
Gastropod – bieszczadzki ślimak
Krótka przerwa między kolejnymi wyjazdami potrafi zdziałać cuda, tej. Nie trzeba od razu rzucać wszystkiego i lecieć do odległej Azji czy na krańce Ameryki Południowej. Wystarczy drobne „kliknięcie” w sercu, cichutkie „cichosza” w głowie i człowiek już wie, że musi gdzieś jechać. Choćby na jeden dzień. I taka jedna doba potrafi stać się równie fascynująca jak wyścig z czasu i przestrzeni w stylu Indiany Jonesa. Chyba że, jak to mawiam, spoglądanie na mapę wywołuje w nas przyjemne mrowienie i przypomina, że jeszcze tyle dróg jest do odkrycia.
A jednak – wbrew temu, co się może wydawać – takie jednodniowe eskapady z Poznania odkrywają przed nami ocean możliwości. Wiecie, biorę czasem mojego czterokołowego weterana, Land Rovera Discovery, zabieram mojego psiego towarzysza (tego samego, którego kiedyś przygarnąłem w Bieszczadach) i ruszam na łowy. Zdecydowanie nie poluję na zwierzynę! Raczej na widoki, ślady historii czy małe perełki natury.
Kiedy tylko mogę, przemycam tę pasję w moich pogawędkach o sztuce, szczególnie tej teatralnej czy filmowej. A to dlatego, że teatr i kino niesamowicie mnie wciągają. Kocham, gdy sceny pełne są napięcia, a kurtyna symbolicznie opada, by zaraz wnieść nas w zupełnie inną rzeczywistość. Ba, nie ma nic lepszego niż popołudnie w Teatrze Nowym w Poznaniu czy sobotni wypad do kina Muza – takie drobiazgi kultury stają się prawdziwą ucztą dla oka, ducha i umysłu. Ci, co mnie znają, wiedzą, że potrafię długo rozprawiać o filmach i sztukach teatralnych, ale tym razem chcę Was zabrać w świat moich niesamowitych obserwacji i przygód – nieco teatralnych, nieco filmowych, a wszystko doprawione bieszczadzką atmosferą i poznańską gwarą.
Tu w Poznaniu, czasem mówi się do kogoś z życzliwym przekąsem: „Tyś jest ślimak, co się nie śpieszy”. A ja Wam mówię: ślimak potrafi być intrygujący. Nie tylko ten dosłowny, gastropod, ale też człowiek-ślimak, co potrafi przypiąć plecak i ruszyć „na szagę” – tak, by odkrywać zakamarki pobliskich lasów, jezior i miasteczek. Wychowałem się z plecakiem na plecach, tak mówiąc wprost. Turystyka jest moim chlebem powszednim, od dzieciństwa. Przesiąkłem nią tak głęboko, że nawet najprostszy spacer po Cytadeli w Poznaniu staje się dla mnie czystą egzotyką. Gdzie inni widzą tylko kolejny park, ja dostrzegam potencjał mini-ekspedycji. Wystarczy, że biorę mojego psa – który, nomen omen, nazywa się Otryt (tak, od bieszczadzkiego schroniska), zapinamy się w Landku i jedziemy, gdzie oczy poniosą.
Wspomniałem o Bieszczadach, bo te góry mają w sobie coś z czystej magii. Każda przełęcz zdaje się przywoływać historię dawnych wędrówek i szeptów wiatru. Pracowałem tam kilkanaście lat temu, prowadząc wycieczki dla wszystkich zapaleńców, co kochają bieszczadzką dzikość i śpiew wilków o poranku. Kto był w Bieszczadach, ten wie, że stary dowcip o wymeldowywaniu się z życia jest tam prawie realny. Nie ma nic bardziej przyciągającego od tej surowej ciszy i jednocześnie potężnych przestrzeni. Można się poczuć jak Indiana Jones, co przez chwilę łapie swój „moment oddechu”, zanim wpadnie w wir kolejnych przygód. A jednak, w tym oddechu, można znaleźć prawdziwe cuda: niesamowite rośliny i zwierzaki, w tym ślimaki, które niby niepozorne, a kryją w sobie zadziwiające cechy. Ten cały mój zachwyt, ten cały „gastropod” – to taki symbol powolnego odkrywania świata i delektowania się nim, kawałek po kawałku.
