barnibrodaty

 

Siekierezada Cisna

 

Siekierezada – bar w Cisnej


Bywa tak, że wędrowiec zanurzony w Bieszczadach trafia do miejsc, w których czas przestaje się śpieszyć. Otwiera skrzypiące drzwi, zdejmuje plecak i od razu czuje, że oto znalazł oazę dla zmęczonej wędrówką duszy. W Cisnej, w samym sercu bieszczadzkiej krainy, istnieje miejsce, które nie tylko karmi, ale i pobudza wyobraźnię. Mowa o Siekierezadzie – legendarnym barze, który wbił się w krajobraz gór niczym siekiera w stary pień. Jeżeli kochasz klimat zakapiorów, opowieści przy drewnianym stole i ogniska, które zagrzewają w chłodne wieczory, to prędzej czy później trafisz właśnie tam.
Swoją drogą, nazwa „Siekierezada” brzmi tak dziko i pierwotnie, jakby żywcem wyjęta z książek Edwarda Stachury czy legend opiewających bieszczadzką wolność. Mówiąc krótko, jest to bar z duszą, a raczej z tabunem dusz, które się tam przewinęły przez lata. Dla mnie, starego wilka w turystycznych butach, każdy powrót do Siekierezady jest jak ponowne zderzenie się z surową magią tych gór. A przecież Bieszczady potrafią wciągnąć człowieka jak najlepszy film przygodowy – niczym seans w kinie, gdzie akcja toczy się z dala od zgiełku wielkich miast, w rytmie strumieni, szumu drzew i odgłosów barowych rozmów do późnej nocy.

Zacznijmy jednak po kolei. Mój pies, Otryt, skwapliwie macha ogonem, gdy tylko wyczuję w nim zew nowej (albo i starej) eskapady. W Land Roverze Discovery, który od lat jest moim wiernym kompanem dróg, zawsze mam koc i misę na wodę dla psa. Kiedy zdarza się okazja wyrwania z Poznania, ruszam natychmiast, nie oglądając się za siebie. I tak było też tym razem. Padł pomysł, że warto odwiedzić stare znajome kąty w Cisnej, przekąsić coś w Siekierezadzie i może przy okazji posłuchać żywych historii o zakapiorach, drwalach i artystach, którzy nadali bieszczadzkim szlakom pierwotny charakter. Czy może być lepsze antidotum na miejski gwar i marketingowy kołowrotek, w którym zwykle tkwię w Poznaniu?
Zanim rozgoszczę się w głównym wątku, czyli w barze Siekierezada, wspomnę o drodze. Nawet sama jazda ku Bieszczadom ma w sobie coś z przygody. Z Poznania to niemały kawał trasy, ale im dalej na południowy wschód, tym bardziej czuję ekscytację, a Otryt coraz częściej wygląda przez okno, jakby wiedział, że za zakrętem czeka inny świat. I rzeczywiście – w pewnym momencie lasy zaczynają być gęstsze, a powietrze pachnie wilgocią i drewnem. To znak, że Bieszczady witają wędrowców. Bliżej Cisnej droga robi się kręta, momentami wydaje się, że Landek ledwo zipie na wzniesieniach, ale i tak kocham ten wysiłek – jakby samochód sam przebijał się przez mgły czasu, by dotrzeć do legendy o siekierze i ławach, na których zasiadali poeci oraz przemytnicy z dawnych lat.

