![Kilka dziewczyn [2023] Teatr Nowy Poznań](/images/art-theater/2023-kilka-dziewczyn-some-girls.png)
Kilka dziewczyn [2023]
Teatr Nowy Poznań
Dałem sobie kilka godzin, zanim usiadłem do napisania tej recenzji. Nie dlatego, że spektakl wywołał we mnie lawinę myśli wymagających uporządkowania. Raczej dlatego, że liczyłem, iż dobra kawa obudzi emocje, których przez 75 minut nie potrafiła obudzić scena.
Spektakl „Kilka dziewczyn”, oparty na sztuce Neil LaBute Some Girl(s), stawia całkiem interesujące pytanie. Co dzieje się, gdy człowiek postanawia wrócić do swoich dawnych miłości i przy okazji zamienić własne rozliczenia z przeszłością w medialny produkt? W czasach, gdy prywatność stała się walutą, a kamera często poprzedza szczerość, taki punkt wyjścia ma potencjał. Jest tu miejsce na refleksję o narcyzmie, o celebryckiej potrzebie uwagi, o pasożytowaniu na cudzych emocjach i o tym, jak współczesny człowiek potrafi zamieniać nawet własne poczucie winy w materiał promocyjny.
To mogła być bardzo dobra sztuka.
Mogła.
Bo zamiast wiwisekcji relacji dostałem coś, co przypominało rozmowę przy stole, przy którym wszyscy uczestnicy od dawna chcą już iść do domu. Bohater odwiedza kolejne kobiety ze swojej przeszłości, ale ani on nie wydaje się szczególnie zainteresowany tym, co odkryje, ani one tym, co mają do powiedzenia. Kolejne sceny następują po sobie z regularnością pociągu regionalnego, ale bez emocjonalnego ciężaru podróży.
Największym problemem nie jest nawet sama historia. Problemem jest to, że praktycznie nikt na scenie nie wydaje się nią przejęty.
Postacie są płaskie, przewidywalne i jednowymiarowe. Nie ma tu napięcia między dawną namiętnością a współczesnym rozczarowaniem. Nie ma gniewu, który przeleżał lata pod skórą. Nie ma tęsknoty. Nie ma żalu. Nie ma niczego, co sprawiłoby, że widz chciałby usłyszeć następne zdanie.
A przecież sztuka opowiada właśnie o dawnych miłościach. Jeśli w takim materiale nie pojawiają się emocje, to tak jakby wystawić dramat o morzu i zapomnieć o wodzie.
Miałem wrażenie, że aktorzy przyszli wykonać zadanie. Poprawnie, punktualnie i zgodnie z planem. Nie było w tym jednak ani szczególnej pasji, ani nawet rzemieślniczej precyzji, która czasem potrafi uratować słabszy materiał. Patrzyłem na scenę i coraz częściej zastanawiałem się nie nad losem bohaterów, ale nad tym, co zjem po spektaklu.
A to dla teatru sygnał alarmowy.
Najbardziej boli jednak zmarnowany potencjał. Pomysł, by rozliczanie dawnych związków połączyć z obecnością kamery, jest dziś bardziej aktualny niż w chwili powstania sztuki. Żyjemy przecież w epoce, w której ludzie transmitują własne rozwody, nagrywają terapię, a intymność coraz częściej służy budowaniu zasięgów. Można było z tego wydobyć coś gorzkiego, celnego, współczesnego.
Tymczasem wyszły paluszki rybne. Produkt przetworzony do tego stopnia, że trudno już odgadnąć, z czego właściwie powstał. Coś przechodzi przez człowieka i nie zostawia po sobie najmniejszego śladu.
Na koniec jedna z aktorek zaśpiewała piosenkę. I to był moment, w którym po raz pierwszy poczułem autentyczność. Przez chwilę ktoś na scenie naprawdę coś robił, a nie tylko odgrywał fakt robienia.
To niewiele.
Zbyt niewiele.
Wyszedłem z teatru bez złości, bez zachwytu, bez rozczarowania. Wyszedłem z czymś znacznie gorszym.
Z obojętnością.
A obojętność jest prawdopodobnie najokrutniejszą recenzją, jaką sztuka może otrzymać.
Jak mawiał pewien polityk: biłem brawo, ale się nie cieszyłem.