Zacznijmy zatem historię od początku, krótkimi kadrami, jak w filmie, zanim przejdziemy do długich ujęć pełnych akcji i emocji. Obraz pierwszy: nastolatek Barnaba Brodaty, w starych butach turystycznych, z plecakiem niemal większym od niego samego, przemierza beskidzkie szlaki i schodzi w Bieszczady. Obraz drugi: ten sam Barnaba (jeszcze bez pełnej brody, co prawda), rozbijający namiot i śmiejący się z przelewającej się wody przez nieszczelny tropik. Obraz trzeci: Barnaba już pełnoletni, podejmujący pierwszą pracę przy oprowadzaniu grup w Bieszczadach. Właśnie wtedy trafia mu się czworonożny, kudłaty kompan. Obraz czwarty: samochód – Land Rover Discovery, rocznik dość stary, aczkolwiek jary, kupiony po okazyjnej cenie, bo poprzedni właściciel odrobinę go zaniedbał i stwierdził, że już nie chce się bawić w mechanika. A ja, mając smykałkę do praktycznych rozwiązań, postanowiłem dać temu autu drugie życie. Obraz piąty: Barnaba Brodaty (już z porządnym zarostem, niczym wiking) pakuje walizę w jeden z piątków, wsiada do Landka, zapina psa i rusza przed siebie.
Te wszystkie kadry prowadzą do sceny, kiedy siedzę przy ognisku, w Bieszczadach, w styczniu któregoś roku – i obserwuję ślimaki, a właściwie ślimacze skorupy na wilgotnych kamieniach. Czuję, jak to wszystko idealnie pasuje do mojej historii. Bo ja też się często czuję jak ten ślimak, co dźwiga swój dobytek na plecach, spokojnie przemierza świat, nie pędzi (przynajmniej nie zawsze) i wybiera drogi nieoczywiste. To był pewien punkt zapalny, by zacząć w ogóle pisać. Może to właśnie wtedy w mojej głowie narodziła się myśl, że social media nie zastąpią mi tych prawdziwych wrażeń, jakie daje kontakt z ludźmi i z przyrodą. Postanowiłem więc budować mojego bloga, takiego wirtualnego schroniska, gdzie zamiast szybkich lajków, ktoś zatrzyma się na dłużej, poczyta, pomyśli i może sam zaplanuje swoją podróż.
A skoro o planach mowa, to teraz, jako stary Poznańczyk, przewijam w głowie setki wariantów krótkich wypadów z mojego miasta. Nie trzeba daleko jechać, żeby poczuć się jak w zupełnie innej krainie. Na przykład taka Puszczykowo – raptem kilkanaście kilometrów od centrum, a jest tam Muzeum Arkadego Fiedlera z kopiami słynnych statków i samolotów, jest tam sporo przytulnych dróżek wzdłuż Warty, a jeszcze bardziej fascynujące są tamtejsze lasy. Mówi się, że można w ciągu jednego dnia objechać rowerem najciekawsze części Wielkopolskiego Parku Narodowego, a wieczorem wrócić do Poznania i skoczyć do teatru na premierę. To jest właśnie ten poznański styl – niby jesteśmy miastem biznesu, targów i marketingu (w końcu sam działam w branży online, co pozwala mi czasem pracować zdalnie), ale kiedy już trzeba się oderwać, to wystarczy przeskoczyć Wartę i człowiek ląduje w zupełnie innym ekosystemie.
