barnibrodaty

 

barni brodaty 24

 

 

Deja Vu – o powtarzalności niektórych budynków w Bieszczadach

Czy zdarzyło Ci się kiedyś wędrować po obcych ziemiach i mieć wrażenie, że oto stąpasz w miejscu, które już widziałeś? A przecież pierwszy raz postawiłeś tam stopę. Mnie, Barnabie zwanemu Barni Brodaty – Poznańczykowi z krwi i kości, nieraz to uczucie zaskakiwało, zwłaszcza podczas włóczęg w Bieszczadach. Jestem zapalonym odkrywcą, który od dziecka podróżował z plecakiem, butami trekkingowymi i niezmienną ciekawością świata. I właśnie w Bieszczadach – tych urzekających, nieco dzikich i pełnych nieprzewidywalności górach – doświadczyłem osobliwego deja vu.

Zastanawiasz się, co mam na myśli? Ano chodzi o pewną powtarzalność budowlaną – taki unikalny motyw, który raz zobaczony, zaczyna się powtarzać w różnych miejscach, wywołując wrażenie, że cofnąłeś się w czasie lub właśnie minąłeś sobowtóra budynku widzianego kilka wsi wcześniej. Wiem, że Bieszczady słyną z widoków, połonin, zawiłych legend i niedźwiedzi, ale dziś opowiem Ci o ich architektonicznym aspekcie. Zapewniam, że będzie to gawęda niczym z przygodowego filmu, w którym co chwilę pojawia się znajoma scenografia, choć bohater jedzie naprzód w nieznane.

Zapraszam Cię na krótką podróż po bieszczadzkich drogach, tych krętych i błotnistych, gdzie czasem mój stary Land Rover Discovery stęka i sarka, a wierny psi kompan Berdo wystawia łeb przez okno, jakby szukał wiatru i zapachu nowych wyzwań. Przeżyjmy wspólnie to dziwne uczucie deja vu, gdy człowiek widzi drugi, trzeci i piąty raz podobną chatę, schronisko czy gospodę, a przecież powinien być już kilkanaście kilometrów dalej.

Skąd się bierze powtarzalność w bieszczadzkiej architekturze?

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ktoś skopiował projekty. Że na przykład powstała jakaś tajemnicza matryca i wszyscy budowali domy według jednego planu. Ale tak całkiem dalekie od prawdy to nie jest. Bieszczady, jak wiele regionów, mają swoje tradycyjne formy budownictwa. Drewniane chyże, proste chałupy o podobnym rozkładzie izb, szerokie okapy chroniące przed deszczem i śniegiem, nieco strome dachy, często kryte blachą lub drewnianym gontem. Myślę, że powtarzalność wynika z praktyki – skoro coś się sprawdza, to po co kombinować? Tylko czemu to wywołuje aż takie wrażenie deja vu, że człowiek momentami zastanawia się, czy nie krąży w kółko?

Praktyczność tych projektów jest niezaprzeczalna. Klimat bywa tu ostry, a zimy w Bieszczadach potrafią przyjść szybciej, niż Ci się wydaje. Nadchodzi wieczór, mgła okrywa góry, robi się wilgotno, a jedynym ratunkiem staje się dach, który nie przepuszcza wody i okna, przez które nie hula wiatr. Taka formuła budownictwa – powiedziałbym – jest więc wpisana w naturę tych gór, towarzyszy też opowieściom o bieszczadzkim życiu.

Wędrując szlakiem „podobnych domów”

Uwielbiam zagłębiać się w takie szczegóły. Kiedyś prowadziłem wycieczki po Bieszczadach i widziałem, jak turyści reagują na podobne obrazki, choć każdy z nich miał swój unikatowy klimat. Niektórych to fascynowało – w końcu mieli poczucie, że napotykają pewien skarb lokalnej kultury. Ale inni łapali się za głowę i mówili: „Tej, znowu widzę to samo, a myśmy przejechali już 10 kilometrów!” i dziwili się, że wygląd budynku niemal identyczny, jakby zza węgła miał wyjść ten sam gospodarz.

Nieraz brałem do ręki aparat i pstrykałem zdjęcia, łapiąc się przy tym na myśli: „Czy aby na pewno nie złapałem tego samego kadru pół godziny temu?”. To jest to bieszczadzkie deja vu. Z jednej strony potrafi mylić zmysły, ale z drugiej – daje pewną swojskość. W końcu ma się wrażenie, że wszędzie jesteś u siebie, bo prawie każdy domek wygląda jak z tego samego rodzinnego albumu. Taka nasza bieszczadzka bajka, gdzie powtarzalna architektura rymuje się z górskim krajobrazem i turystyczną tęsknotą za ciepłym schronieniem.

