Po Poznań Piano Day wiedziałem jedno — jeśli Yana Couto gra w Poznaniu, jestem. Bez negocjacji. Bilety kupiłem pierwszy.
Yana po tamtym koncercie przedefiniowała mi coś, czego nie umiałem wcześniej nazwać. Jest na scenie tym, czym dawniej nazywano muzę — nie jako ozdobę, ale jako źródło. Kobiecość nie jako kostium, tylko jako język. Wrażliwość i subtelność, które nie potrzebują gestu za dużo ani dźwięku nie na miejscu. Dawni ludzie nazywaliby to gracją. Słowo dziś trochę zakurzone — ale tu pasuje idealnie.

Dzień nie sprzyjał. Od rana do późnego popołudnia łeb mi trzeszczał jak stara deska. Dramat w trzech aktach, bez przerwy. Ale żebym nie poszedł? Nie ma takiej opcji.
Tym razem jednak inaczej. Duet. Partnerką na scenie była Os.so — artystka, z którą już trochę się osłuchałem. Spodziewałem się więc, że koncert będzie się dział bardziej na scenie niż we mnie.
Pomyliłem się.
To nie był koncert, na którym się jest. To był koncert, który się przeżywa — w każdej jednej chwili, bez wyjątku.
Os.so używa głosu jak instrumentu. Coś bliskiego temu, co robił Peter Hammill — głos nie niesie melodii, głos jest materią. To moje pierwsze spotkanie z nią na scenie i kupiła mnie bez pardonu. Tym przyjemniej, że to nie ona przyciągnęła mnie na widownię.
Muzyka była spokojna. Koncert — nie.
Wywołał pierdyliard skojarzeń, wspomnień, emocji. Wytrzęsło mnie w fotelu jak na koncercie gongowym. Zaczęło się od plątaniny myśli, potem przyszły emocje, potem słowa, których nie wypowiedziałem, potem znów emocje. I tak w kółko, bez wytchnienia.
Po koncercie powiedziałem artystkom, że te utwory nie pozwalały popłynąć dalej. Jak już człowiek zaczął podążać za falą — urywała się. Może to dobrze? Takie akustyczne BHP. Musiałbym to przemyśleć.
W pewnym momencie na scenie pojawił się Youth Novels i dokonał czegoś nieoczekiwanego. Koncert, który pozwalał się zapadać w sobie, nagle dostał dynamikę — przestrzeń przesunęła się w stronę artystów. Zatrzymałem się na gitarzyście i jego rytmicznym szarpaniu strun, na wokalistkach płynących z melodią, na pianistce, której dłonie czarowały krokodyla. A krokodyl — nas.
Koncert dobiegł końca.
Była to kwintesencja piękna w jego najczystszej formie. Piękne artystki tworzyły piękną przestrzeń wypełnioną muzyką, a muzyka wywoływała piękne emocje. Bez ściemy, bez nadęcia.
Tak sobie myślę — gdybym umiał grać na pianinie, bardzo chciałbym umieć dać taki koncert.
