w chacie głównego bohatera, symbol łączności między przeszłością a teraźniejszością. Do tego reżyser planował nakręcić scenę stylizowaną na tamten moment: zachód słońca, chata w tle, sylwetka w kapeluszu. „To ma być hołd dla dawnych Bieszczad” – tłumaczył mi.
Kiedy ruszyły zdjęcia do filmu, zostałem zaproszony na plan. Film kręcono głównie w okolicy Lutowisk i Wetliny, wykorzystując górskie pejzaże do opowiedzenia historii pokoleniowej. Z jednej strony, mieliśmy młodego aktora w roli idealisty poszukującego spokoju, z drugiej – narracja o starym cieśli, który pozostawił po sobie tylko szepczące deski w pewnym domu. Gdy obserwowałem ekipy filmowe rozkładające sprzęt i kamery, czułem surrealistyczne deja vu: przecież ten „kadr” istniał już w moim aparacie kilkanaście lat wcześniej!
Nadszedł moment, w którym mieli sfilmować scenę odwzorowującą moje legendarne zdjęcie. Połoniny zaczynały się kłaść w złocistym świetle popołudnia, ekipa czekała na „ten idealny moment” słońca. Na planie pojawił się aktor ucharakteryzowany na starszego mężczyznę w kapeluszu. Może nie był bliźniaczo podobny do Majstra Julka, ale odtworzył tę postać z zadziwiającą dozą melancholii.
Reżyser zwrócił się do mnie: „Zobacz, Barni, ta scena powstanie tak naprawdę dzięki twojej fotografii. Możemy powiedzieć, że jest to kadr, który istniał, zanim film się jeszcze rozpoczął.” Przyznałem mu rację. Naprawdę czułem, że w jakiś magiczny sposób przenosimy wspomnienie sprzed lat do współczesnej rzeczywistości kina.
A kiedy film wreszcie był gotów, odbyła się jego premiera w małej salce kinowej w Bieszczadach, oczywiście w obecności lokalnej społeczności i turystów. Na afiszu widniał tytuł (zresztą dość poetycki, jak cała ta fabuła), a w czołówce – malutkimi literkami – pojawiła się wzmianka o inspiracji zdjęciem Barnaby Brodatego. Siedziałem w jednym z ostatnich rzędów, trochę speszony, a trochę dumny. Zastanawiałem się, czy Majster Julek, patrząc z zaświatów, nie unosi właśnie brwi z zaskoczeniem, że ktoś wystawia mu taki hołd.
Scena z chatą okazała się niezwykle wzruszająca. Muzyka w tle, zachodzące słońce, aktor w kapeluszu siedzący dokładnie tak, jak Julek wtedy, i wypowiadający kluczowe słowa o przemijaniu i tęsknocie. Wszyscy w kinie wstrzymali oddech, a ja miałem gęsią skórkę, bo z tyłu głowy dźwięczała mi myśl: „Ja to kiedyś widziałem naprawdę, w najprawdziwszych Bieszczadach, bez reżyserii i dubli.”
Po seansie podeszło do mnie kilka osób – chcieli dowiedzieć się, czy naprawdę byłem świadkiem tamtej chwili, czy wszystko to scenariuszowa legenda. Potwierdziłem, że to była prosta sytuacja, zwykły zachód słońca, a jednak miał w sobie coś metafizycznego. Bardzo mnie ucieszyło, że w filmie udało się przekazać część tej autentycznej magii bieszczadzkich wieczorów.
Tego wieczoru, siedząc przy ognisku w gronie znajomych, snułem refleksje. Jak to jest, że niepozorne zdjęcie, zrobione „na szybko”, potrafi po latach przerodzić się w symbol i wylądować na dużym ekranie? W głowie miałem cytaty z moich ulubionych podróżniczych książek i z długich monologów w kinie drogi, w których jeden mały incydent potrafi zaważyć na całej fabule. Tu, w Bieszczadach, okazało się to prawdą – w tym surowym, nieco zapomnianym regionie, inspiracja czai się na każdym kroku, trzeba tylko na nią spojrzeć o odpowiedniej godzinie.
Patrząc wstecz, widzę, że „kadr z Bieszczad” powstał dawno temu, lecz tak naprawdę był zapowiedzią historii, która dopiero miała się zacząć. Stąd zresztą tytuł: „On the movie set – long before it has began”. Bo czasem scena filmowa powstaje wiele lat wcześniej, nim ktokolwiek pomyśli o pisaniu scenariusza. Jest taka cisza, która staje się preludium do filmu. Jest taki promień słońca, który zapowiada kluczową scenę fabuły. I jest w końcu taki zwykły kadr, który w jednej sekundzie zamienia codzienne życie w poezję obrazu.
Ktoś może powiedzieć, że to brzmi jak bajka. A ja, Barnaba Brodaty, chcę odpowiedzieć: Bieszczady od zawsze były krainą, gdzie bajka przenika się z rzeczywistością. Gdziekolwiek spojrzysz, możesz zobaczyć gotową scenę filmową – wystarczy mieć otwarte serce i aparat (czy to analogowy, czy cyfrowy, nieważne) w odpowiednim momencie. Po latach może się okazać, że to, co uchwyciłeś, żyje w ludzkiej wyobraźni i czeka na reżysera, który wniesie je na ekrany.
I to jest najpiękniejsze: nigdy nie wiesz, czy zwykłe zdjęcie ze starej kliszy nie stanie się kiedyś punktem wyjścia do historii, która wzruszy i oczaruje tysiące ludzi. Może właśnie w tej chwili, gdzieś w górach albo i w mieście, ktoś naciska spust migawki, nieświadom, że właśnie rodzi się fragment scenariusza przyszłego filmu. A jeżeli tak jest, to ja za to dziękuję – bo świat, w którym każdy kadr może być początkiem opowieści, jest światem, w którym warto żyć.
