barnibrodaty

 

 

Nuremberg [2025]:  Małe kino o wielkim człowieku

 

Są takie filmy, które wchodzą do człowieka jak zimny wiatr w kark — niby chłodne, niby przenikliwe, a jednak po chwili czujesz, że to tylko przeciąg. Nuremberg miał być wichrem. Miał wstrząsnąć, porwać, pokazać człowieka, który swoją błyskotliwością i okrucieństwem potrafił zdominować sale sądowe i barykady historii. I niby to dostałem, niby było, ale jak to w Ameryce bywa — zamiast huraganu przyszła dmuchawa do liści, wyprodukowana gdzieś w Kalifornii.

 

Göring bez Göringa

Największy zawód — Russell Crowe. Nie dlatego, że źle gra. On gra dobrze, może nawet bardzo. Problem w tym, że nie gra Göringa, tylko jakiegoś Russella Crowe’a w uniformie z drugiej ręki.
Świat kina jest przecież jak niekończący się spis ludzkich twarzy: chudych, tłustych, przerażających i banalnych. Gdyby chcieli, to by znaleźli kogoś podobnego.
A nie chcieli.

W czasach, kiedy elfy w „Władcy Pierścieni” wyglądają bardziej eterycznie niż niejedna influencerka po filtrach, a Zgredek w Harrym Potterze wzbudza więcej emocji niż pół Sejmu — można było stworzyć Hermanna Göringa jak się patrzy. CGI istnieje. Technologia istnieje.
Wyobraźnia jednak w Hollywood widać została zamknięta w muzeum obok starych Oscarów.

Crowe w masce Göringa byłby bardziej Göringiem niż Crowe bez niej. I to jest grzech filmu. Nie zbrodnia — ale solidne przewinienie.

Dykcja, czyli język, który nie dzwoni

Göring mówił po angielsku jak Niemiec. Każde zdanie brzmiało, jakby szykował je do wmurowania w beton historii. Twardo. Zamaszyście. Z domieszką tej germańskiej szorstkości, co nie bierze jeńców.

A w filmie? Miękko. Miękko jakby bohater całe życie spędził na przedmieściach Chicago, sprzedając hot-dogi z kiszoną kapustą. Brzmiało to źle — bo odjęło postaci najpierw język, potem charakter. Dykcja to dusza bohatera. A Göring bez niemieckiej dykcji to jak las bez zapachu żywicy — istnieje, ale nie żyje. 

Tu mnie uwierało najbardziej. Bo język nazistów — nawet w czysto filmowym wymiarze — powinien mieć ciężar, który wibruje w widzu jeszcze długo po napisach końcowych. A Amerykanie zrobili z niego lukrowany popcorn.

Hollywood: małe, ciasne, duszne

Amerykańska kinematografia lubi udawać, że jest wielka. 

Tymczasem w Nuremberg wygląda jak stary pokój na poddaszu: przykurzony, ciasny, z jedną żarówką mrugającą w kącie. Tylko udowadnia, że nadal boi się dotknąć materii, która wymaga precyzji, odwagi i odrobiny europejskiej duszności. Zamiast odwagi — dostaliśmy bezpieczne odtworzenie. Ale mimo tego całego kurzu — film ma swoje momenty.

 

Göring – błyskotliwość jak ostrze

Jest w tej kreacji jedna rzecz, która film ratuje. Koncepcja Göringa jako człowieka diabelnie inteligentnego. Do tego stopnia, że widz, ja — chcąc nie chcąc — zaczyna go lubić. Nie za czyny. Za umysł.

Scena, w której Göring ogrywa amerykańską papugę — wchodzi w polemikę, wyprowadza z równowagi i w sekundę przejmuje dominację — to majstersztyk. Obejrzałem ją trzy razy.
I gdybym siedział wtedy na sali, prawdopodobnie wstałbym i zaklaskał, choćby po to, by uczcić precyzję, którą władał jak chirurg skalpelem.

Na tej płaszczyźnie film jest zrobiony lepiej, niż bym śmiał oczekiwać. To jest ten moment, kiedy kino wreszcie otwiera okno. Szkoda, że na krótko.

Göring: Just because a man is your ally does not mean he is on your side.

To zdanie jest jak nabój bez tłumika — krótkie, metaliczne, trafiające prosto w kręgosłup każdego, kto jeszcze wierzy w „braterskie narody” i inne romantyczne bzdury polityki zagranicznej.
Współczesny świat powinien je czytać codziennie rano, razem z prognozą pogody. 

Bo w geopolityce nikt nie stoi po Twojej stronie.
Ludzie stoją obok, dopóki im to odpowiada.
A potem stoją przeciwko, też dopóki im to odpowiada.

I tak było, jest i będzie — od czasów, gdy traktaty podpisywano krwią na stołach, aż po erę uśmiechniętych konferencji prasowych i „strategicznych partnerstw” tworzonych na jeden sezon polityczny.

To zdanie jest prawdziwsze niż większość map sojuszy, jakie produkuje współczesna propaganda. I właśnie dlatego jest takie wymowne.