Czy jestem wielkim fanem tak zwanych „jednodniówek”? Pewnie, że tak! One są jak małe akty w spektaklu. Najpierw jest przygotowanie i pewna ekscytacja (czyli planowanie, pakowanie kosza piknikowego, kupno biletów do kina na wieczór – bo przecież chcę dzień wykorzystać maksymalnie). Potem jest sam akt drugi – podróż, obserwowanie widoków i testowanie własnej cierpliwości (coś jak w każdym dobrym filmie drogi). Wreszcie akt trzeci – dotarcie do celu, odkrywanie uroków miejsca, czasami pomoc lokalsom w drobnych pracach czy wspólne ognisko, jeśli akurat trafiamy do znajomych. A potem zaś, niczym epilog, powrót do domu, często zakończony w sali kinowej, gdzie mogę rozkoszować się filmem z gatunku ambitniejszych albo docenić sztukę w jednym z poznańskich teatrów.
Mam też taką teorię, że kiedy odcinamy się od social mediów, nasze zmysły wyostrzają się na kulturę wokół nas. Filmy stają się bardziej wyraźne, spektakle teatralne nie są tylko „rozrywką”, lecz angażują każdy fragment umysłu. Czasem wychodzę z kina i jeszcze przez tydzień potrafię nosić w sobie emocje z ostatniej sceny. Albo wychodzę z Teatru Polskiego i zachodzę w głowę, jak reżyser tak kapitalnie zaplanował układ scen. Ten głód sztuki, to ciągłe poszukiwanie znaczeń, barw i dźwięków – tego się nie da zaspokoić po pięciu sekundach scrollowania w telefonie. Dlatego mój blog to też przestrzeń, w której staram się pisać o tym, co zobaczyłem, co mnie zaskoczyło i w jaki sposób łączy się to z moimi podróżami.
A, właśnie – podróże i fotografia. Od lat bawię się aparatem, zaczynałem od starej lustrzanki analogowej. Później poszły w ruch aparaty cyfrowe, a dziś często wystarcza mi porządny sprzęt w smartfonie. Ale przyznam się Wam do czegoś – najbardziej kocham moment, gdy udaje mi się złapać to przejściowe światło, na przykład tuż po zachodzie słońca, kiedy niebo przybiera głęboki granat i czuć na skórze oddech chłodu. W Bieszczadach takie chwile mają w sobie coś z mistycyzmu. Ilekroć wracam myślą do tamtych widoków, do mgły rozpościerającej się nad połoninami, mam wrażenie, że w tym wszystkim kluczy gdzieś cichy, niepozorny ślimak. Może to tylko moja wyobraźnia, a może te Bieszczady naprawdę są wylęgarnią niesamowitych, ukrytych istotek?
Dlaczego akurat ślimak, zapytacie? Ano, spędziłem pewnej wiosny sporo czasu w jednej wsi, daleko za Wetliną. Dookoła łąki, lasy, stare drewniane chaty. Zajmowałem się wtedy tworzeniem materiałów promocyjnych dla lokalnego biura turystycznego (tak, łączenie marketingu z pasją to moja specjalność). W wolnych chwilach brałem Otryta, ruszaliśmy przed siebie, oglądaliśmy zdewastowane cerkwie i poznawaliśmy niesamowite historie wysiedlonych mieszkańców sprzed lat. I właśnie tam, w tej wsi, odkryłem, że jest gatunek ślimaka, który ponoć występuje tylko w kilku punktach Bieszczad. Żyje w wilgotnych zaroślach, jest niepozorny, ale ma wyjątkowo barwną muszlę. Ktoś w okolicy mówił na niego „bieszczadzki ślimak”, choć biologowie pewnie mieliby na ten temat wiele uwag. Ja jednak wolałem tę ludową nazwę, bo pasowała do klimatu. Zacząłem więc nazywać go Gastropodem, jak superbohatera w skorupie – i tak się narodziła moja fascynacja tymi stworzeniami, symbolicznie oddającymi wolno snującą się bieszczadzką przygodę.