Pięć powodów, dla których budynki w Bieszczadach mogą wydawać się bliźniacze:

  1. Tradycja budowlana – dawne projekty domów przetrwały w rodzinach i przekazach, więc kolejne pokolenia wznoszą nowe budynki na wzór starych chyż.
  2. Klimat i uwarunkowania geograficzne – spadziste dachy, drewniane konstrukcje i okapy stanowią przystosowanie do bieszczadzkich warunków pogodowych.
  3. Ograniczona dostępność materiałów – w regionach górskich łatwiej o drewno niż o beton, stąd podobne metody budowy i układ ścian.
  4. Inspiracja „tym, co się sprawdza” – skoro jakiś projekt domu dobrze wytrzymał zimy, to po co tworzyć nowy?
  5. Turystyczna moda – pensjonaty i schroniska często stylizują się na „tradycyjne chaty bieszczadzkie”, co wzmacnia efekt powtarzalności.

Krótkie, lecz niepozorne „jednodniówki z Poznania”

Przyznam Ci się do czegoś: choć jestem Poznańczykiem z krwi i kości, to w Bieszczady zdołałem się wkręcić całym serduchem. Wpadam tam, gdy tylko mogę. Parę razy wybrałem się na tzw. „jednodniówkę z Poznania”, chociaż wymaga to przeszło kilku godzin jazdy. Wiesz, taki spontaniczny wypad, bo mnie coś tknęło, by pojechać, popatrzeć na góry i poprzebywać z ludźmi, co to potrafią żyć wolniej. No i za każdym razem obserwuję, jak w kolejnych wsiach, miasteczkach, stają podobne chaty. Jednym rzutem oka rozpoznaję charakterystyczne deskowanie, dach, czasem kolor okiennic. Mówię do siebie: „Tej, Barni, byłeś tu wcześniej, czy to déjà vu?”

I w tym wszystkim jest jakaś magia. W teatrze powtarzalność scenografii mogłaby zanudzić widza, lecz w Bieszczadach to element folkloru. Jakby natura mówiła: “U nas ceni się funkcjonalność i wspólną tradycję. Nie szukajmy skrajnych innowacji, kiedy stary wzór wciąż się świetnie sprawdza.” A jednak, za każdym razem, gdy wędruję z aparatem, odnajduję drobne smaczki. Czasem inny kolor drewnianej elewacji, czasem płaskorzeźbę nad drzwiami, a czasem cichą kapliczkę schowaną pod gankiem. Takie małe detale czynią każdy budynek unikatowym w swej powtarzalności.

Reportaż z drogi – Land Roverem przez bieszczadzkie zaułki

Ruszyłem któregoś poranka Land Roverem, rzecz jasna w towarzystwie Berda, by skrupulatniej sprawdzić tę powtarzalność zabudowań. Przygotowałem plan: odwiedzę 5 różnych wiosek, które poznałem jeszcze jako przewodnik, i w każdej cyknę kilka zdjęć najbardziej „klasycznych” domów. Chciałem potem porównać kadry i przekonać się, czy rzeczywiście aż tak są do siebie podobne. No i tu pojawił się urok „Bieszczady w praktyce”: auto po drodze kaprysiło, raz stając na poboczu, a raz ruszając z pełnym entuzjazmem. Pogoda – najpierw mgła, potem słońce, a w końcu rzęsisty deszcz.

Mimo tych przygód zebrałem kilkanaście ujęć. Wieczorem, usiadłszy w schronisku z kubkiem herbaty (a Berdo spał przy moich nogach), zacząłem je porównywać. I co się okazało? Skojarzenie z powtarzalnością było jak najbardziej trafne. Pięć różnych domów, a jednak dach i kształt bryły niemal ten sam, podobne okna, te same drewniane płoty. Tylko odcienie ścian i detale zdradzały inne gospodarstwo. W tym jest coś kojącego, tak jakby bieszczadzka architektura była wspólnym dialogiem z tradycją. Przestajesz się dziwić, że masz deja vu, a raczej doceniasz to, że w tej powtarzalności kryje się serdeczne przyjęcie przybysza.

Jak radzić sobie z poczuciem deja vu w Bieszczadach?

  1. Nastaw się na odkrywanie detali – każdy dom ma coś swojego: unikatowy ornament, sposób ułożenia drewna, czasem nietypowy komin.
  2. Pogadaj z mieszkańcami – ich opowieści rozwieją wątpliwości, czy to aby nie ten sam dom. Dowiesz się przy okazji historii związanej z okolicą.
  3. Zaglądaj do środka – jeśli masz okazję i zaproszenie, wejdź do izby. Wnętrze często bywa bardziej zróżnicowane niż elewacje.
  4. Doceniaj funkcjonalność – myśl o tym, że w surowym klimacie Bieszczadów powtarzalny projekt to gwarancja ciepła i trwałości.
  5. Rób zdjęcia w różnych porach dnia – mgła, słońce, deszcz czy śnieg potrafią zmienić charakter budynku, co pozwala dostrzec niuanse.