No i wreszcie jest, Cisna. Mała miejscowość, która dała schronienie niezliczonej ilości wędrowców, artystów, turystów. Zatrzymuję się w pobliżu głównej trasy, parkuję Landka. Otryt wyskakuje, rozprostowuje łapy i obwąchuje świat. A ja? Ja zrzucam plecak i kieruję się prosto do Siekierezady, bo wiem, że tam czeka na mnie nie tylko coś do zjedzenia czy wypicia, ale i charakterystyczny klimat, którego nie da się podrobić. Siekierezada to nie zwykła knajpa – to teatr wszystkich bieszczadzkich opowieści, galeria rzeźb i malunków osadzonych w mocnych, ciemnych barwach, a jednocześnie miejsce spotkań ludzi, których łączy wspólna pasja: wolność i umiłowanie natury.
Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem ten bar, byłem jeszcze młodym wędrowcem, z brodą raczej lichą i zapałem wielkim jak połoniny w słońcu. Klimat uderzył mnie od progu: ściany ozdobione rzeźbami, gęste, mroczne światło i wszechobecne motywy siekier. Niby groźnie, ale jednocześnie czuć było domowe ciepło i swobodną atmosferę. Ludzie przysiadywali przy drewnianych stołach, niektórzy wyciągali gitary, inni szeptali historie pełne tajemnic. Pachniało kawą i czymś ostrzejszym. Gdzieniegdzie stali stali bywalcy, z miną nieco zamyśloną, jakby zastanawiali się, czy witają mnie jak kumpla, czy obcego z innego świata. Wtedy zrozumiałem, że Siekierezada to bar, w którym duch Bieszczad jest intensywny jak nigdzie indziej.

Dziś, po latach, wciąż czuję tamten powiew wyjątkowości. Już od samego ranka coś w powietrzu szeleści, ludzie przenikają się wzrokiem, a muzyka płynąca z głośników (często to bieszczadzki folk, a czasem gitarowe brzmienia) tworzy pełne energii tło. Z początku może się wydawać, że to miejsce jak z westernu, gdzie zaraz dojdzie do pojedynku na spojrzenia. Jednak kiedy siądziesz przy stoliku, zaczynają cię otaczać dźwięki rozmów, stukot szklanek, trzask drewna w kominku (zwłaszcza zimą), a wszystko to składa się na niepowtarzalną atmosferę. Gdzieś w tle przemyka legenda o drwalach, co to wyrąbywali bez litości bieszczadzkie ostępy, a potem wpadali do Siekierezady, by zmyć trudy pracy napitkiem i wrzawą rozmów. Nazwa baru podobno nawiązuje do ciężkiej doli bieszczadzkich ludzi lasu i do prozy Edwarda Stachury, ale dla mnie zawsze miała w sobie odrobinę magicznego dźwięku – niczym zaklęcie, co otwiera wrota do innego świata.
Stali bywalcy lubią opowiadać, jak to dawniej w Siekierezadzie można było usłyszeć najbardziej niesamowite historie. Ktoś spał w lesie przy minusowych temperaturach, ktoś inny uratował ranne zwierzę, a jeszcze kolejny wędrował pieszo od przełęczy do przełęczy bez grosza przy duszy, licząc na gościnność bieszczadzkich aniołów. Bieszczady zawsze przyciągały ludzi szukających czegoś innego niż zgiełk miasta. I w tym tkwi paradoks – region dziki, a jednocześnie gościnny i tak mocno urzekający, że człowiek, raz spróbował, zawsze chce wracać.

Pamiętam pewien zimowy wieczór, gdy zziębnięci dotarliśmy z przyjaciółmi do Cisnej. Sypało śniegiem tak gęsto, że ledwo widzieliśmy drogę. Land Rover wtedy ledwo się toczył przez zaspy, a mnie ogarnął lekki strach, czy nie utkniemy gdzieś na poboczu. W końcu jednak dojechaliśmy, wyskoczyliśmy ze sprzętem fotograficznym i ruszyliśmy w stronę migoczącego światła Siekierezady. Drzwi się otwierają, a w środku unosi się zapach palonego drewna, głosy ludzi i ciepło tak przyjemne, że aż zapomina się o mroźnym wietrze na zewnątrz. Gdzieś w kącie stary bieszczadnik opowiadał o swojej młodości, gdy z plecakiem zwiedził wszystkie górskie szlaki, a wokół niego zbierała się grupka słuchaczy, łapczywie chłonących każde słowo. Jak w najlepszej legendzie czy przygodowym filmie – niby zmyślone, a przecież chciałoby się wierzyć, że wszystko to działo się naprawdę.
Dla mnie, Poznaniaka w sercu, zawsze uderzająca była różnica w mentalności. Tam, w Bieszczadach, czas zdaje się płynąć inaczej, ludzie nigdzie się nie śpieszą, a spotkania w knajpach mogą trwać do późnych godzin. W Poznaniu wszystko jest zorganizowane, zaplanowane, optymalizowane. W bieszczadzkich realiach – można przysiąść przy gitarze z kompletnie obcymi osobami i wspólnie zaśpiewać piosenkę, nie oglądając się na zegarek. Dlatego tak mnie do tych gór ciągnie – przypominają mi, że warto czasem zgubić rytm i dać się ponieść chwili, niczym widz w teatrze, który zapomina o rzeczywistości i wsiąka w spektakl do szpiku kości.