Z czasem, kiedy wróciłem do Poznania, zacząłem wplatać w moją codzienność różne zwyczaje bieszczadzkie. Na przykład, zawsze rano staram się wyjść na dłuższy spacer z psem, choćby nie wiem, jak zabiegany był mój dzień. Często wybieramy się nad Maltę, gdzie trasa wokół jeziora w chłodny poranek potrafi działać lepiej niż kawa. A potem, gdy załatwię już kilka spraw w mojej działalności (bo przecież marketing online nie zna litości, terminy nie znikają), wskakujemy do samochodu i testujemy kolejną „jednodniówkę”. Nieraz to jest Szreniawa, nieraz Kórnik i jego malowniczy zamek, a bywa, że jedziemy jeszcze dalej, w kierunku Doliny Cybiny czy Lednicy. Każda z tych miejscówek ma w sobie coś niepowtarzalnego, zwłaszcza jeśli wyłapiemy moment, gdy turystów jest mniej i można delektować się ciszą.
Skąd w tym wszystkim teatr i kino? Ano, bo po powrocie z takiego mikrowypadu, często czuję, że dusza mi się dopomina o poszerzenie horyzontów w innym wymiarze. Ot, człowiek nasycił się naturą, teraz czas na sztukę. W Poznaniu na szczęście wybór mamy szeroki. Lubuję się w spektaklach nieoczywistych, takich, co to wywołują dyskusje po wyjściu z widowni. Podobnie z kinem – nie zawsze mam ochotę na wysokobudżetowe hity z Hollywood, więc Kino Muza czy Rialto stają się moim sprzymierzeńcem w szukaniu dzieł niszowych. Nieraz zdarzy mi się iść na film, o którym nikt ze znajomych nie słyszał, ale potem wychodzę zachwycony, bo odnalazłem tam cząstkę moich podróżniczych rozważań. Film potrafi być tak samo niespieszny jak spacer w lesie, czasem pełen długich ujęć i milczenia. I wiecie, co jest najciekawsze? Że ten rodzaj sztuki – czy to teatralnej, czy filmowej – jest niczym powrót do Bieszczad i obserwowanie tamtejszych ślimaków. Nieśpiesznie, uważnie, w rytmie, który sam w sobie staje się opowieścią.
Zauważyłem też, że coraz częściej ludzie pytają mnie, jak to jest „uciekać” od social mediów. No cóż, jeszcze do niedawna byłem aktywny na wielu platformach, w końcu marketing to moja branża, a tam zawsze coś się dzieje. Ale zrozumiałem, że ten natłok informacji zaczął mnie męczyć. Nie mogłem w pełni cieszyć się lasem, gdy w kieszeni wibrują powiadomienia. I kiedy zacząłem ograniczać ten napływ bodźców, odkryłem, jak wiele rzeczy mi umykało. Dziś wolę spisać moją relację z podróży tutaj, na blogu, gdzie mogę się rozgadać do woli i nie muszę streszczać życia w 280 znakach.
Z jednej strony, pewnie stracę masę obserwujących i „zasięgi” (jak to się modnie mówi), ale z drugiej – stawiam na jakość. Na spokojną, długą opowieść, którą może ktoś przeczyta przy kubku herbaty wieczorem. Albo wróci do niej po tygodniu, by jeszcze raz poczuć klimat Bieszczad czy poznańskich zaułków. Oczywiście, kocham też dzielić się zdjęciami – uważam, że dobra fotografia potrafi oddać to, czego nie opisze żadne słowo. Nawet i najbardziej kwieciste. W moim przypadku jest to raczej dokumentacja chwili, zapisanego światła i emocji towarzyszących mi oraz Otrytowi w trakcie podróży.
W Bieszczadach nauczyłem się jednej ważnej zasady: nie oceniaj książki po okładce. Często najmniejsze, najbardziej ukryte miejsca okazują się najciekawsze. Ludzie tam mają w sobie tyle gościnności i ciepła, że w pierwszym momencie nie ogarniasz, dlaczego w wielkim mieście potrafimy być tak zamknięci. W teatrze podobnie – spektakle w małych offowych scenach potrafią wstrząsnąć do głębi i zmusić do refleksji bardziej niż komercyjne przedstawienia ze znanymi aktorami. A film? Ileż to razy słyszałem: „Nie idę na polskie kino, bo mnie nudzi”. A potem okazuje się, że jest tyle rewelacyjnych produkcji, które potrafią wgryźć się w duszę i nie opuszczać przez długie tygodnie. Tylko trzeba się otworzyć na to doświadczenie, a czasem wykazać cierpliwością, by – jak ślimak – powoli smakować historie, kadry, dialogi.