Dłuższy akapit: Kulturalne echa w bieszczadzkich ścianach

Teraz pozwól, że odniosę się do kultury, bo przecież nie byłbym sobą, gdybym nie wymieszał opowieści o turystyce z refleksją o teatrze czy filmie. Wyobraź sobie, że te powtarzalne budowle stanowią coś na wzór scenografii, która przenosi się z jednej sztuki do drugiej. Przypomina mi to wędrujące dekoracje w teatrze objazdowym: aktorzy grają w różnych miastach, a tło zdaje się identyczne, choć za każdym razem publiczność jest inna. Bieszczadzka architektura przyjmuje rolę rekwizytu – niby prosta, niemal minimalistyczna, a jednocześnie tworzy spójny klimat.

Różni ludzie, różne historie, a w tle te same kształty drewnianych chałup, tak samo skrzypiące pod naporem górskiego wiatru. Dla mnie – człowieka pasjonującego się również kinem – to jak seans filmowy, w którym reżyser upodobał sobie jedną lokację i zmienia tylko bohaterów i ich przygody. W Bieszczadach tą lokacją jest forma architektoniczna: surowa, a jednak urokliwa, konsekwentna i przypominająca o przeszłości regionu. Nawet pensjonaty i nowe schroniska często próbują nawiązać do „starej bazy”, by nie burzyć wizerunku. I chociaż z zewnątrz potrafią wyglądać prawie identycznie, wnętrza mogą skrywać nowoczesne rozwiązania, sale kinowe dla turystów, a nawet galerie sztuki regionalnej.

Kiedy tak człowiek wędruje od jednej wioski do drugiej, czuje ową mieszankę starego i nowego. W deszczu, w mglisty poranek, te domy zlewają się w jedną opowieść. Berdo – mój psi kompan – najwyraźniej rozpoznaje za to ich gospodarzy po zapachu albo energetyce, bo chętnie zbliża się do jednych, a przy innych siedzi spokojnie, obserwując otoczenie. Może on też odczuwa powtarzalność, tyle że w swoim psim języku. Bieszczadzkie deja vu ma więc wymiar uniwersalny, zarówno dla ludzi, jak i czworonogów.

Przywodzi mi to również na myśl pewną ważną refleksję. Jako Poznańczyk, często porównuję swoją małą ojczyznę z Bieszczadami. W Poznaniu masz różnorodność kamienic, secesyjne kamienice, modernistyczne bloki i ultranowoczesne biurowce. Każde osiedle ma swój charakter, łatwo się zgubić w chaosie form. W Bieszczadach jest wręcz odwrotnie: niby się przemieszczasz, a ciągle wydaje Ci się, że stajesz przed tym samym budynkiem. Paradoksalnie to wprowadza w stan wyciszenia. W końcu masz poczucie, że szybko odnajdziesz swój azyl, nieważne, czy jesteś 10, 20 czy 50 kilometrów dalej.

Fotograficzne zmagania z bieszczadzką powtarzalnością

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie próbował uwiecznić tego fenomenu na zdjęciach. Często publikuję na blogu fotografie, z których jestem dumny. Zwłaszcza te, które odkrywają istotę regionu. W przypadku bieszczadzkich domostw i schronisk zadanie bywa trudne: jak oddać powtarzalność bez nudy w kadrze? Staram się manipulować perspektywą, światłem, czasem czekam do wieczora, by złapać widok na identyczne bryły oświetlone lekkim światłem latarni. Wtedy nawet w tej „jednolitej” zabudowie można dostrzec mnóstwo niuansów – odcienie drewna, sposób, w jaki światło migocze na deszczu, a nawet historię odwiedzających, wypisaną na starych tabliczkach czy zdobieniach.

Wiesz, co mi wtedy przychodzi do głowy? Że ta architektoniczna powtarzalność jest jak refren w piosence – niby to samo, a jednak za każdym razem inna interpretacja. Podobnie w teatrze: ten sam scenariusz, a każdy spektakl żyje własnym życiem, wypełniony inną energią aktorów i widowni. Tak i te budynki: z zewnątrz bliźniacze, lecz każdy tętni własnymi historiami. Może w jednym gospodarz trzyma kozy, w drugim owce, a w jeszcze innym organizuje niewielkie koncerty dla przyjaciół?

