
Błękit trwa dłużej niż samo niebo,
jakby znał tajemnicę, której świat nie wypowiedział.
Rzeczywistość kruszy się w dłoniach, lecz w zapachu zimy
wraca radość — spokojna, nagła, niespodziewana.
Szaleństwo wędruje po grani jak światło, co nie pyta o zgodę,
a akceptacja była tu zawsze — od początku drogi, nie jej końca.
Na Bukowym Berdzie świat zawsze wygląda trochę inaczej, jakby ktoś odkręcił kolory i zostawił tylko to, co naprawdę ważne: światło, zimny oddech nieba i ślady człowieka, który przyszedł tu z własną historią. Śnieg przykleił się do gałęzi jak wspomnienia, które od lat nie chcą odpaść, a wiatr niesie po grani ciszę tak czystą, że aż boli.
Patrzę na to miejsce i widzę więcej niż krajobraz — widzę bimber, pierogi, słyszę śmiech, śmiech który grzał bardziej niż śpiwór. Mimo śniegu, czuję zapach ostatniej tam rajzy. Cały świat, a nie tylko kilka godzin snu urwanych po pijanej włóczędze.
Teraz wróciłem i wszystko nakłada się na siebie — zapach zimy, blask śniegu i blask i błękit. Jakby rzeczywistość i wspomnienia szły obok siebie tą samą ścieżką, nie kłócąc się o to, które z nich ma pierwszeństwo.
Bukowe Berdo… kiedyś było tylko górą.
Dziś jest miejscem, gdzie człowiek może poczuć, że coś w nim nadal żyje, choć dawno powinno zamarznąć.
Radość, fantazja, spontaniczność