Skoro już o teatrze mowa, to może kogoś zdziwi, że w barze w Cisnej też można poczuć się jak na scenie. Wyobraźcie sobie: wchodzicie do Siekierezady i od progu role rozdzielają się same. Jest reżyser – może nim być charyzmatyczny właściciel albo barwna postać, która akurat gra pierwsze skrzypce przy barze. Są aktorzy – wszyscy obecni goście, z plecakami, instrumentami, psami i historiami do opowiedzenia. Są widzowie – ci nowi, którzy weszli z zaciekawieniem i próbują się rozeznać, jaką sztukę grają dzisiaj. Muzyka z głośników lub śpiew współbiesiadników tworzy tło dźwiękowe. Scenografia? Drewniane stoły, ostre rzeźby i dekoracje, które chwilami budzą respekt, a chwilami śmiech. Spektakl trwa bez przerwy, zmienia się tylko obsada, bo jedni przychodzą, a inni wychodzą, ciągnąc w świat dalej swoje bieszczadzkie wędrówki. Taka niekończąca się improwizacja – i to jest piękne.
Dla kogoś z zewnątrz to może być szok kulturowy. „Dlaczego na ścianach wiszą siekiery?” – zastanawiają się niektórzy. Odpowiedź tkwi w surowości Bieszczad i pracy drwali, którzy musieli walczyć z twardymi pniami i przeciwnościami natury. Życie tu nigdy nie było usłane różami. Może właśnie dlatego tę dolinę górską oswoili najodważniejsi, a Siekierezada stała się ich symbolem, pamiątką i legendą. Patrzysz na tę całą wystawę siekier i rzeźbionych twarzy, a podskórnie czujesz, że tu się opowiada historie korzeniami sięgające daleko w przeszłość. To jest inna kultura – intensywna, pełna emocji, ale też przesycona humorem i dystansem. Bo w końcu w barze można i się śmiać, i wzruszać do łez.

Jak to jednak połączyć z moją codziennością – marketing, online, Poznań, theatre mania, kino, gadżety i technologie webowe? Ano, w tym cały bajer, że kiedy wsiadam do Land Rovera i przejeżdżam kilkaset kilometrów, to czuję, jakbym zmieniał kostium. Przestaję być korporacyjnym człowiekiem w garniturze (no, prawdę mówiąc, w garniturze występuję rzadko, raczej stawiam na codzienną wygodę), a staję się wędrowcem z brodą, tak zwanym Barnabą Brodatym, co ma w oczach tę iskrę bieszczadzkiej wolności. Przemieszczam się z jednej sceny na drugą – z wielkomiejskiej na surowo-górską. To niesamowite doświadczenie, które pozwala mi zachować równowagę psychiczną. Gdyby nie Bieszczady, pewnie dawno bym się zatracił w wirtualnych deadline’ach. A tak – z jednej strony mam terminy i projekty, z drugiej – to ciepło w duszy, jakie przywozi się z każdej wizyty w Siekierezadzie.
I pewnie zapytacie: „No dobrze, Barni, ale co konkretnie w tej Siekierezadzie takiego oferują? Czy to tylko atrakcja wizualna i legendarna, czy coś się tam je, pije, czy słucha koncertów?”. Odpowiadam: wszystko, co wymieniłeś, i jeszcze więcej. Można skosztować prostych, lokalnych potraw, można wypić piwo, herbatę z rumem albo coś bardziej wykwintnego, choć w tym miejscu raczej nie szukajcie karty dań rodem z metropolitarnej restauracji. Tu króluje klimat i bieszczadzka gościnność, a jedzenie czy napitek to raczej dodatek. Koncerty też bywają – zwłaszcza latem, kiedy to w sezonie pojawiają się muzycy, a bar przyciąga spragnionych wieczornej zabawy turystów. Ale największym koncertem jest sam gwar rozmów, trzaskanie siekier (dosłownie i w przenośni), śmiechy, stukot kufli.
Znam ludzi, którzy przyjeżdżali do Siekierezady regularnie przez wiele lat. Każdy z nich mówi, że nigdy nie trafił na identyczne doświadczenie, bo w barze zawsze dzieje się coś nowego. To trochę jak w dobrym kinie studyjnym – niby seans ten sam, ale zależnie od widowni, potrafi mieć inny wydźwięk. A tu przecież widownia i aktorzy to jedno – bo wchodząc do Siekierezady, stajesz się częścią spektaklu, który potrafi trwać do późnej nocy. Kto wie, może nawet do bladego świtu.

