
Świerk Brewera
Czy zdarzyło Ci się kiedyś zawędrować w takie miejsce, gdzie przedziwnym zbiegiem okoliczności przyroda zaczyna przypominać zachwycającą scenografię teatralną? Mnie – Barnabie, zwanemu Barnim Brodatym, Poznańczykowi i miłośnikowi wszystkiego, co twórcze – zdarzyło się to właśnie podczas wyprawy w poszukiwaniu Świerka Brewera. Pewnego dnia postanowiłem zanurzyć się w przestrzeń, gdzie natura może nieco przypominać aktorów, a lasy obfitujące w niezwykłe gatunki drzew kuszą możliwością zrobienia fotografii, z których serce rośnie.
Świerk Brewera – brzmi tajemniczo, prawda? Tak tajemniczo, jak niektóre dramaty Szekspira albo sceny z filmów przygodowych, które pochłaniałem za młodu. Przy okazji okazało się, że w tym jednym drzewie kryje się wątek tak pasjonujący, że postanowiłem – tu i teraz, na blogu – zrelacjonować tę niezwykłą wyprawę, nim przejdziemy do innych kulturalno-turystycznych tematów.
Pierwszy trop: genealogia niezwykłego drzewa
Słyszałem kiedyś w jednej z poznańskich kawiarni pogłoskę, że gdzieś pod koniec XIX wieku odkryto w rejonach Oregonu (Stany Zjednoczone) unikatową odmianę świerka. Nazwano go od nazwiska botanika – Brewera – który ponoć rozsławił ten gatunek. Mówiono, że jest wyższy niż przeciętny świerk i charakteryzuje się smuklejszą sylwetką, a jego zwisające, wręcz potargane gałęzie nadają mu szczyptę melancholijnego uroku. Podobno w Europie nie jest zbyt powszechny, ale można go spotkać w ogrodach botanicznych, arboretach i parkach dendrologicznych.
Jako że uwielbiam łączyć pasję do kina i teatru z odkrywaniem przyrody, zacząłem zastanawiać się, czy taki egzotyczny świerk nie jest przypadkiem częstym bohaterem zachodnich plenerów filmowych. W końcu gdy oglądałem amerykańskie superprodukcje, nierzadko dostrzegałem majestatyczne chojaki czy cyprysy, które budowały nastrój tajemnicy. Ale Świerk Brewera? Czy można go tam upolować wzrokiem w kadrze? Może tak, a może nie – wolę jednak przekonać się na własne oczy, niż liczyć na wzmianki w podpisach do zdjęć. Stąd zrodził się pomysł, aby ruszyć w poszukiwaniu tego drzewa w Polsce.
Wyprawa z nutką przygody rodem z kina drogi
Pewnego piątkowego poranka zapakowałem do starego Land Rovera Discovery (tego samego, co słynie z kaprysów i nieprzewidywalnych usterek) aparat fotograficzny, zapas kanapek, butelkę kawy w termosie oraz obowiązkowo moją wierną psią duszę – Berdo. Plan zakładał: kierunek południe, bo w jednym z parków dendrologicznych niedaleko Poznania miał rosnąć egzemplarz Picea breweriana, jak fachowo nazywają go botaniczni zapaleńcy. Już od samego ranka czułem to przyjemne mrowienie, jakbym szykował się do kolejnego kinowego seansu – tyle że tu ja byłem reżyserem i głównym bohaterem zarazem.
Droga przebiegała dość spokojnie, co dla mojego Land Rovera jest niemal cudem. Przeważnie w połowie trasy coś zaczyna stukać i piszczeć, a ja wpadam w wir krótkiej przygody, zwanej „jak przeżyć z kapryśnym autem w trasie”. Tym razem jednak natura była łaskawa – słońce przyświecało z taką intensywnością, że nabrałem przekonania, iż dzisiejszy dzień będzie iście filmowy.
Pierwsze spotkanie: krótkie zachwyty i dłuższe opowieści
Dotarłem na miejsce około południa. Stanąłem przed niewielkim drewnianym szyldem z napisem „Park Dendrologiczny przy Zamku...”, co dodało całej scenerii iście baśniowego uroku. To, co zobaczyłem zaraz potem, przerosło moje oczekiwania. Kilkanaście różnych gatunków drzew egzotycznych rosło tu w harmonii, tworząc jakby kulisy teatralne do przedstawienia o naturze. A pośrodku tego wszystkiego – mój cel podróży, Świerk Brewera.
Wyobraź sobie niewysoki pagórek, na którym wznosi się drzewo wyglądające niczym aktor w długiej, zwiewnej szacie. Gałęzie sięgają niemal do ziemi, tworząc coś na kształt zasłony, a w środku – gdzieniegdzie przebłyskuje słońce. Czy to nie idealna sceneria do zdjęć? Właśnie to zobaczyłem, gdy tylko podszedłem bliżej, a w głowie już zaczęły mi się kłębić pomysły na kulturalną narrację.
