barnibrodaty

 

La luna [1979]

 

La luna [1979]

Bernardo Bertolucci w Lunie z 1979 roku nie robi kina dla wrażliwych estetów, tylko przeprowadza brutalną sekcję zwłok na relacji matki z synem, gdzie granica między miłością a chorobą przestaje istnieć. Reżyser rzuca nas w sam środek operowej, niemal barokowej gęstości, w której włoskie, wysokie słońce wcale nie oświetla drogi, a jedynie bezlitośnie pokazuje cienie – te rzucane przez heroinowy nałóg nastolatka i desperację kobiety, która próbuje go ratować jedynym sposobem, jaki zna. To wizja totalna, w której Bertolucci prowokuje nie dla samego skandalu, ale po to, by udowodnić, że w obliczu ostatecznego upadku wszystkie społeczne tabu tracą swoją masę.

Zamiast gładkiej opowieści dostajesz duszny, wizualny poemat o kazirodztwie i poszukiwaniu ojca, którego brak kładzie się mrokiem na każdej klatce filmu. Kamera nie odwraca wzroku, gdy emocje zaczynają parzyć, a reżyser z chirurgiczną precyzją pokazuje, że największe dramaty rozgrywają się w ciszy luksusowych apartamentów, gdzie jedynym ukojeniem jest igła albo perwersja. To film o tym, że każda próba ocalenia kogoś bliskiego ma swoją brudną cenę, a wizja Bertolucciego do dziś zostaje pod powiekami jako dowód na to, że prawdziwe kino nie boi się zaglądać tam, gdzie większość z nas woli postawić mur i udawać, że nic nie widzi.

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.