
It's not what you do... it's what you are.
They sense it.
"Jupiter Ascending" (2015) – Kosmiczna opera z rozmachem, ale bez spójności.
Wchodzę w świat "Jupiter Ascending" i od razu widzę, że Wachowscy nie szczędzili środków. Wizualnie film jest spektakularny, pełen efektów specjalnych i kosmicznych krajobrazów. Jednak, czy to wystarczy, by stworzyć dobry film?
Mila Kunis jako Jupiter Jones, sprzątaczka, która okazuje się dziedziczką międzygalaktycznego imperium, wypada... przeciętnie. Jej postać jest nijaka, a Kunis nie potrafi nadać jej charyzmy.
Channing Tatum jako Caine Wise, genetycznie zmodyfikowany wojownik, to postać, która ratuje film przed totalną klapą. Tatum gra z zaangażowaniem i charyzmą, a jego sceny akcji są widowiskowe.
Film porusza tematy władzy, genetyki i ludzkiej natury. Wachowscy próbują stworzyć epicką opowieść o walce o wolność, ale niestety, fabuła jest chaotyczna i pełna dziur.
Film jest wizualnie oszałamiający. Sceny akcji są dynamiczne, a efekty specjalne są na wysokim poziomie. Jednak, nadmiar efektów specjalnych przytłacza fabułę i sprawia, że film traci na spójności.
"Jupiter Ascending" to film, który jest jak wizualna uczta, ale bez smacznego dania głównego. Raz zachwycasz się efektami, raz ziewasz z nudów, a na końcu czujesz, że obejrzałeś coś, co mogło być lepsze.
Podsumowując, "Jupiter Ascending" to film, który mnie rozczarował. To kosmiczna opera, która jest jednocześnie widowiskowa i chaotyczna.