Od recenzji przyrodniczej do reportażu z pasją
Postanowiłem, że Świerk Brewera stanie się bohaterem krótkiej opowieści – takiej z elementami recenzji, bo w końcu oceniam wrażenia, jakie ten gatunek wywołuje na oglądającym, relacji z miejsca, w którym się znajduje, oraz reportażu ukazującego, jak można połączyć poznawanie rzadkich gatunków z pasją do fotografii i wędrówek. Zrobiłem serię ujęć, próbując uchwycić subtelny taniec światła i cienia na zwisających gałązkach. W pewnym momencie Berdo, nieświadom całego zamieszania, wskoczył w kadr, nadając zdjęciom dodatkowego uroku. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że potrafi tak pozować!
Gdy oglądałem na wyświetlaczu aparatu efekty swojej spontanicznej sesji, pomyślałem, że właśnie tak narodzi się kolejny wpis do mojego bloga – i będzie on kolejnym dowodem, że kultura i przyroda nie muszą się wykluczać. Wręcz przeciwnie, potrafią się przenikać. W teatrze scenografię stanowią dekoracje, natomiast tutaj scenografią była sama natura: majestatyczna i pełna tajemnic. Gdyby ktoś zechciał urządzić w tym miejscu plenerowe przedstawienie, przygarnięty z Bieszczad Berdo mógłby biec przez zwisające gałęzie jak przez fosę opanowaną mgłą. A ja, niczym Indiana Jones, wykorzystywałbym tę roślinną kurtynę do snucia gawędy o dalekich wyprawach i nieoczywistych faktach.
Czego można się dowiedzieć o Świerku Brewera?
Poniżej krótka lista wiedzy, którą udało mi się zdobyć od lokalnego opiekuna parku (a w wolnych chwilach zapalonego dendrologa-hobbysty):
- Świerk Brewera pochodzi z zachodniej części Ameryki Północnej – głównie z terenów Oregonu. Jego środowiskiem naturalnym są górskie, wilgotne rejony, gdzie panuje klimat umiarkowany.
- Charakterystyczna „płacząca” forma gałęzi – gałęzie zwisają ku ziemi, co powoduje, że drzewo wygląda trochę jak postać okryta peleryną. Ten efekt szczególnie pięknie prezentuje się podczas mglistych poranków.
- Rzadko spotykany w Europie – zwykle można go zobaczyć w specjalistycznych ogrodach botanicznych, arboretach lub w kolekcjach dendrologicznych, gdzie stanowi unikatową atrakcję dla pasjonatów.
- Wytrzymałość i powolny wzrost – gatunek ten rośnie raczej wolno, ale jest dość odporny na mrozy i choroby, co czyni go dość długowiecznym. W sprzyjających warunkach potrafi osiągać imponującą wysokość.
- Inspirował artystów i projektantów ogrodów – jego nietypowy pokrój i nastrojowy wygląd bywa tłem w filmach przyrodniczych oraz elementem wielu artystycznych projektów krajobrazu.
Dłuższy akapit o tym, jak natura łączy się z kulturą
Zdarza mi się często powtarzać, że nie ma lepszego teatru niż natura – wystarczy przyjrzeć się, jak w promieniach słońca lub w strugach deszczu zmienia się wygląd lasów, górskich ścieżek czy choćby starego dębu przed domem. Jako podróżnik z krwi i kości nie mogę przejść obojętnie wobec tego spektaklu, jaki oferuje przyroda. Widziałem w życiu wiele zakątków: Bieszczady, gdzie przez kilka lat prowadziłem wycieczki, i miejsca rozsiane po całej Polsce. Zawsze jednak odkrycie kolejnego, nieznanego szerzej gatunku drzewa lub rzadko uczęszczanego szlaku sprawia, że serce zaczyna mi walić jak bębny w scenie kulminacyjnej dramatu.
W przypadku Świerka Brewera zachwyt wynika nie tylko z wyglądu, lecz także z całego kontekstu jego obecności w polskim krajobrazie. Jak to się dzieje, że drzewa tak dalekiego pochodzenia znajdują nowe domy w naszych parkach? To przecież również opowieść o wymianie kulturalnej – podobnie jak w kinie czy teatrze, gdzie motywy wędrują z jednego kontynentu na drugi, inspirując kolejne pokolenia twórców. Gdy rozmawiałem z opiekunem parku, mówił o swoich marzeniach, by to miejsce stało się centrum edukacyjnym, gdzie ludzie mogą zrozumieć różnorodność przyrodniczą i zobaczyć na żywo egzotyczne gatunki. Zupełnie jak w repertuarze światowej sztuki, gdzie obok klasyków polskich wystawia się dramaty Szekspira czy współczesne hity z Broadwayu.
