
Bociany Chełmońskiego pierwotnie mialy byc "pastuszkiem z psem". Figlarz zamienił kejtra na kaszojada, domalował bociany i pyklo.
TL;DR: Już od 6 marca 2025 roku w Muzeum Narodowym w Poznaniu będzie można zobaczyć wielką monograficzną wystawę Józefa Chełmońskiego – mistrza polskiego malarstwa, którego dzieła, takie jak „Babie lato” czy „Bociany”, kojarzone są nawet przez tych, którzy ze sztuką mają mało wspólnego. Wystawa zapowiada się na absolutny hit frekwencyjny, a przy okazji może być świetnym pretekstem, by wyrwać się z Bieszczad i poznać kawał niesamowitej historii i kultury Wielkopolski.
Chełmoński "Żyd dręczący psa"
WĘDRÓWKA Z BIESZCZAD NAD WARTĘ – MOJA KRÓTKA OPOWIEŚĆ
Ha, no i stało się! Jestem tym człowiekiem, który ma bimber w żyłach zamiast krwi i który od lat z mozołem wspina się na bieszczadzkie szczyty, żeby pouciekać od turystycznych tłumów i telewizyjnej swołoczy. Wiecie, prawdziwy fanatyk połonin i przydrożnych kapliczek, który może godzinami włóczyć się po bezdrożach, bez wstydu przyznając się do ciurlania po krzakach (zresztą – w Bieszczadach to przecież rytuał). A jednak w tym roku postanowiłem wyruszyć z naszych zdziczałych gór ku bardziej „miejskim” krajobrazom. Powód? Zbliża się wielka gratka dla miłośników sztuki – w Poznaniu szykuje się wystawa, która może do reszty zawrócić w głowie każdemu, kto kiedykolwiek choćby słyszał nazwisko „Chełmoński”.
Z pozoru mogłoby się wydawać, że Bieszczady i Poznań to dwa różne światy. Bo to i temperament ludzki inny, i krajobrazy bardziej miejskie niż te nasze połoniny. Ale ja, człowiek z sercem rozkochanym w górskich ostępach, powiem Wam jedno: nic tak nie rozwija duszy wędrowca, jak rzucenie się w wir przygody. Choćby to była przygoda przez całą Polskę, a na jej końcu – seans ze sztuką, jakiej nie zobaczymy nigdzie indziej. Dlatego plan jest prosty: pakuję plecak (choćbym miał w nim smalec, pajdę chleba i flaszeczkę własnego wyrobu „na rozgrzewkę”), biorę mapę i jadę do Poznania. A Was gorąco zachęcam, żebyście zrobili to samo, bo wierzcie mi: ten Chełmoński robi wrażenie nawet na takich zakapiorach, co to lubią raczej oglądać dzikie wąwozy i stare bieszczadzkie sztolnie.
Ale zanim zacznę się rozkręcać i zarzucać Was szczegółami o dacie otwarcia, ilości obrazów i innych cudach, chciałbym Wam opowiedzieć trochę o mnie – bo przecież to ma być gawęda: prosto z Bieszczad do Was, w stylu swojskiego przewodnika, który za nic ma sobie konwenanse i wielkie słowa.
Ja tu, w Bieszczadach, tkwię od pokoleń, to mi się w sumie chyba nigdy nie znudzi. Co jakiś czas próbuję zrozumieć, czemu nasza okolica tak przyciąga ludzisk, mimo że momentami kręcą się tu filmowe ekipy i pozostawiają bajzel, co mnie wścieka niemiłosiernie. Czasem pomstuję też na masową turystykę, bo prędzej czy później docierają nad Solinę liczne wycieczki i buszują wokół Połoniny Wetlińskiej, a las – no cóż, bywa, że i tak ktoś wyrwie pół setki świerków na lewo. Ale wciąż doceniam tę naszą nieposkromioną dzikość, długie opowieści o dawnych wioskach, starych kamieniołomach czy sztolniach po kopalniach ropy, które do dziś można tu i ówdzie znaleźć.
Ostatnio zaczytuję się w pamiętnikach Fredry (wiedzieliście, że on też się tu włóczył i miał niezłe przygody?), a że lubię dygresje historyczne, to i Wy się nasłuchacie moich opowiastek. Zresztą, w Bieszczadach jest tyle legend i wspomnień, że można o tym paplać bez końca. A jednak – i to jest clou tej historii – czasem warto zrobić sobie przerwę od bieszczadzkiej sielanki (choćby na moment) i zachwycić się innym światem.