No właśnie: smakowanie. Jedzenie w plenerze to też moja odwieczna miłość. Nie wszyscy doceniają prostotę kanapki z ogniska (na patyku, owiniętej folią aluminiową, ztopiony ser w środku, do tego pomidor i może troszkę cebulki). Dla mnie to rarytas. Ani się to równa z „ekskluzywnymi” restauracjami, ani z barem szybkiej obsługi. Ot, najprostszy posiłek w otoczeniu natury. Coś, co przypomina mi, że człowiek jest tylko gościem na tej planecie i warto ją podziwiać z pokorą. W Bieszczadach, tak samo jak na obrzeżach Poznania, takie chwile pachną wolnością. Tego smaku nie kupisz w żadnym fast-foodzie.
A gdy wracam, moim rytuałem stało się zatrzymanie na krótką chwilę, by przewietrzyć myśli i spojrzeć na migoczące światła miasta. Pojawiają się wspomnienia z dawnych lat, gdy niemal biegałem z jednego zakątka internetu do drugiego, szukając inspiracji i lajków. Dziś inspiruje mnie cisza. To w niej odnajduję najlepsze pomysły, również te marketingowe. Kiedyś myślałem, że aby być skutecznym w e-biznesie, muszę stale być online, stale klikać, stale monitorować wyniki. Teraz wiem, że przerwa, wyłączenie powiadomień i wypad do lasu czy w góry jest tym, co naprawdę daje energię. Patrzę na tę moją drogę i uśmiecham się pod wąsem (w przenośni i dosłownie, bo broda rośnie równo ze mną).
Często w moich relacjach, które tu publikuję, padają pytania o najbardziej niezwykłą przygodę, jaką przeżyłem. Mógłbym opowiedzieć o nocy w namiocie, kiedy to burza zerwała tropik i zalewało nas deszczem, a rano słońce wyłoniło się spoza chmur i było najcudowniejszą nagrodą za trud. Mógłbym wspomnieć o tym, jak utknąłem Landkiem w bieszczadzkim błocie i tylko pomoc grupy harcerzy uratowała mnie przed koniecznością nocowania w aucie. Ale najchętniej powiem Wam, że największą przygodą jest samo bycie w drodze. Ten moment, gdy zaczynam czuć, że wyrwałem się ze schematów i mogę spojrzeć na świat tak, jak w dzieciństwie – z radością odkrywania. Czasem w drodze towarzyszy mi muzyka, przeróżna, od ballad folkowych po rockowe klasyki. Innym razem wolę totalną ciszę, bo wtedy słyszę głos własnych myśli i psa posapującego gdzieś z tyłu.
Ktoś też zapytał, czemu lubię określać siebie „Poznańczyk z Bieszczad”. To proste – w moim sercu jest to połączenie wielkomiejskiej zaradności i bieszczadzkiej swobody. Z jednej strony, potrafię wyszukać najlepszą okazję czy dogadać temat biznesowy, bo w Poznaniu wszyscy mamy w genach tę smykałkę do „liczenia bejmów”. Z drugiej strony, kiedy tylko jestem w górach czy lasach, zrzucam z siebie ciężar pośpiechu i staję się zwykłym wędrowcem, chłonącym przestrzeń wokół. Ta równowaga daje mi napęd, a jednocześnie pozwala pielęgnować w sobie miłość do kultury – czy to bieszczadzkiej, czy poznańskiej. Mogę równie entuzjastycznie opowiedzieć o Teatrze Wielkim w Poznaniu, jak i o wieczornym śpiewaniu przy ognisku w Lutowiskach.
