
Kopacz w Bieszczadach Wysokich: Albo się jedzie, albo się nie jedzie!
Pamiętasz ten wpis o moim wyjątkowym miejscu, o tych zajebistych Bieszczadach? To dla mnie świętość, a wiesz, tu w Poznaniu za inkaust się drogo płaci, więc trzeba oszczędzać na słowach, co nie? No, ale wracając.
Historia z Kopaczem, tym stalowym robalem, co siedzi i jakimś cudem nie rdzewieje w kazamatach sanockiego zamku, zaczęła się od tego, że go po prostu... ominąłem. Byłem w odwiedzinach u Beksy, w Sanoku, i jakoś tak wyszło, że dzieło Mariana Kruczka, ten właśnie Kopacz, umknął mojej uwadze. I pomyślałem sobie wtedy: kurde, ten Kopacz to idealny symbol! Chciałem, żeby na tej konkretnej polanie w Bieszczadach Wysokich, którą widzisz na zdjęciu, był wywleczony ktoś, kto nie cieszy się powszechną popularnością. I właśnie ten Kopacz miał wynieść postać Mariana Kruczka na bieszczadzkie wyżyny. Metaforycznie, oczywiście. Tak to miało być. Dokładnie tak.
Bo wiesz, są tacy, co to Ser Potocki wyturlał w swojej literaturze tylu bałwochwalców, którzy z menala przeistoczyli się w legendy, że mógłbym go nazwać wręcz ewangelistą – nieprzymierzając. Słowo ciałem się stało, a menel – celebrytą. Tak, piszę o tych zakapiorach, o tych dusiołach i aniołach. Żygać się chce i płakać, jak się o tym czyta. A jak już ktoś wrażliwszy, ciekawszy, bardziej dociekliwy… to trafia – o! Beksiński! Beksa puścił kleksa – to cyk do Sanoka i oglądają te kleksy. I co mi do tego? Trochę jak z tą ropą, co ją po Łukasiewiczu na nowo odkryłem dla turystów. Ano to, że jest książkokleta, jest malarz… ale są i inni. No i właśnie. Jest Marian Kruczek. Czy rzeźbiarz? Trochę tak. Bardziej stwórca – co nie ma swojego ewangelisty i przez to walczy z rdzą w kazamatach.
Podsumowując, postanowiłem zabrać się za "wyświetlenie" kilku stwórców bieszczadzkich, zanim całkiem skapieją nie tylko na ciele, ale i w świadomości gawiedzi. Wziąłem więc to foto z Bieszczad Wysokich (ja tą fotką otwieram oczy niedowiarkom!) no i myślałem sobie, jak tego Kruczka tam wepchnąć w kadr. Kopacz przypasował mi ideolo. Z pomocą AI (nie będę ukrywał, że nie) ożywiłem robala i posadziłem przy namiocie. Bo mogę.
A wszystko zaczęło się od tego, że dawno, dawno temu pomyślałem sobie o zrobieniu retro fotografii w Bieszczadach. Retro, czyli na kliszy, Zenitem, brezentowy namiot, stare reble z Polsportu Wałbrzych i w ogóle po staremu. Jak wyszło? Namiot z Legionowa leżał w garażu i czekał przeszło dekadę. Kilka lat później, ale z zupełnie innych pobudek, uzupełniłem wyposażenie o Himalaje z Wałbrzycha. Wstępnie "set" gotowy. Pozostało wybrać jeszcze miejsce i czas. I uwierz lub nie – w międzyczasie mieszkałem w Biesach i robiłem wycieczki, i też nie robiłem ich czasem – były okazje…
No i przyszedł rok 2025. Coraz mniej mglista wizja wyjazdu zarysowywała się coraz bardziej konkretnymi planami. Na tapetę wrzuciłem nadleśnictwo Stuposiany. Plan obejmował odwiedzenie Obnogi, chatki na 19-stce (a tak!). Podczas przygotowań wyjazdu dość wnikliwie (jak na własne standardy) czytałem zdjęcia lotnicze na Google Maps i porównywałem to z danymi z Geoportalu. No i okazało się, że znalazłem dziwnie okrągłe oczko wodne, tuż przy granicy Parku. Myślę sobie, że takie oczka, o równych okrąglutkich brzegach nie powstają przypadkiem i bez powodu. Znaczy się – trzeba jechać.
Na mapę zerkałem blisko dwa miesiące, codziennie. Patrzyłem, analizowałem, dumałem… To moje żelazne bydle się tam wtarabani, czy nie? Droga była wyznaczona tak dokładnie, że no nie idzie zabłądzić… Tylko znów… co z autem? Zostawić na stokówce to przypał, wjechać w las – to nie wiadomo, jak wyjedzie (i kiedy). Na mapach i zdjęciach ciągle nie było widać, czy droga jest leśna, zrywkowa po LKT, Detach, czy jest sucha, czy mokra… Dużo niewiadomych… pachnie przygodą.