W tym wszystkim nie zabrakło też miejsca na moje fotograficzne zachwyty. Świerk Brewera świetnie wypada przed obiektywem. Czasem kucam, by złapać szeroki kąt i pokazać gałęzie niemal muskające trawę. Innym razem staram się ustawić tak, aby słońce przebijało się przez zwisające pędy niczym reflektor w teatrze, podkreślając detale. Każde ujęcie stanowiło nie tyle „martwą” fotografię, co raczej kadry z reportażu ukazującego relację między drzewem a jego otoczeniem. Kto wie, może w przyszłości zrealizuję własną wystawę zdjęć pod wspólnym tytułem: „Drzewa świata w obiektywie Poznańczyka”?
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy czuje pasję do botaniki. Jednak wystarczy spojrzeć na takie okazy jak Świerk Brewera, by dać się przekonać, że nawet w tak pozornie niszowym temacie można odnaleźć emocje porównywalne z oglądaniem dobrego filmu. Bo tu chodzi o odkrywanie – i to odkrywanie uniwersalne. Nieważne, czy odkrywamy nową sztukę teatralną, nieznany zakątek geograficzny, czy egzotyczne drzewo. W każdym z tych przypadków czai się iskra, która może rozpalić w nas żar zainteresowania.
Kulturowe echa i poznańskie refleksje
Po powrocie do Poznania długo analizowałem w głowie tę wyprawę. Czułem się, jakbym obejrzał spektakl, w którym główną rolę zagrało drzewo. Świerk Brewera to przybysz z dalekich stron, wnoszący do naszego krajobrazu odrobinę inności. Być może to podobna inność, jaką wnosi w sztuce aktor, który przyjechał z innego kraju, niosąc swoje doświadczenia i swoją wrażliwość artystyczną. Ta analogia bardzo przypadła mi do gustu i utwierdziła w przekonaniu, że warto opisywać na blogu także takie niecodzienne doświadczenia, a nie tylko recenzje teatralne czy kinowe.
Przez wiele lat podróżowałem, na przykład w Bieszczadach, gdzie momentami czułem się jak pionier w dziewiczej dziczy. Ale i wokół Poznania można znaleźć miejsca, które dają zbliżone poczucie niezwykłości. Okazuje się, że nie trzeba wcale przejeżdżać setek kilometrów, by natknąć się na coś godnego uwagi. Dla mnie było to spotkanie ze Świerkiem Brewera, ale innym razem może to być krajobraz jeziora spowity w porannej mgle lub stary pałac z zupełnie zapomnianą historią.
Zauważyłem przy okazji, że część czytelników mojego bloga dopytuje, czemu tak chętnie piszę o roślinach czy zwierzętach, zamiast skupić się wyłącznie na wydarzeniach kulturalnych. Odpowiedź jest prosta: ja nie widzę między tymi sferami granicy. Gwara, której czasem używam, to przecież jeden z elementów mojego dziedzictwa, w którym odzwierciedla się też przyroda i historia regionu. Kiedy opowiadam o przyrodzie, to czuję się tak, jakbym kontynuował gawędę o ludzkich losach – tyle że bohaterami stają się drzewa i zwierzęta, reprezentujące wartości takie jak trwałość, siła czy spokój.
Podsumowanie: słowo dla tych, co cenią naturę i kulturę w równym stopniu
Ten wpis stanowi moje osobiste „dziękuję” dla wszystkich Świerków Brewera i innych „egzotycznych cudów”, które rosną gdzieś pośród naszych równin, pagórków i lasów. Dzięki nim mogę odkrywać świat na nowo, czuć dreszczyk przygody jak przy najlepszym filmie sensacyjnym lub przy spektaklu w najlepszym teatrze. Tym bardziej czuję, że czas odejść od wszechobecnych social mediów i przekazać te historie w formie dłuższego, bardziej refleksyjnego tekstu – właśnie tak, byście mogli poczuć tę atmosferę własnymi zmysłami i może sami zechcieli ruszyć w teren, by odkryć coś nieoczywistego.
Mam nadzieję, że ta relacja, recenzja i zarazem reportaż z mojej wyprawy do królestwa Świerka Brewera zaszczepi w Was myśl, że nawet pozornie zwyczajny wypad poza miasto może skończyć się wielkim zachwytem. Jak powiadam zawsze, przyroda potrafi nas zaskoczyć, a Berdo – wierny kompan z Bieszczad – najlepiej potwierdza, że nawet w miejskiej okolicy czy w pobliskim parku wciąż jest co wąchać, odkrywać i podziwiać.
Zachęcam też do eksperymentowania – róbcie zdjęcia, szukajcie niecodziennych kadrów, a potem dzielcie się nimi ze światem w sposób, który nie wymaga scrollowania całe dnie przez platformy społecznościowe. Piszcie blogi, opowiadajcie znajomym, odwiedzajcie teatry i kina, a przy okazji nie bójcie się zabrudzić butów w plenerze. Barnaba, Barni Brodaty, Poznańczyk i pasjonat odkrywania, kłania się nisko i liczy, że jeszcze nie raz spotkamy się na szlaku, w parku dendrologicznym czy w kuluarach teatralnych, by wspólnie delektować się tym, co świat – i natura – mają nam najlepszego do zaoferowania.