Kiedy tak siedzę nad tym tekstem, czuję, jakbym zaprosił Was do oglądania filmu, w którym głównym bohaterem jest zwykły, pospolity ślimak – Gastropod. I widzicie, w tej metaforze każdy z nas jest takim ślimakiem w swojej podróży. Niesiemy na plecach bagaż doświadczeń, czasem ciężar obowiązków, niekiedy gorycz porażek. A jednak, idziemy dalej, krok za krokiem, pozostawiając niewidoczne ślady naszej obecności. W tym wszystkim każdy nasz „kadłubek” (jak to w gwarze czasem powiemy na niewielkie coś) jest cenny, bo jest unikatowy. Moim pragnieniem jest, by ten blog był miejscem, gdzie można się na chwilę zatrzymać i pomyśleć o tym, co nas pcha do przodu, co nas fascynuje, a co nudzi. I być może dać się zainspirować do wyłączenia telefonu i wyruszenia w teren.
Czy to oznacza, że chcę porzucić technologię? No nie, przecież wciąż pracuję w marketingu online, wciąż zmagam się z klawiaturą i ekranem. Ale wiem, że w tym balansie tkwi klucz. Skoro mogę przez kilka dni być offline i tylko pisać w notesie o moich obserwacjach, a potem wrócić do sieci, by to wszystko opublikować – to czemu nie? Wierzę, że w tym tkwi wartość autentyczności, takiej jak u podróżnika, co wylewa pot na szlaku, zamiast oglądać go na zdjęciach w mediach społecznościowych.
Zdaję sobie sprawę, że moje podejście może być trudne do zrozumienia dla pokolenia, które urodziło się ze smartfonem w dłoni. Jednak liczę, że niezależnie od wieku, każdy może doświadczyć radości płynącej z prostego, namacalnego obcowania z przyrodą. Wystarczy wyjść z domu, wsiąść na rower, pójść do parku, a potem sięgnąć po książkę, zamiast non stop przeglądać facebookowe czy instagramowe nowości. Oczywiście, nie demonizuję tych platform – one także mają swój urok i potrafią być świetnym kanałem komunikacji, lecz nie powinny być jedyną formą przeżywania świata.
Jak widzicie, w moich opowieściach nie brakuje Poznania, Bieszczad, psów, Land Rovera, teatru, kina i… ślimaków. Ta mieszanka może wydawać się chaotyczna, ale w rzeczywistości wszystko łączy pasja do odkrywania i pielęgnowanie w sobie ciekawości. Ostatecznie, czy to spektakl w Teatrze Nowym, czy spacer po bieszczadzkiej połoninie – oba wydarzenia mogą być źródłem głębokich przeżyć, jeśli tylko pozwolimy sobie na skupienie i otwartość. Co więcej, taka swoista „teatralność” przyda się nawet w codziennych sytuacjach. Zamiast stać się biernym widzem, warto od czasu do czasu wcielić się w rolę reżysera własnego życia. Zaplanować scenariusz, poprowadzić bohaterów (w tym siebie) przez kolejne wydarzenia, a na koniec zgarnąć aplauz w postaci satysfakcji z dobrze przeżytego dnia.
Na tym właśnie polegał mój plan, kiedy zaczynałem powolne odcinanie się od social mediów. Zamiast być statystą w wirtualnym zgiełku, chciałem wrócić do roli głównej w moim realnym świecie. I tak właśnie się stało. Każdy kolejny wyjazd, każda kolejna podróż – nawet ta najkrótsza – umacnia mnie w przekonaniu, że świat jest cudowny, a życie zbyt krótkie, by spędzić je wyłącznie na siedzeniu przed ekranem. Dlatego tworzę długie opowieści, raporty z podróży, pełne refleksji i czasem przemycanych smaczków kulturowych. Czuję się wtedy jak Indiany Jones, który odkrywa zapomnianą świątynię, tyle że zamiast grobowca mam przed sobą np. ruiny starego kościółka w wielkopolskiej wsi, a zamiast biczyska i kapelusza – mam plecak, kurtkę przeciwdeszczową i psa, gotowego na przygodę.