 

Göring: You think American bullets and bombs don't kill people?
Göring: You vaporize 150,000 Japanese at the touch of a button and you presume to stand in judgment on me for all crimes?
Kelly: We had every right to defend ourselves.
Göring: How do you defend yourself on someone else's soil?

Ten dialog działa jak lustro podstawione pod twarz współczesnej polityki międzynarodowej — lustro surowe, górskie, bez ani grama upiększeń. Nagle cała ta fasada wielkich słów o demokracji, wartościach i obowiązku moralnym odpada jak stary tynk, a pod spodem widać zwykłą, brutalną mechanikę władzy. Padają w nim argumenty, które rozcinają amerykańską narrację o własnej wyjątkowości jak skalpel: wskazanie, że pociski nie różnią się od siebie narodowością, że ofiary nie przestają być ofiarami tylko dlatego, że giną od „słusznych” bomb, i że wielkie mocarstwo, które wysadza miasta jednym ruchem przycisku, nie powinno być zbyt szybkie w roli globalnego sędziego.

Amerykańska odpowiedź brzmi tam jak wyuczona formułka — ta sama, którą współczesny świat słyszy od dekad. Stwierdzenie o „obronie” jest przecież od lat ulubionym zaklęciem wszystkich państw, które prowadzą działania daleko poza własnym terytorium. To wygodna rama, która pozwala uzasadnić wszystko: każde wejście, każdy nalot, każdą bazę wojskową ustawioną na cudzej ziemi, bywa że tuż pod cudzymi oknami. I wtedy pada to pytanie, które rozbraja całą konstrukcję w sekundę: jak można bronić siebie, działając na terenie, który nie należy do ciebie? W tym jednym uderzeniu zawiera się cały paradoks współczesnej roli Ameryki — kraju, który od lat sprzedaje światu wizję swojej moralnej misji, a jednocześnie prowadzi politykę, która z moralnością częściej się rozmija, niż spotyka. Mocarstwa zawsze lubią widzieć się jako strażnicy zasad, ale strażnik, który chodzi z bombą atomową w kieszeni, nie wygląda już jak stróż prawa — raczej jak ktoś, kto sam ustala zasady na bieżąco, zależnie od potrzeb i okazji.

Współczesna geopolityka zna ten schemat aż za dobrze. W imię obrony prowadzi się ofensywy, w imię pokoju wywołuje interwencje, a o interesach mówi się tylko wtedy, gdy ktoś przyłapie kogoś z ręką w beczce ropy. I dlatego ten dialog jest tak aktualny: bo w jednej krótkiej wymianie zdań obnaża coś, czego oficjalnie nie mówi nikt — że strażnik światowej moralności od dawna stoi na wątłych nogach, a fundamenty, na których buduje swoje sądy, rozsypują się za każdym razem, gdy przyjdzie spojrzeć w światło, które nie wybacza żadnej zmarszczki.

 

Co nie gra? Emocje. Albo właśnie: ich brak

Göring pokazany jednowymiarowo, nieemocjonalnie. Jest intelekt, jest dominacja — ale brakuje człowieka. Człowieka, który czuje. Człowieka, który z czegoś się wziął.

Nawet pokazania historia peronowa - żyda który "nie miał lekko" nie wzbudzała jakiś poruszeń. I tu w sumie dobrze. Ten naród ma dziś, w mojej ocenie w pełni zasłużenie, skandalicznie złą prasę i istnieje ryzyko mieszania „wątków” w późniejszych komentarzach.

Ale kino jednak powinno coś ruszyć. Tu nie rusza.

Emocjonalnie Nuremberg ogląda się jak prognozę pogody z Polsatu. Słońce, chmury, temperatura. Nic, co przyspiesza puls.

 

A Malek?

Malek nie gra, Malek łazi.

Rami Malek... Ach, Malek Malczik.Rola konfitury najniższego szczebla. Kropka.
Człowiek sprowadzony do funkcji rekwizytu o pulsie 80. Łazi, jeździ, nosi teczki. Wygląda, jakby grał „ważną postać drugoplanową”, choć film próbuje wmówić, że jest pierwszoplanowym bohaterem. A on sam — jakby nie miał czego zagrać.

Aktor bez roli to aktor głodny.  Tylko, że w tym filmie, choć grał w pierwszym szeregu, to nie pokazano go jako fest aktora.

 

Podsumowanie

Nuremberg to małe kino o wielkim człowieku. Kino, które momentami błyszczy, momentami kopci — jak stary piec, który niby grzeje, ale strzela sadzą na ściany.

Czy warto obejrzeć?
Tak
Jeśli ktoś chce mieć własną opinię.

Czy warto iść do kina?
Zdecydowanie nie.
Oglądałem wersję TS z torrentów i w pewnym momencie zrobiło mi się szkoda lampy rzutnika na tak miałki obraz. Średniej klasy monitor biurowy to max- szkoda marnować zasobów.

Ale czy to film wielki?
Nie.
To film, który powinien mieć wielkość, ale nie miał odwagi urosnąć.

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.