Praktyczne wskazówki dla tych, którzy chcą docenić bieszczadzkie deja vu:

  1. Wyjdź poza utarte szlaki – zatrzymaj się w mniej znanych wioskach. Tam znajdziesz najwięcej tradycyjnych domostw.
  2. Rozmawiaj z mieszkańcami – zapytaj o historię budynku. Często okaże się, że to kopia chaty dziadka, ale z nową duszą.
  3. Odwiedzaj różne pory roku – latem te domy wyglądają zupełnie inaczej niż zimą, a wiosną jeszcze inaczej.
  4. Uważaj na drogę – bieszczadzkie trasy potrafią być wymagające, a Twój pojazd (nawet Land Rover) może kręcić nosem.
  5. Fotografuj seriami – potem zestaw zdjęcia obok siebie i spróbuj odnaleźć różnice oraz podobieństwa. Urocza zabawa!

Podsumowanie: w harmonii z tradycją i czasem

Pisząc ten wpis, chciałem Cię zabrać w podróż po bieszczadzkich wioskach, gdzie powtarzalność budynków rodzi osobliwe wrażenie deja vu. Ale to nie jest męczący powrót do tych samych schematów – raczej kojący rytm, który przypomina kołysankę regionu. Tu wszystko toczy się swoim tempem, a tradycyjna architektura jest mostem między przeszłością a teraźniejszością. Można by rzec, że w Bieszczadach nawet nowoczesne pensjonaty stają się częścią tego krajobrazu, naśladując styl, który od lat sprawdza się w trudnym, górskim klimacie.

Wiem, że moje opowieści brzmią czasem jak relacje Indiany Jonesa, ale tak to już jest, kiedy przyjeżdża się z daleka i daje ponieść atmosferze Bieszczad. Przyjaciele z Poznania mawiają, że mam dar gadania o nieoczywistych rzeczach i umiem zauroczyć każdego gawędą. Cóż, przy bieszczadzkim ognisku z chęcią bym kontynuował ten temat, zachwycając się prostotą i sprytem lokalnych konstrukcji. A potem posłuchałbym, jak inni widzą to zjawisko – bo może ktoś ma odmienne spostrzeżenia, może ktoś widzi w tej powtarzalności cień monotonii?

Ja jednak wierzę, że „deja vu” w bieszczadzkiej architekturze jest elementem swoistego uroku, który pozwala wciągnąć podróżnika w opowieść o regionie i historii tych ziem. Każdy ma swoją definicję piękna. Dla jednych to monumentalne zamki, dla innych surowe, identyczne domki, które potrafią dać schronienie w trudnych warunkach. I to właśnie jest w tym regionie niezwykłe: nawet jeśli dziesiąty raz spotykasz ten sam rozkład chałupy, wciąż możesz odkryć w nim coś nowego.

Co dalej? Zaproszenie do własnej przygody

Zachęcam Cię, byś wyruszył w podobną podróż. Możesz zacząć od „jednodniówki” z Poznania, jeśli – jak ja – stamtąd pochodzisz. Możesz też zaplanować dłuższy pobyt w Bieszczadach, by poczuć na własnej skórze tę dziwną mieszankę spokoju i surowości. Ja, Barnaba (Barni Brodaty), zawsze powtarzam: „Tej, szkoda życia na siedzenie w miejscu, kiedy można doświadczać czegoś, co daje inspirację do dalszego pisania, fotografowania i chłonięcia kultury.”

Jeśli poczujesz, że budynki się powtarzają, nie traktuj tego jako rozczarowania. Zobacz w tym unikatowy rytm regionu, który warto poznać. Może przypadkiem zawędrujesz do starej bacówki, gdzie trafi się pogawędka z góralskim seniorem, który wyjaśni, od kogo przejął projekt domu, i co w nim zmienił, by przetrwać mroźne zimy? A może odwiedzisz młodego zapaleńca, który właśnie otworzył pensjonat w stylu „bieszczadzkiej chaty”, ale z nowoczesnymi udogodnieniami? Oto właśnie urok Bieszczad: jest w nich i stare, i nowe, splecione w jeden wielki spektakl, który nabiera kształtu przy każdej kolejnej wizycie.

Dziękuję Ci za wspólną podróż po meandrach bieszczadzkiej architektury i za towarzyszenie mi w tej gawędzie. Mam nadzieję, że czujesz się zainspirowany, by wyruszyć w dalsze odkrywanie. Czasem deja vu potrafi być irytujące, ale w Bieszczadach – uwierz mi – nabiera uroku i staje się kluczem do zrozumienia lokalnej kultury. A gdy już wyruszysz, przypomnij sobie moje słowa: w tym regionie czas płynie inaczej, a powtarzalność to nie brak oryginalności, lecz esencja tradycji, która przetrwała dzięki spójnemu stylowi życia. Do zobaczenia na szlaku – bądźmy czujni na każdy znak, że oto znowu wpadliśmy w ramiona bieszczadzkiego deja vu!

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.