Takie są Bieszczady: nieprzewidywalne, pełne artystycznego fermentu i historii, które słyszy się po raz setny, a jednak dalej fascynują. Gdy prowadzę grupy turystów (co robiłem namiętnie przed laty), zawsze mówię: „Jeśli chcecie poczuć Bieszczady w pigułce, wskakujcie do Siekierezady”. Niektórzy podchodzą z dystansem – bo surowy wystrój może budzić poczucie obcości, a i nazwa „Siekierezada” nie brzmi jak delikatne zaproszenie na kawkę. Ale gdy tylko przepuścisz przez siebie pierwszy łyk atmosfery, zobaczysz, że to miejsce ma w sobie serce tak wielkie, jak dębowe stoły, przy których się zasiada. To jest właśnie fenomen.
Sam Edward Stachura, którego „Siekierezada” (książka) dała inspirację do nazwy baru, pisał o trudach życia drwali i ludzi lasu. Ten motyw do dziś przenika bieszczadzką przestrzeń. Między rzeźbionymi postaciami, wiszącymi na ścianach, czuję, że każda z nich mogłaby opowiedzieć mi odrębną historię. W mojej wyobraźni to są postaci z kina drogi, z filmów, w których bohater wyrusza, by odnaleźć sens w dzikich górach, a przy okazji mierzy się z demonami własnej przeszłości. Może brzmi to jak patos, ale w Bieszczadach naprawdę sporo osób doznaje katharsis – wędrówki po połoninach dają poczucie wolności, a nocne posiady w barach takich jak Siekierezada potrafią rozpalić wyobraźnię i serce.

Moja broda jest już siwiejąca na skroniach, a jednak wciąż mam w sobie tę iskrę fascynacji, gdy myślę o bieszczadzkich wyprawach. Kiedyś, jako dzieciak, biegałem po górach z plecakiem ciężkim jak cała moja ówczesna filozofia. Deszcz, błoto, komary – wszystko to przyjmowałem z pokorą, bo czułem, że przyroda mnie wzywa. Dziś, choć obracam się na co dzień w świecie marketingu online, dalej mam w głowie ten sam zew. Kiedy tylko nadarzy się okazja, biorę psa Otryta, wsiadam do Landka i jadę na koniec Polski, by posiedzieć przy drewnianym stole, popatrzeć na miedziane słońce chowające się za górami i posłuchać opowieści, które w mieście wydają się nieprawdopodobne.
Może właśnie dlatego tak lubię wracać do Siekierezady. Tam czuję, że jestem w odpowiednim miejscu, że moje wędrowne serce spotyka się z sercem bieszczadzkiej ziemi. Nie chcę idealizować, bo wiem, że bar bywa zatłoczony, czasem trzeba postać w kolejce, by dostać się do środka, a obsługa – w sezonie turystycznym – ma pełne ręce roboty i nie zawsze jest w nastroju do gawęd. Ale takie właśnie są realia. Dla mnie jednak liczy się ten ogólny klimat. Nawet jeśli muszę chwilę poczekać, to mam szansę przyjrzeć się kolejnym rzeźbom, które zdobią fasadę, i wyobrazić sobie, że każda siekiera wbita w ścianę skrywa swoją historię.

