barnibrodaty

 

 

Zdzislaw Beksiński 1996 YĄ
Byłem tu wcześniej, tylko tego nie pamiętam.

 

Byłem tu wcześniej

Są obrazy, które się ogląda. Są też takie, przy których po pewnym czasie człowiek orientuje się, że właściwie już ich nie ogląda. Patrzy gdzieś przez nie.
To było właśnie takie doświadczenie.
Najpierw zobaczyłem materię. Szarość, błękit, rdzawy brąz. Mnóstwo krótkich śladów, zadrapań, linii. Coś pomiędzy ziemią, tkanką, kamieniem i korozją. Nie bardzo wiadomo, czego szukać, więc oko robi to, co zawsze — próbuje znaleźć w chaosie coś znajomego.
I znajduje.
Człowieka.
A potem następnego.
I wtedy zaczyna się problem, bo kiedy już raz dostrzeże się postać, nie sposób wrócić do wcześniejszego obrazu.
To trochę jak z patrzeniem na krajobraz.
Można przejechać przez las i zobaczyć las. Można przejść przez polanę i zobaczyć polanę. Można minąć kilka kamieni, zagłębienie w ziemi, stare drzewo owocowe i nawet przez chwilę nie pomyśleć, że właśnie przeszło się przez środek czyjegoś świata.
Dopóki ktoś nie powie:
tutaj stał dom.
Od tej chwili las już nigdy nie będzie tylko lasem.

Oko trzeba nauczyć patrzeć

Najdziwniejsze jest to, że rzeczy nie pojawiają się wtedy w przestrzeni. One przecież były tam przez cały czas.
Zmienia się obserwator.
Patrzę więc dalej.
W górnej części zaczynam dostrzegać kolejne ludzkie figury. Początkowo wydają się szczątkami. Jakby człowiek został wymieszany z materią obrazu i właśnie znikał. Kość zaczyna przypominać kamień. Skóra ziemię. Rdza krew. Granica pomiędzy ciałem a otoczeniem przestaje być oczywista.
Można zatrzymać się właśnie tutaj.
Śmierć. Rozkład. Pamięć. Zacieranie.
Człowiek był, człowieka nie ma, a świat spokojnie wykonuje swoją robotę.
Znam ten mechanizm bardzo dobrze.
Przyroda nie jest archiwistą. Las nie stawia tabliczek informujących, że pod korzeniami drzew znajduje się czyjaś podmurówka. Trawa nie omija cmentarza tylko dlatego, że dla człowieka jest on miejscem szczególnym. Ziemia nie ma obowiązku zachowywać naszych historii w czytelnej formie.
To my próbujemy je z niej wydobywać.
Ale po chwili dostrzegam coś jeszcze.
Te postacie nie leżą obok siebie.
One są jakby ustawione równolegle. Jedna za drugą. Nachodzą na siebie. Prześwitują przez siebie.
I nagle cały sens przestrzeni się zmienia.

A jeśli to nie jest kilka osób?

Może patrzę cały czas na jedną.
Nie na jedno ciało.
Na jedną obecność.
Postacie przypominają kolejne klatki filmu nałożone na siebie bez zachowania odstępu. Jedna forma jeszcze nie zdążyła zniknąć, kiedy pojawia się następna. Nie można precyzyjnie wskazać miejsca, w którym kończy się jedno istnienie, a rozpoczyna kolejne.
I wtedy zamiast śmierci pojawia się zupełnie inne słowo:
wędrówka.
Reinkarnacja.
Nie wiem nawet, w którą stronę powinienem czytać tę przestrzeń.
Od lewej do prawej?
Wtedy coś niewyraźnego stopniowo nabiera ludzkiej formy.
Od prawej do lewej?
Człowiek traci swoją cielesność, rozpada się i wraca do materii.
A może właśnie popełniam błąd, próbując znaleźć początek i koniec.
Bo jeżeli jest to wędrówka, być może nie istnieje uprzywilejowany kierunek.
Narodziny. Życie. Śmierć. Rozpad. Narodziny.
Kółko nie ma pierwszego centymetra.