Mam nadzieję, że ten długi wywód – taka teatralno-filmowa relacja z mojego życia i spojrzenia na świat – będzie dla Was czymś więcej niż tylko kolejnym wpisem w internetowym gąszczu. Być może pobudzi Waszą wyobraźnię, a może skłoni do pytania, kiedy ostatni raz pozwoliliście sobie na porządny spacer bez smartfona w dłoni. A jeśli ciekawią Was najnowsze spektakle, które warto zobaczyć w Poznaniu, chętnie się tym podzielę w kolejnych odsłonach. Jeśli marzą się Wam Bieszczady, które niby są odległe od Wielkopolski, ale da się do nich dotrzeć kilkoma drogami i to w całkiem przyzwoitym czasie, też o tym wspomnę niebawem. W końcu to właśnie te dwie przestrzenie – miejska i górska – kształtują moją tożsamość i pasję.
Gdzieś pomiędzy nimi tkwi ślimak, który wędruje powoli, ale niezmordowanie, ucząc mnie cierpliwości i uważności. Może właśnie dlatego nazwałem go Gastropodem, bo brzmi to dostojnie i trochę tajemniczo, jakby za chwilę miał startować w kolejnej części mojej przygodowej opowieści. Możecie się śmiać, ale przysięgam Wam: gdy w środku nocy w bieszczadzkim schronisku słuchałem wycia wilków, mogłem przysiąc, że gdzieś w trawie usłyszałem cichutkie skrobanie muszli o kamień. I wtedy pomyślałem: „No tak, Gastropod też ma swoje ścieżki”. To było takie uświadomienie, że nawet najmniejsi mieszkańcy tego świata potrafią mieć odwagę pójść dalej, nie bacząc na przeszkody i własne ograniczenia.
Tym właśnie staram się kierować w życiu. Może to nie jest filozofia rodem z wielkich podręczników, ale w praktyce sprawdza się wyśmienicie. Ludzie czasem pytają: „Barni, ale dlaczego tak cię cieszy kolejny wypad do lasu, skoro już tyle w życiu widziałeś?”. A ja odpowiadam: „Każda droga jest inna, każdy dzień ma swoje światło, swój zapach i klimat. A ja chcę tego doświadczać, bo w tym jest prawda i w tym jest pasja”. Moje pragnienie, by nadal dzielić się tymi wrażeniami, być może kiedyś przygasa, ale na razie płonie pełnym ogniem. I tak, jestem gotów na kolejną przygodę, kolejny spektakl w plenerze lub na deski poznańskiego teatru.
Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do dalszych wędrówek po kartach tego bloga. Mam nadzieję, że z każdego kolejnego tekstu wyłoni się kawałek świata, który i Was zaciekawi. A jeśli poczujecie, że macie dość online’owej gonitwy, to pamiętajcie – wystarczy wyłączyć telefon, wziąć głęboki wdech i spojrzeć na najbliższe otoczenie z perspektywy ślimaka. Gastropod pomoże Wam zwolnić i docenić proste cuda życia. Trzymam za Was kciuki, gdziekolwiek jesteście – w Poznaniu, w Bieszczadach czy na drugim końcu świata.
A może kiedyś spotkamy się w połowie drogi? Ja będę tym facetem z brodą, psem u boku i landkowym gratem, z którego dachem wiecznie są problemy. Może akurat będzie to poranek pachnący wilgotnym mchem i mgłą zawieszoną w powietrzu, a my porozmawiamy o ostatniej obejrzanej sztuce teatralnej albo filmie, który wstrząsnął naszym myśleniem. Połączymy wtedy kulturę i naturę, w pozornie banalnej sytuacji, gdzieś między trzaskiem gałęzi a dzikością przestrzeni. I może wtedy zrozumiemy, że najpiękniejsze scenariusze pisze sama codzienność, jeśli tylko chcemy je odczytać.
Trzymajcie się ciepło, do kolejnego wpisu. Pamiętajcie: natura i sztuka to najlepsze remedium na zgiełk cywilizacji. Cieszmy się nimi, póki czas. A jeżeli kiedyś, w ciszy bieszczadzkiego świtu, usłyszycie cichutkie skrobanie w trawie – pomyślcie o Gastropodzie. Może on właśnie o Waszej przygodzie pisze swój własny, ślimaczy reportaż?
