barnibrodaty

 

 

Ogród Luizy [2007]

Większość polskich filmów o „niedopasowaniu” kończy się w tym samym punkcie: w kałuży błota, w bezsilności albo przy dźwięku zatrzaskiwanych drzwi oddziału zamkniętego. Reżyserzy lubią nas zostawiać z tym ciężarem na klatce piersiowej, jakby brak nadziei był jedynym certyfikatem artyzmu. Tymczasem „Ogród Luizy” robi coś, co w tym rejestrze jest ruchem niemal wywrotowym – daje nam happy end.

Przyszedłeś się ze mnie śmiać, czy do mnie uśmiechać?

Finał tego filmu to nie jest tania pocztówka z uśmiechniętymi ludźmi. To raczej udana operacja logistyczna, w której Fabio, korzystając ze swoich brutalnych kompetencji, wycina Luizę z systemu, który ją dusił. Happy end nie polega tu na tym, że Luiza nagle staje się „normalna” pod linijkę społeczeństwa. Polega na tym, że znajduje azyl, w którym jej nieskrępowana subtelność przestaje być traktowana jak usterka techniczna wymagająca naprawy elektrowstrząsami.

Iluzja jest silniejsza, niż to, co nazywamy rzeczywistością.

Iluzja jest pożywieniem tych, którzy stracili nadzieję

Zaskakujące jest to, jak bardzo potrzebujemy takiego domknięcia. W świecie, gdzie instytucje – od rodziny po szpitale – zawodzą na całej linii, happy end w „Ogrodzie Luizy” smakuje jak czysty bunt przeciwko grawitacji beznadziei. To wyjątkowo miłe uczucie: zobaczyć, że gangster i dziewczyna, którą oficjalna narracja spisała na straty, potrafią wystawić środkowy palec całemu temu „zdrowemu” porządkowi i po prostu odjechać we własną stronę.


Należy uznać tę końcówkę za instrukcję: czasem jedynym sposobem na wygranie z wadliwym systemem jest całkowite opuszczenie planszy. Wojtyszko nie zostawił nas z kacem, tylko z poczuciem, że uczciwość emocjonalna może czasem – wbrew wszelkiej logice terenu – wyjść na swoje.

To nie jest lukier. To jest zwycięstwo partyzanckie, które smakuje lepiej niż jakakolwiek urzędowa sprawiedliwość..

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.