Kiedyś zapytałem starych bywalców z Cisnej, czy bar ten zawsze miał taki sam charakter. Odpowiedzieli, że wszystko się zmienia. Siekierezada nieco złagodniała wraz z rozwojem turystyki – dawne czasy, gdy do środka wpadali głównie miejscowi, drwale czy prawdziwi bieszczadzcy „zakapiorzy”, minęły. Teraz gości jest więcej, różnorodnych, niektórzy przyjeżdżają tylko na chwilę, żeby zrobić fotkę, wrzucić na social media i pojechać dalej. Inni jednak przyjeżdżają z miłości do literatury, do klimatu, którego nie uświadczysz gdzie indziej. Jeszcze inni przypominają dawne czasy, bo znają się z właścicielami i spędzali w barze całe noce, pełne rozmów i muzyki. Ta wielość perspektyw zresztą buduje Siekierezadę na nowo – bo w każdym pokoleniu ktoś przywozi tu świeże historie. Niektóre z nich na stałe wchodzą do lokalnego folkloru.
Te wszystkie opowieści zbierają się w jeden krąg, tworząc swoisty spektakl. Gdyby ktoś chciał zrobić film o Bieszczadach, bar w Cisnej jest naturalnym planem zdjęciowym – wystarczy ustawić kamerę i rejestrować, co się dzieje. Można by powiedzieć, że to taki offowy teatr, w którym światło świec miesza się z żarówkami, a rekwizytami są siekiery, kufle i gitarowe struny. Czasem siedzisz przy stole z kimś, kogo widzisz pierwszy raz w życiu, a po godzinie czujesz, że łączy was wspólna pasja do dzikości i podróży. Zdarza się, że ktoś wyciągnie harmonijkę ustną i zacznie grać. Obok przysiądzie turystka z dalekiego miasta i zacznie nucić piosenkę, którą słyszała gdzieś na szlaku. Tak rodzi się magia – chwila niepowtarzalna, bo tu liczy się autentyczność, nie perfekcja.

Jako Barni Brodaty mam w zwyczaju fotografować takie chwile, ale robię to zawsze dyskretnie. Człowiek, który przychodzi do Siekierezady, raczej nie pragnie fleszy i wielkiej uwagi. Wolę więc przycupnąć z aparatem w rogu, złapać kadr z naturalnym światłem. Wystarczy uchwycić czyjąś minę, serdeczny uśmiech, mocny uścisk dłoni, a potem pozostaje tylko wrócić do tych kadrów w zimowe wieczory i wspominać ten ulotny moment. Ot, bieszczadzka błyskawica zapisana w pikselach. A najlepsze fotografie to te, które przywołują zapach ognia i drewna, szum wiatru i dźwięk gitary. W mieście można łatwo przeoczyć takie smaczki, bo wokół królują billboardy, sygnały SMS-ów, zgiełk tramwajów i deadline’y. A tu? Tu jest spokój, nawet jeśli dookoła trwa głośna zabawa, bo przecież Bieszczady mają rytm powolny i zarazem intensywny.
Nie mogę oczywiście pominąć wzmianek o turystycznych walorach Cisnej, choć to temat na osobną rozprawę. Bo oprócz legendarnego baru, mamy tu całe mnóstwo szlaków i ścieżek, gdzie wędrowiec odnajdzie ciszę i potęgę gór. Wystarczy opuścić Siekierezadę wczesnym rankiem (o ile człowiek nie zarwał nocy na śpiewach) i udać się w stronę Wetliny, Smereka, Chatki Puchatka na Połoninie Wetlińskiej czy w dzikie ostępy nad Wołosań. Widoki, jakie tam zastaniesz, mogą przyprawić o dreszcz emocji, a jednocześnie nastrajają filozoficznie. Bo Bieszczady to nie tylko góry. To świat, w którym duch natury potrafi dać nam lekcję pokory i przypomnieć, że jesteśmy jedynie małą cząstką znacznie większej całości.
A kiedy zmęczeni wrócimy do Cisnej, co czeka na nas? Oczywiście, Siekierezada, wypełniona opowieściami nowych gości i starych znajomych. Tylko w takich miejscach można zrozumieć, co to znaczy bieszczadzki luz – ktoś mówi o swoim życiu w stylu: „Trochę pracowałem na zleceniach, trochę spałem w chatce za wsią, a teraz mam ochotę posłuchać muzyki i napić się czegoś ciepłego”. I nikt się temu nie dziwi. W końcu do Bieszczad – a co za tym idzie, również do Siekierezady – często uciekają ci, którzy pragną wolności od schematów, od Internetu, od miasta. Ja sam, choć wciąż działam w marketingu online, doceniam to odłączenie. Można poczuć się lepiej, gdy na parę dni znikniesz z wirtualnego świata, a zaczniesz żyć tym realnym, przepełnionym zapachem drewna i krzepkimi uściskami dłoni przy barze.

