
Sebastian Smarowski bez tytulu 2023
To obraz, który nie prosi o zgodę, tylko wchodzi w widza natychmiast — cielesny, intymny, a jednocześnie głęboko symboliczny. Na pierwszym planie widzimy spotkanie dwóch bytów: ludzkiego i nieludzkiego, ale zamiast konfrontacji jest bliskość. Gest objęcia, niemal pocałunku, unieważnia prosty podział na „ja” i „inne”. To nie jest walka — to akt rozpoznania.
Bardzo mocno pracuje tu materia: skóra, tkanka, coś organicznego i rozpływającego się, jakby ciało było procesem, a nie formą. Artysta świadomie rozmywa granice anatomiczne, dzięki czemu postacie zdają się przenikać, a nie tylko stykać. To daje wrażenie ruchu, transformacji, bycia „w trakcie” — jakbyśmy byli świadkami momentu przejścia, nie stanu końcowego.
Kolorystyka jest ciepła, mięsista, ziemista — daleka od chłodnej grozy. Dzięki temu nawet elementy groteskowe nie odstraszają, lecz przyciągają. Jest w tym dziwna czułość, niemal melancholia. Obraz można czytać jako metaforę relacji człowieka z własnym cieniem, z instynktem, z tym, co wyparte i nienazwane. Potwór nie jest tu zagrożeniem — raczej drugą stroną tej samej tożsamości.
Całość robi wrażenie pracy dojrzałej, świadomej i odważnej formalnie. To malarstwo, które nie opiera się na szoku dla samego szoku, lecz na konsekwentnym budowaniu napięcia emocjonalnego. Im dłużej się patrzy, tym mniej chce się oceniać — a bardziej rozumieć i odczuwać.