Wyjazd na ten punkt był zaplanowany jak inwazja w '39. Uznałem tak – ile auto wjedzie – tyle wjedzie, dobra moja. Dalej per pedes – co robić. Pierwszy szkopuł okazał się już poprzedniego dnia – kiedy przyszło mi nocować u Rebrowa. Tam też na przypale. Po 17 godzinach jazdy z Poznania, ostatnimi resztkami przytomności dokulałem się na miejsce po chacie Rebrowa. Chciałem wysłać wiadomość do rodziny "dotarłem". Zmieniłem transfer danych z jednej na drugą kartę SIM… restart. I straciłem "waypointy". SIC! W dniu "ataku na szczyt" wróciłem się na Muczne. Uzupełniłem płyny pitne i sanitarne, punkty kontrolne wróciły na telefon i heja…
Chwilę po tym, jak minąłem skręt na Chatę Rebrowa, dogonił mnie mości strażnik lasu. Bach! Mandat. Krótka rozmowa i… już myślałem, że realizacja mojego marzenia poszła na bardziej odległą przyszłość – ale nie. Po kilkuset metrach imć strażnik zawrócił i zjechał na Muczne. Gość uwierzył, że jadę na Bukowiec na cmentarz. Taki to wiarygodny się stałem! O ho! Świat działa doskonale!
Na samej 19-stce spotkałem jeszcze wilka. Miły gest ze strony przyrody. Tych gestów było później jeszcze nieco, nieco. Kto nie był, to nie wie. 19-stka wije się w prawo i w lewo niemalże jak stokówka pod Otrytem. Oszaleć można od tego kręcenia kierownicą. Oszaleć, a już na pewno pobłądzić. Bez GPS i wcześniej precyzyjnie opracowanego planu – ani chybi – nie dałbym rady tak gładko znaleźć ten mój najjedyńszy skręt w las.
Co tu dużo mówić. Droga marzenie. Równa, twarda, szeroka. Nachylenie czasem wyraźne, ale bez szału. W pewnym momencie sprawy obróciły nieco poważniejszy obrót. Droga na zboczu zrobiła się węższa, wąska i dość stroma – czym przywołała moje doświadczenia dachowania. Chwila rekonesansu, co dalej, powrót do auta, obniżenie ciśnienia w kołach i achoj, przygodo! Auto dokulało się na miejsce bez zająknięcia. Ta stara, przeszło trzydziestoletnia buda serio potrafi zaskoczyć. Znów rekonesans – tym razem w kontekście fotografii oraz popasu.
W pierwszej kolejności rozstawiłem namiot. Tak, trzeba było improwizować. Dalej ustawienie kamery sferycznej, kilka strzałów lustrzanką i ruszyłem na popas. Tak wygląda efekt poklatkowy mojego konceptu fotograficznego, gdzie Kopacz siedzi sobie przy namiocie. Co ciekawe, miejsce ewidentnie "misiowe". Nie zauważyłem żadnego, ale wiedziałem dobrze, że miśka tu spotkać jest wielokrotnie łatwiej niż turystę. Po wybornym fondue ruszyłem jeszcze na "swoje" fotograficzne miejsce obserwować, jak na Haliczu i Bukowym męczą się stłoczeni turyści.
Sam wieczór minął na obserwowaniu nieba: będą chmury, czy nie będzie? Jak się ten timelaps uda? Noc w tym przedziwnym miejscu minęła nader spokojnie. Nuda, nic się nie dzieje. Żaden większy czy mniejszy zwierzak w nocy nie podchodził. Przed samym kimaniem z rozbawieniem spojrzałem na pierdolnik w koło auta. Ewidentnie długa podróż z Poznania i szybkie zwinięcie bajzlu porannego przełożyło się na tęgi galimatias w aucie – finalnie zbytki i niecierpliwości wylądowały poza autem. Zabawny widok.
Poranek przeszedł przesadnie leniwie. Oj, jak leniwie. Dość powiedzieć, że tak ociężale zwlekałem z wyruszeniem w dalszą podróż, że przyszedł turysta. Tak właśnie! Jeśli coś by się stało nieprzyjemnego, mógłbym stwierdzić, że jestem w "Ciemnej dupie". Byłaby to autentyczna prawda. No i naszedł ten turysta – fotograf. Trochę żałuję, że siedziałem na masce auta, tyłem do ścieżki, którą przyszedł – i nie widziałem jego miny. To mogło być coś serio ciekawego. W pewnym przedziwnym momencie przyszło spakować bambetle i ruszyć do szutru. Pamiętam, że towarzyszyła mi spora niepewność, bo ostatni odcinek podjazdu pamiętałem jako ten bardziej stromy – no i teraz przyszło się potoczyć w dół. Ufff. Dało radę :)