Przywołuję teraz w pamięci pewną letnią noc, kiedy to przy stoliku poznałem człowieka, który nazywał się Mały Gienek (co do wzrostu miał akurat sporo, ale w Bieszczadach ksywki rządzą się swoimi prawami). Opowiadał o tym, jak wraz z grupą znajomych codziennie wędrował po górach, szukając starych cerkwi i śladów dawnych wsi. Wrócił wieczorem do Cisnej, zaszedł do Siekierezady, a tam nagle spotkał kumpla, którego nie widział od lat. Zabawne zrządzenie losu – spotkali się przy kuflu i zaczęli wspominać swoje przygody w Bieszczadach z młodości. Ja, słysząc ich opowieści, czułem się jak dzieciak słuchający baśni. Było w tym tyle autentycznego zachwytu nad surowym pięknem tych gór, że aż się człowiekowi chciało założyć plecak i samemu wyruszyć w dzicz.
To właśnie w Siekierezadzie zrozumiałem, że Bieszczady to nie tylko piękne widoki. To także stan umysłu, gdzie wolność i solidarność między ludźmi stają się najważniejsze. Zawodowe tytuły nie mają znaczenia, wygląd nie liczy się tak bardzo, najważniejsza jest otwartość serca. Każdy, kto wejdzie w progi baru z chęcią przeżycia przygody i posłuchania innych, szybko czuje się jak w domu. Może to dziwne, ale czuję tam podobny rodzaj intymności i ekscytacji jak w kameralnym teatrze, gdzie publiczność jest częścią spektaklu.

A skoro mowa o teatrze, niedawno rozmawiałem z pewnym aktorem z Krakowa, który zupełnie przypadkiem trafił w Bieszczady. Był zmęczony pracą, występami, ciągłymi napięciami w świecie kultury. Uciekł więc w góry, bo czuł, że musi się wyciszyć. I wiecie co? Wciągnęło go. Przepadł na kilka miesięcy, wędrował, dorabiał sobie to tu, to tam, aż w końcu spędził wieczór w Siekierezadzie. Mówił mi później, że poczuł atmosferę wolności, jednocześnie intensywnej i łagodnej. Coś go tknęło, by wrócić do Krakowa i rozwinąć nowy projekt teatralny o człowieku, który zaczyna rozumieć, że w życiu nie musi pędzić za karierą i uznaniem, a może po prostu żyć prościej, bliżej natury. Widać było, że ta inspiracja zrodziła się właśnie tam, w barze, gdzie drewno skrzypi pod stopami, a siekiery nad głową przypominają o ciężkiej pracy i sile człowieka w walce z przyrodą. Ten kontrast – sztuka, miasto, aktor, a jednocześnie knajpa w środku gór – zaiskrzył tak mocno, że dał początek nowej sztuce. Ot, magia Bieszczad.
Zdarza mi się żartować, że Siekierezada jest lepsza niż niejeden portal społecznościowy. W kilka chwil możesz nawiązać znajomość, usłyszeć inspirującą historię, zainicjować wspólne muzykowanie. Tu nie liczą się lajki, bo oklaski daje ci człowiek siedzący obok, gdy usłyszy twoją piosenkę. Możesz opowiedzieć, co cię gnębi, a ktoś inny rzuci historię swojego życia, jeszcze bardziej nieprawdopodobną, i nagle okaże się, że wszystkie wasze zmartwienia to tylko przystanek na drodze zwanej życiem. Dla mnie to jest właśnie najcenniejsze – prawdziwy kontakt między ludźmi, bez filtrów i sztucznej promocji.

