![Solaris [2025] Polski Teatr Tańca](/images/art-theater/2025-polski-teatr-tanca-solaris.png)
Solaris [2025] Polski Teatr Tańca - Kompendium samotności - bis
Spektakl był dla mnie zdumieniem.
Nie rozczarowaniem — zdumieniem.
Teatr Tańca kojarzy mi się z ruchem. Z dynamiką, z melodyjnością, z choreograficzną myślą, która splata ciało i muzykę w formę czytelną, a jednocześnie na tyle uniwersalną, by każdy mógł w niej znaleźć własny sens. Wcześniejsze spektakle — których ślady można znaleźć na tej stronie — były właśnie takim doświadczeniem: zachwytem nad energią, rytmem i klarownością przekazu.
I nagle… klops.
Idę na Solaris. Siadam. I czuję się jak na tej stacji. Wszystko jest inaczej. Dokładnie tak, jak w samej opowieści.
Nie ma melodii. Nie ma pulsu. Jest dźwięk — owszem — ale to już zupełnie inna materia. Podobnie z wykonawcami. Pojawia się tekst. Dialog. Treść wypowiadana głosem, nie ciałem. Rozczarowanie? Nie. Zdumienie. Bo tego wcześniej w Teatrze Tańca po prostu nie znałem.
Los jednego człowieka znaczyć może wiele, los kilkuset trudno jest objąć, ale dzieje tysiąca, miliona nie znaczą w gruncie rzeczy nic.
Pojawił się nawet moment oporu. Aktorzy — nie tancerze. Subiektywnie, rzecz jasna. Nie mam narzędzi, by rozliczać ich warsztat, ale mam odbiór. Idę do teatru tańca, a dostaję choreografię, w której samego tańca jest jakby mniej, niż się spodziewałem. Może się nie znam — możliwe. Ale niedosyt był solidny.
Nie oczekiwałem walczyka ani baletu. Wiem, że możliwości tego teatru ogranicza chyba wyłącznie wyobraźnia. Tym bardziej brakowało mi wykorzystania tej przestrzeni w pełnej skali.
Ale czy to była zła sztuka?
Nie.
To była mocna rzecz. Bardzo mocna.
Wyrwać akcję daleko poza Układ Słoneczny i nie popaść w banał — to nie jest łatwe zadanie. Pokazać w dialogach relacje między członkami załogi, między człowiekiem a nim samym, jego lękami i cieniem — to już wyższa szkoła jazdy.
Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy.
Dajcie komuś piwo i niech spróbuje zrobić to lepiej. Chętnych brak? No właśnie.
Bo stań na środku pokoju i spróbuj ruchem opowiedzieć strach przed samotnością. Jednoczesne unikanie i potrzebę naprawy. Konfrontację z własnym cieniem jak z równym partnerem. To materiał na kino oparte na CGI, nie na scenę teatralną.
A oni dali radę.
I trzeba to powiedzieć jasno: w moim odbiorze to był sukces.
Osobnym, bardzo mocnym akcentem była warstwa wizualna. Ekran szerokości sceny, obraz raz zamglony jak dziecięce wspomnienie, raz ostry jak wyrzut sumienia. Kosmos, przestrzeń, sama powierzchnia Solaris — czysty majstersztyk.
Myślę, że lekkie przygotowanie psychoaktywne mogłoby jeszcze podbić to doświadczenie. Było tam dość miejsca, by się w tych obrazach wszyscy mogli spokojnie zatopić. Naprawdę dużo przestrzeni dla wszystkich.
W tle — muzycy grający na żywo. W Teatrze Tańca to także dla mnie nowość. Przyjemne zaskoczenie. Choć znów: brakowało mi melodii, struktury, rytmu. Być może moja wrażliwość działa na innych częstotliwościach. Być może właśnie o to chodziło — by nie pozwolić odpłynąć w wewnętrzne dygresje, by stale trzymać widza w napięciu. Jeśli tak — cel został osiągnięty.
Po premierach zwykle zostaję. Rozmowy, spotkania, wymiana wrażeń. Tym razem wyszedłem z teatru jakby ktoś mnie wypchnął za kołnierz. Szybko. Bez oglądania się za siebie.
Dopiero kilka dni później połączyłem kropki.
Najpierw Szklany klosz. Wcześniej Orbity. Dwa spektakle wchodzące do środka bez znieczulenia. Dwa o samotności, rozczarowaniach, pęknięciach. Zafundowałem sobie ciężką trylogię, a Solaris był ostatnim uderzeniem.
Solaris będzie wiecznym wyzwaniem rzuconym człowiekowi.
Układ nerwowy ma swoje granice. Mój po prostu powiedział „dość”.
Z ulgą zapadłem się w ziemski fotel. I to też było w porządku.
Tylko i aż tyle — jak mawiają filozofczycy.
Bo Solaris był kawałkiem solidnego teatru. Nie mniej, nie bardziej — celnie trafiającego w zakamarki podświadomości.
Był po prostu finałem.
Grande Finale roku 2025.
