barnibrodaty

 

barni brodaty i accurately

Kałachem do celu

Czy zdarzyło Ci się kiedyś wyruszyć w podróż i nagle odkryć, że zamiast spokojnego spaceru, zaczyna się prawdziwa przygoda rodem z filmów akcji? Ja, Barnaba – powszechnie zwany Barni Brodaty, Poznańczyk z serduchem do teatru, kina i wszystkiego, co nazywam kulturalnymi uniesieniami – miałem właśnie taką sytuację całkiem niedawno.

Nikt nie spodziewa się, że w Poznaniu, gdzie na co dzień biega się na spektakle i seanse filmowe, można natknąć się na historię żywcem wyjętą z sensacyjnego kina drogi. A jednak przydarzyła się i mnie – człowiekowi, który od dziecka włóczy się z plecakiem, schodzonymi butami i psem z Bieszczad, zwanym Berdo. Jak mawiają moi przyjaciele, gdy zaczynam gawędzić, ludzie czują się jak w opowieści Indiany Jonesa. Tym razem poszło o coś, co pieszczotliwie nazwałem “kałachem do celu”.

Krótka geneza: czym jest “kałach” w mojej opowieści?

Nie, spokojnie – nie chodzi o bieganie z prawdziwą bronią w Bieszczadach, choć w tych górach nigdy nie wiadomo, co może Cię spotkać. „Kałachem do celu” to sformułowanie, które przyszło mi do głowy po jednej z moich turystyczno-kulturalnych eskapad. Opisuje ono stan umysłu, w którym człowiek idzie do przodu bez wahania, naładowany pasją i determinacją tak silną, że nic go nie zatrzyma. Czy to mgła, czy deszcz, czy kolejna awaria Land Rovera Discovery, którym podróżuję od kilkunastu lat – „kałachem do celu” to moje hasło na moment, gdy zamiast się cofać, nacieram, bo wiem, że czeka mnie przygoda, o której warto opowiedzieć na blogu.

A blog ten tworzę, bo chcę być sobą: człowiekiem pełnym pasji do teatru, kina, muzyki, a także przyrody i krajobrazów. Czasem zdradzam sekrety o atrakcjach turystycznych wokół Poznania, a czasem, jak dziś, wskakuję w tryb podróżniczo-reporterski, mieszając wątki kulturowe z opowieściami z drogi. Robię to m.in. dlatego, że coraz mniej czuję związek z mediami społecznościowymi, a coraz bardziej – z żywą narracją, gawędą i zachwytem nad światem.

Gdzie zaczyna się ta historia?

Jeśli miałbym wskazać konkretny punkt, powiedziałbym, że wszystko zaczęło się niedaleko Poznania, gdy wyruszyłem na jedną z moich „jednodniówek z Poznania”. Cel był prosty: odwiedzić niewielkie muzeum militariów niedaleko miasta, w którym zapowiedziano wystawę poświęconą dawnym sprzętom wojskowym i ich wpływowi na polską sztukę filmową. Taki miks wydał mi się intrygujący – teatru tam nie było, ale przebłysk ekranu kinowego już tak, co wystarczyło, by podpalić moją wyobraźnię. Na miejsce ruszyłem moim poczciwym Land Roverem, tym razem wyjątkowo razem z Berdo, który uwielbia wizyty w nowych miejscach (bo zawsze znajdzie nowy kąt do obwąchania).

Land Rover, pasja i pierwsza przeszkoda

Spakowałem aparat fotograficzny – bo nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się okazja na zdjęcia, z których będę dumny – i ruszyłem w drogę. Na ogół to ma być raptem godzina jazdy w jedną stronę, a tu, proszę ja Ciebie, po 40 minutach auto jak zwykle poczęstowało mnie swoim klasycznym „pstryk, pstryk, nie jedziem, bo cosik stuka w silniku”. No i stoimy na poboczu, w polu kukurydzy.

Z jednej strony można by wyć z rozpaczy, że plan szlag trafił, ale z drugiej – znam przecież tę moją terenówkę i wiem, że właśnie w takich chwilach rodzą się najlepsze opowieści. Szybki telefon do znajomego mechanika: „Tej, Jędrek, mam tu zonka, weź, ratuj brata z tarapatów!” – i czekamy. A mgła akurat zaczynała się unosić nad polami, słońce malowniczo przedzierało się przez chmury, a Berdo rozkosznie kładł się przy moich stopach. Jak nie uwiecznić tego klimatu na zdjęciach?