Nie zrozumcie mnie źle – wciąż lubię korzystać z technologii, w końcu pracuję w marketingu online, co daje mi środki na utrzymanie. Ale mam wrażenie, że bar w Cisnej jest jak portal do innego wymiaru, gdzie priorytety zostają przemeblowane i człowiek przypomina sobie, że istnieje coś takiego jak rozmowa twarzą w twarz, spojrzenie w oczy i zwykłe bycie razem. Może brzmi to melancholijnie, lecz w mojej ocenie jest to wielka siła tego miejsca. Zanim świat do reszty zdominuje cyfrowa rzeczywistość, warto znać takie ostoje prawdziwej obecności.
Byłby grzech nie wspomnieć o symbolice nazwy: „Siekierezada” to przecież tytuł książki Edwarda Stachury – opowieści o pracy drwali w bieszczadzkich lasach, o zmaganiach człowieka z naturą i z własnym losem. Ta surowość przenika do baru, ale jednocześnie staje się tłem dla innego rodzaju historii – ludzi, którzy przyjechali tu szukać ukojenia, wolności lub inspiracji. Siekiera, symbol ciężkiej pracy i ostrego cięcia, wisi tu nad głowami gości, przypominając, że bieszczadzkie życie bywa twarde, lecz także dające satysfakcję. Prawie jak w filmach o kowbojach i rewolwerowcach, tylko zamiast broni palnej mamy siekiery i rzeźby.

Dziś, gdy piszę te słowa, jestem w Poznaniu, popijam kawę i słyszę, jak za oknem przejeżdża tramwaj. Kilka dni temu wróciłem z Cisnej i jeszcze w uszach pobrzmiewają mi dźwięki tamtego wieczoru – śmiech, szum rozmów, gitarowe akordy i gorzkawo-słodki posmak bieszczadzkich trunków. Na stoliku leży przewodnik, z którego spisywałem notatki o nowych szlakach. Otryt leniwie drzemie w kącie, bo wędrówka go wymęczyła, ale wiem, że jeśli dziś zaproponowałbym powtórkę, wstałby od razu i wesoło zamachał ogonem. Taki jest ten mój psi towarzysz – zawsze gotów na przygodę.
Czasem znajomi pytają: „Barnaba, ile jeszcze razy możesz jeździć w Bieszczady? Czy to się nie nudzi?”. A ja się uśmiecham pod nosem i mówię: „Nigdy”. Każdy wyjazd jest inny, bo świat się zmienia, ja się zmieniam, ludzie w barze się zmieniają. A jednak jest coś niezmiennie trwałego w tej bieszczadzkiej aurze, w tym surowym pięknie i w tym mistycznym poczuciu wspólnoty, jakie rodzi się przy drewnianym stole. Nieważne, jak wielki mam dystans do przebycia, zawsze wiem, że w pewnym momencie zawitam do Siekierezady, choćby na chwilę, by poczuć ten zapach ognia i potłuczonej życiem historii.
To tam czuję się jak badacz w niekończącej się ekspedycji, której celem jest odkrycie prawdy o człowieczej naturze. Może brzmi to górnolotnie, ale w głębi ducha wierzę, że tak właśnie jest. W Siekierezadzie widzę ludzi z różnych światów, każdy coś przeżył, każdy ma jakieś skazy i blizny, ale w tym miejscu, przy wspólnej ławie, stajemy się sobie bliscy. Może dlatego tak chętnie wracam tam z aparatem fotograficznym i notatnikiem. Czuję, że rejestruję nie tylko obrazy, ale też ludzkie dusze.

