
AC75 – Ja w Krainie Ostatnich Płomieni. Milczące straże i dogasające nadzieje.
Stoję tu, w Muzeum w Zamku w Sanoku, i patrzę na ten obraz Beksińskiego "AC75". I, kurczę, czuję, jakbym wszedł do jakiegoś zapomnianego rytuału, gdzie czas zatrzymał się w melancholijnym oddechu. To nie jest po prostu płótno, to wizja świata, który powoli, ale nieubłaganie, dogasa.
Widzę te monumentalne, kamienne słupy, które wyłaniają się z mglistej, szaro-brązowej pustki. Są ich dziesiątki, a może setki, rozciągające się aż po horyzont. Każdy z nich wygląda jak pradawny nagrobek, albo relikt jakiejś potężnej, zaginionej cywilizacji. A na niektórych z nich, maleńkie, tlące się ogniska. To te płomyki, te ostatnie iskierki życia, które próbują przebić się przez wszechogarniający mrok.
Jestem tam, na pierwszym planie, na jednym z tych kamiennych postumentów. Patrzę na te płomienie, a jednocześnie czuję na sobie ciężar tej monumentalnej ciszy. Czuję ten chłód, to poczucie osamotnienia w obliczu czegoś ogromnego i niezrozumiałego. Te płomyki są jak ja – małe, ale uparcie trwające w obliczu beznadziei.
Kolory? Królują tu szarości, brązy, stłumione żółcie i pomarańcze, które emanują melancholią i poczuciem końca. To wszystko tworzy atmosferę, która jest jednocześnie przytłaczająca i hipnotyzująca. Ten mglisty, niewyraźny horyzont tylko potęguje wrażenie, że to miejsce rozciąga się w nieskończoność, w krainę, gdzie czas się zatrzymał.
Technika? Niesamowita. Beksiński potrafił genialnie oddać fakturę kamienia, delikatność dymu i pulsujące światło ognia. Każdy detal jest dopracowany, a jednocześnie cała kompozycja sprawia wrażenie ulotności i tajemnicy.
To obraz Beksińskiego i dlatego wiem, że nie ma tu miejsca na proste rozwiązania ani wesołe zakończenia. Ale stojąc tu, w Muzeum w Zamku w Sanoku, przed tym gigantycznym płótnem, czuję, że ta wizja, choć przejmująca, jest niesamowicie prawdziwa. To przypomnienie o cyklach życia i śmierci, o tym, że nawet w dogasającym świecie, iskierka nadziei wciąż może się tlić.