Lista priorytetów podróżniczych (według Barnaby):

  1. Nie panikować – nawet gdy samochód odmawia posłuszeństwa, przygoda dopiero się zaczyna.
  2. Wynajdować ciekawe kadry – w każdej sytuacji znajdzie się urokliwy obrazek warty uwiecznienia.
  3. Rozmawiać z miejscowymi – zawsze może trafić się ktoś z historią na wagę kina akcji.
  4. Używać gwary i słowotwórstwa – to rozluźnia atmosferę i dodaje uroku każdej sytuacji.
  5. Pamiyntaj o Berdo – pies też ma potrzeby, a wspólna przygoda to dwukrotnie więcej zabawy.

Gdy mechanik przybywa na ratunek i podróż nabiera tempa

Po godzinie przyjechał Jędrek, wyczarował coś pod maską i ruszyliśmy dalej. Musiałem się pospieszyć, bo muzeum militariów zamykało się o 17:00, a ja nie chciałem przegapić wyjątkowej wystawy. Po dotarciu na miejsce moją uwagę od razu przykuło jedno stanowisko – sporych gabarytów replika kałasznikowa (popularnego „kałacha”) i tablica pełna fotosów z polskich filmów wojennych. Lubię takie ekspozycje, które łączą świat kina z rzeczywistością – jest w tym coś z rozważania granic między fikcją a historią.

Kustosz muzeum (naprawdę sympatyczny gość) zauważył, że nie tylko się przypatruję, ale i notuję coś w swoim kajecie (tak, prowadzę staroświeckie notatki), więc zaczął ze mną rozmowę. Opowiedział, że sporo osób wpada tu z fascynacją do kina wojennego, a jednocześnie nie rozumie, jak wielki wpływ na popkulturę ma ta broń – i tu zaczął sypać anegdotami, jak to polscy filmowcy kreują wizerunek „kałacha” od lat. W głowie zaczęła mi się kluć wizja nowego wpisu na blogu. „Kałachem do celu” – pomyślałem – idealne hasło, które oddaje moje podejście do pasji i determinacji.

Skąd inspiracja, by nazwać tak wpis?

Niech mnie kule biją, ale właśnie tam, patrząc na tę wystawę, dotarło do mnie, że w życiu potrzebujemy czasem iść naprzód z podobną niezłomnością. Kałasznikow w filmach to symbol surowej siły, ale też wytrzymałości i prostoty. U mnie to z kolei metafora uporu, by dążyć do celu niezależnie od przeszkód. Ileż to razy nasz ukochany Land Rover psuje się w środku drogi? Ile razy muszę przerzucić się z planu A na plan B w Bieszczadach? Jednak zawsze znajdę sposób, by dotrzeć tam, gdzie zapragnę, czy to do kolejnej sceny teatralnej, czy do bieszczadzkiego strumienia, by uchwycić w obiektywie mgłę.

Pisząc te słowa, czuję się jak Indiana Jones, którego przyjaciele mają już dość słuchania, bo przecież mógłbym spędzić godzinę na opowieści o tym, jak dreptałem z kapcia w Bieszczadach w deszczu, a potem, otwierając plecak, znajdowałem ostatnie skrawki chleba i kiełbasy. A ja do nich: „Tej, dajcie mi choć 10 minut, to Wam opowiem o najdzikszym miejscu w południowej Polsce!”. No i opowiadam. Tak samo z tym „kałachem” – upieram się przy tej metaforze, bo ma w sobie iskierkę desperacji i odwagi zarazem.

Rozciąganie metafory: teatr, kino i muzyka

Aby dopełnić obraz, pozwolę sobie wtrącić kilka słów o mojej drugiej naturze – fascynacji kulturą. Zajmuję się marketingiem online, a także uwielbiam technologies webowe, ale to sztuka sceniczna porywa mnie na dobre. Wielu z nas ma w głowie stereotyp, że teatr to subtelne gesty, delikatność i wyrafinowany język. Ale z doświadczenia powiem, że w dobrym teatrze też bywa nie mniej intensywnie niż w filmie sensacyjnym. Nie raz widziałem na scenie inscenizacje, w których rekwizyty przypominały broń, a aktorzy mieli w oczach ogień. Takie przedstawienia przypominają mi moją własną „walkę” o to, by dotrzeć do kolejnej przygody.

Kino z kolei od małego mnie fascynowało. W Poznaniu mam swoich ulubionych reżyserów i filmy, które oglądam po kilkanaście razy. W każdym z tych obrazów staram się znaleźć inspirację: jak uparcie wędrować w stronę marzeń, mimo że świat w okół może wydawać się nieprzyjazny. No i muzyka – spytasz: „A gdzie w tej historii miejsce na muzykę?” Otóż w drodze, kiedy Land Rover jadąc na trzech cylindrach, dalej się toczy, a Berdo smacznie śpi na tylnym siedzeniu. Wtedy wyciągam słuchawki i puszczam sobie coś, co dodaje mocy. Zwykle to folk albo rockowa klasyka, bo idealnie pasuje do krajobrazu za oknem. Wtedy naprawdę czuję, jakbym jechał „kałachem do celu”: mocno, stabilnie i z pełną wiarą, że się uda.