Najbardziej interesuje mnie to, czego nie widać

W pewnym momencie przestaję więc liczyć postacie.
Zaczynam patrzeć na przestrzeń pomiędzy nimi.
To tam dzieje się rzecz najciekawsza.
Nie ma ostrej granicy.
Nie istnieje kreska mówiąca: tutaj kończy się człowiek numer jeden, a zaczyna człowiek numer dwa.
Jeden pozostaje w drugim.
I chyba właśnie wtedy doświadczenie patrzenia przestaje dotyczyć obrazu.
Bo przecież dokładnie tak samo czytamy świat.
Lubimy myśleć o czasie jak o porządnej osi.
Było.
Jest.
Będzie.
Tymczasem wystarczy wejść w odpowiednie miejsce, żeby ten porządek zaczął się sypać.
Stoję w teraźniejszości, ale pode mną znajduje się przeszłość. Droga biegnie po wcześniejszej drodze. Las rośnie na polu. Pole powstało w miejscu lasu. Dom stoi na fundamentach innego domu. Człowiek opowiada historię usłyszaną od człowieka, którego już nie ma.
Nic nie zaczyna się naprawdę od zera.
Teraźniejszość nie zastępuje przeszłości. Teraźniejszość zostaje na niej namalowana.
Jedna warstwa na drugiej.
Dokładnie jak te postacie.

Jest jeszcze pustka

Dolna część pozostaje niemal czysta.
Po całym tym tłoku materii, ciał, śladów, ruchu i faktury pojawia się przestrzeń prawie pozbawiona informacji.
Przez nią schodzi tylko pionowa linia.
Za pierwszym razem można uznać ją za element konstrukcyjny. Słup. Pień. Podporę.
Ale po dłuższym patrzeniu zaczyna działać jak oś łącząca dwa porządki.
U góry wszystko ma ciało.
Na dole prawie nic go nie ma.
I przez jedno oraz drugie przechodzi coś ciągłego.
Nie wiem, czy nazwałbym to duszą. Nie wiem nawet, czy potrzebuję do tego religii. Bardziej interesująca jest sama możliwość, że forma jest chwilowa, a ciągłość znajduje się gdzie indziej.
Ciała się zmieniają.
Twarze znikają.
Imiona przestają cokolwiek znaczyć.
Materia zostaje przemielona i wykorzystana ponownie.
A jednak patrząc na te nachodzące na siebie figury, trudno pozbyć się wrażenia, że coś przechodzi dalej.

I właśnie dlatego lubię patrzeć długo

Nie chodzi nawet o to, żeby znaleźć właściwą interpretację.
Być może żadnej właściwej nie ma.
Znacznie ciekawszy jest moment, w którym zaczynam widzieć coś, czego minutę wcześniej nie widziałem.
Przedmiot się nie zmienił.
Światło właściwie też nie.
Zmieniło się tylko moje rozumienie tego, na co patrzę.
To doświadczenie znam z gór, lasów, starych wsi, fotografii, rozmów z ludźmi i grzebania w historii miejsc. Najpierw przestrzeń milczy. Potem dostrzega się pierwszy ślad. Następny. Jeszcze jeden.
A później nie można już odzobaczyć całości.
Być może dlatego najbardziej fascynują mnie przestrzenie, które nie podają znaczenia na tacy.
Trzeba przy nich zostać.
Pozwolić oczom trochę pobłądzić.
Pomylić się.
Cofnąć.
Popatrzeć ponownie.
Bo czasem największą zmianą nie jest odkrycie czegoś nowego.
Jest nią odkrycie, że to coś przez cały czas znajdowało się przed nami.
My tylko nie potrafiliśmy jeszcze tego zobaczyć.
I może właśnie dlatego, patrząc na nakładające się na siebie postacie, wraca mi jedna myśl:

Byłem tu wcześniej.

Tylko niekoniecznie jako ja.

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.