barnibrodaty

 

 

Śpiewy po rosie [1982]


To zdjęcie wygląda jak twarz wynurzona z mleka. Albo z mojej własnej, dziurawej pamięci — zostały rysy, włosy, coś w oczach. I ten kardiogram w rogu, który pulsuje cicho jak dowód, że ona jednak żyje. Że coś tu jeszcze bije.
Oglądałem Śpiewy po rosie Stanisława Różewicza z mieszanym uczuciem. Kryminał, który nie bardzo chce być kryminałem. Rok 1982, stan wojenny właśnie się skończył, kraj leży jak po ciężkiej operacji, a kino produkuje rozrywkę, która ma przykryć ciszę. Różewicz daje mi trup, śledztwo, zagadkę. Daje. Ale pod spodem coś zgrzyta.
Film ma w sobie ten charakterystyczny smak późnego PRL-u: trochę senności, trochę szarości, trochę prowincji udającej miasto. Aktorzy grają solidnie, zdjęcia są poprawne, intryga się kręci. Wszystko na miejscu. I właśnie to jest problem — wszystko na miejscu, nic z miejsca nie rusza.
Oglądany dziś ma urok rzeczy znalezionej na strychu. Tapety, które już nie istnieją. Fryzury, które wróciły jako ironia. Telefony, przy których człowiek czeka, zamiast scrollować. Jest w tym coś nieoczekiwanie wzruszającego — nie nostalgia za tamtym systemem, broń Boże, ale za czasem, kiedy kino mogło być po prostu powolne i nikt nie krzyczał, że to wada.
Ten kadr mnie zatrzymał. Twarz za mgłą, za szybą, za czymś. Kobieta, której nie mogę dotknąć wzrokiem. PRL też taki był — wszystko niby widoczne, a jednak za grubą warstwą czegoś, co nie dawało ostrości.
Przaśny? Tak. Ale uczciwie przaśny. Bez pretensji do wielkości, którą dziś tak chętnie symulują filmy z budżetami w milionach. Różewicz wiedział co robi i robił to w granicach tego, na co mu pozwolono — i w tych granicach jest pewna godność.
Nie arcydzieło. Dokument czasu. A to niekiedy więcej warte.

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.