Poznańskie korzenie i podróże w nieznane

Jestem Poznaniakiem, co widać w moim sposobie mówienia, a także w miłości do porządnego planowania. Jednak przyznaję, że wbrew stereotypowi o „pyrach z gzikiem” (które, swoją drogą, uwielbiam), potrafię rzucić wszystko i po prostu jechać, bo usłyszałem o ciekawej wystawie czy nietypowym miejscu. W ten sposób poznałem wiele zakątków nie tylko wokół Poznania, ale i w całej Polsce. Szczególnie Bieszczady – tam spędziłem niemało czasu, a nawet prowadziłem wycieczki. Stamtąd przywiozłem Berdo, mojego psa, który od lat jest towarzyszem wszystkich niespodziewanych przygód.

Przywykłem do tego, że w Bieszczadach pogoda może się zmienić w sekundę, że buty turystyczne muszą być nieprzemakalne, a jedzenie w plenerze to norma. Nic już mnie nie dziwi, bo tak naprawdę to, co nieprzewidywalne, jest esencją mojej pasji. „Kałachem do celu” – i tu wracamy do głównej myśli – jest więc określeniem tej energii, która pozwala mi stawiać czoła przyrodzie, technicznym problemom z Land Roverem i wszelkim życiowym niespodziankom.

Garść rad dla tych, którzy chcą wyruszyć „kałachem do celu”

  1. Nastawienie: Nie ma co się cofać, gdy coś pójdzie nie tak. Każda przeszkoda może być początkiem wspaniałej historii.
  2. Sakwa cierpliwości: Bez niej ani rusz. Przyda się, gdy auto stanie na środku niczego lub deszcz zacznie dzwonić o dach namiotu.
  3. Otwartość na ludzi: Wszędzie są fascynujące postacie – czasem wystarczy zagaić, zapytać o lokalną legendę czy potrawę.
  4. Szczerość pasji: Jeśli kochasz teatr – bądź tym, który szuka jego śladów nawet w polu kukurydzy. Lubisz fotografować – czekaj na unikatowe światło za każdym zakrętem.
  5. Współpraca z czworonogiem: Pies uczy wyrozumiałości i radości z małych rzeczy. Odpłaca bezgraniczną miłością i wspólnym odkrywaniem świata.

Zakończenie: po co to wszystko?

Możesz zapytać, czy to nie przesada, by aż tak przeżywać zwykłą wycieczkę do muzeum militariów pod Poznaniem. Tyle że dla mnie każda przygoda może stać się barwnym reportażem lub niecodzienną recenzją rzeczywistości. Dlatego, zamiast beznamiętnie przewijać kolejne posty na social mediach, wolę dzielić się tym, co widzę, przeżywam i jak to interpretuję. Uciekam od tzw. „feedów” i „like’ów” na Facebooku, bo wolę gawędzić na blogu. Kto zechce, ten poczyta i być może odnajdzie w moich słowach natchnienie dla siebie.

Tak właśnie powstało „Kałachem do celu” – hasło, które będzie mi już zawsze przypominać, że determinacja, pasja i ciekawość świata są jak pancerz, przez który codzienne troski się nie przebiją. Każde spotkanie z kulturą, czy to w teatrze, czy w kinie, każde muśnięcie przyrody w formie bieszczadzkiej mgły, czy polnej scenerii pod Poznaniem, może stać się pretekstem, by mówić, pisać i fotografować z nową energią.

Mam nadzieję, że tym wpisem udało mi się przekazać choć odrobinę mojej żądzy przygód i miłości do opowieści z pogranicza kultury i turystyki. Teraz, jeśli sam kiedyś poczujesz się zniechęcony, pomyśl – a może warto ruszyć „kałachem do celu”? Bez wahania, bez narzekania, za to z przekonaniem, że za najbliższym zakrętem jest coś, co może Cię zafascynować, rozbawić lub wzruszyć. A może wszystko naraz!

Barni Brodaty – czyli ja, Barnaba, Poznańczyk z duszą podróżnika – posyła Ci serdeczne pozdrowienia z drogi. I pamiętaj, świat jest zbyt ciekawy, by siedzieć w jednym miejscu, gdy można opowiedzieć kolejną pasjonującą historię, w której najsilniejszą bronią jest determinacja i przyjemność odkrywania nieznanego.

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.