Jeżeli czytasz ten tekst i zastanawiasz się, czy warto zapuścić się w tamte rejony, to powiem jedno: nic nie stracisz, próbując. Nieważne, czy jesteś zapalonym turystą, fanem offowego kina, człowiekiem teatru, marketingu czy programistą – jeśli tylko maszeruje w tobie potrzeba zasmakowania prawdziwego „tu i teraz”, Bieszczady cię przyciągną. A bar w Cisnej, Siekierezada, to miejsce-klucz, które otwiera wiele drzwi. Tu przeżyjesz wieczór inny niż zwykle, a może spotkasz kogoś, kto opowie ci historię, jakiej nie wyśnił żaden scenarzysta. Albo będziesz miał okazję porozmawiać z kimś, kto na własnej skórze doświadczył, co znaczy „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”.
Sam mam nadzieję, że moje kolejne podróże przywiodą mnie do Cisnej w różnych porach roku – by zobaczyć, jak Siekierezada wygląda wiosną, kiedy góry budzą się do życia, i jesienią, gdy bukowe lasy płoną złotem i czerwienią. Każdy sezon wydobywa z tego miejsca nowe oblicze, ale surowy, drzewny charakter i artyzm w powietrzu pozostają niezmienne.

Tak właśnie kończę tę moją bieszczadzką gawędę, zapraszając każdego, kto ma ochotę odpocząć od korporacyjnych e-maili i przesiąknąć zapachem przygody, by skierował kroki do Cisnej. Przywita was szyld z siekierą, wnętrze pełne rzeźb i ciepła, a przede wszystkim ludzie – bo to oni tworzą prawdziwą esencję Siekierezady. Przygotujcie się na historie, co mają ostre cięcie, i na bogactwo ducha, które zostaje w człowieku jeszcze długo po powrocie do domu. Może nawet na całe życie.
A jeżeli usłyszycie, że przy jednym ze stołów jakaś brodata postać przygrywa na gitarze albo robi zdjęcia, to śmiało podejdźcie. Może to właśnie ja, Barnaba Brodaty, na krótkiej ucieczce z miasta w poszukiwaniu wolności i muzy bieszczadzkich opowieści. Może akurat wspólnie wzniesiemy toast za kolejny rozdział przygody, w której to wy macie okazję uczestniczyć. Nieważne, czy będzie to środek sezonu, czy martwy turystycznie czas – Siekierezada zawsze żyje własnym rytmem.
A gdy już nadejdzie moment powrotu do rzeczywistości, przywieźcie z Cisnej do swoich domów choć odrobinę tej bieszczadzkiej iskry. Może dzięki temu, w zgiełku dnia codziennego, łatwiej będzie przypomnieć sobie, że istnieją miejsca, w których człowiek czuje się wolny, dziki, a jednocześnie bezpieczny w ramionach wspólnoty. Miejsca, gdzie można zdjąć z ramion ciężar świata i po prostu być – tak zwyczajnie, a zarazem tak magicznie.
W końcu właśnie o to chodzi w turystyce i w kulturze – o poszerzanie horyzontów, przeżywanie nieoczywistych przygód i czerpanie inspiracji z rzeczy, które pozornie do nas nie pasują. Bar w Cisnej bywa dla niektórych jedynie turystyczną atrakcją, ale dla mnie zawsze pozostanie świątynią spotkań, teatrem spontanicznych konwersacji i filmem przygodowym, w którym każdy z nas jest reżyserem. Jeśli więc macie w sobie bieszczadzkiego ducha, wyruszcie na szlak, a ja życzę wam, byście w Siekierezadzie odkryli swój własny fragment wolności.

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.