Chełmoński "Baba z kacem"
Odkrywanie Chełmońskiego – czyli co Bieszczadnik robi w Poznaniu
Otóż w Poznaniu, który – w moim wyobrażeniu – słynie głównie z gwary poznańskiej, pyry z gzikiem i rogalików świętomarcińskich, organizują gigantyczną monograficzną wystawę prac Józefa Chełmońskiego. To ma być nie byle co: mowa tu nawet o 120-150 dziełach, a niektóre z nich były podobno uznawane za zaginione. I to właśnie w Muzeum Narodowym w Poznaniu, które planuje w 2025 roku przyciągnąć, bagatela, nawet pół miliona zwiedzających. Wiem, że takie liczby pewnie nie robią na Was wrażenia, bo w telewizji co chwila słyszymy o milionach, ale w muzealnej skali to jest naprawdę potężna frekwencja.
Znam kilku miejscowych, którzy – co prawda – z Bieszczad się nie ruszają nawet za cenę darmowego piwa, ale śmiem twierdzić, że dla Chełmońskiego się jednak przejadą. W Warszawie ta sama wystawa (tylko w nieco innym układzie) pobiła wszelkie możliwe rekordy i nawet słynnego Picasso tam przebili pod względem liczby chętnych! To mówi samo za siebie. W stolicy – wiadomo, że wszystko jest większe, bo i ludzi więcej, ale w Poznaniu też szykuje się niezłe szaleństwo.
A ja już widzę oczami wyobraźni te tłumy z różnych stron kraju i świata, sunące przez Aleje Marcinkowskiego, żeby zobaczyć wspomniane „Babie lato” na żywo. Wielu się pewnie zdziwi, że w tym obrazie, jak się przyjrzycie, jest nie tylko romantyczna aura wiejskiej dziewczyny, ale i taki mały, soczysty fragment obyczajowości. Kiedyś mówiono, że ta „chłopka” zbyt wyzywająco eksponuje swoją sylwetkę i że to nieprzyzwoite. Dziś patrzymy na to raczej z rozczuleniem – a może i z pewną nostalgią.
Przy okazji będzie też można wypatrzeć „Orkę”, „Bociany”, a podobno i arcydzieło zatytułowane „Wieczór letni – wspomnienie Ukrainy”, które Muzeum Narodowe w Poznaniu dokupiło parę lat temu na aukcji. Sami widzicie, że w tych obrazach tkwi niesamowita opowieść. I co ważne – to nie jest wyłącznie malarska dokumentacja tego, co było. Chełmoński umiał tworzyć emocje, napięcia, jakieś cudne (a czasem i dzikie) obrazy natury, przypominające mi momenty, kiedy to zasiadam przy ognisku gdzieś w bieszczadzkich ostępach i słucham, jak wiatr hula nad grzbietem połoniny.
Trochę historii: skąd się ten cały „Projekt Chełmoński” wziął?
Właściwie od 2022 roku trzy wielkie muzea narodowe – w Warszawie, Poznaniu i Krakowie – zawiązały spisek (taki dobry spisek, bez żadnych mrocznych knowań), żeby przebadać twórczość Chełmońskiego, zebrać to wszystko do kupy i zorganizować potężną ekspozycję z prawdziwego zdarzenia. W dobie, gdy w naszych pięknych Bieszczadach brakuje nieraz pieniędzy nawet na remont drogi, oni tam w muzeach potrafili wyłuskać środki z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co jest dość imponujące. W efekcie – zaangażowali grono kuratorów, konserwatorów, chemików (tak, dobrze czytacie, chemików!), którzy grzebali w farbach i płótnach Chełmońskiego, żeby odtworzyć proces twórczy.
Wyobrażam sobie, że takie badania to musiało być jak kopać w bieszczadzkiej sztolni w poszukiwaniu starej ropy: nigdy nie wiesz, czy natrafisz na skarb. A jednak oni dotarli do nieznanych obrazów, potwierdzili bądź obalili różne legendy i nieścisłości o życiu i pracy artysty. Na koniec zaczęli dogłębnie opisywać i katalogować wszystko, co się da. Efekt? Od września 2024 roku w Warszawie pierwsza odsłona wystawy biła rekordy frekwencji. Od 6 marca do 29 czerwca 2025 roku druga odsłona w Poznaniu, a dalej – Kraków, do końca listopada 2025.
Mógłbym tu oczywiście zgrywać twardziela, co się zna na malarstwie, ale bądźmy szczerzy: znam je na tyle, na ile wypadło mi czasem stanąć przed jednym z płócien i powiedzieć: „Cholera, to jest dobre!”. Coś mnie jednak zawsze ciągnęło do tego, by zgłębiać warsztat artystyczny dawnych mistrzów. Podobno Chełmoński w Paryżu nie tylko odniósł sukces, ale i przeżył twórczą zadyszkę, bo powielał te same motywy i sceny. A potem, po powrocie do Polski, znów się rozhulał jak halny w naszych górach. Ot, historia, jakich wiele – a może i nie.
Wyzwania na wystawie – bo nie tylko obrazy będą
W Poznaniu planują się postarać, żebyśmy nie tylko obejrzeli te wszystkie płótna, ale i trochę się do edukowali. Już zaplanowano dyskusje z profesorami od przyrody, rozmowy o znaczeniu etnograficznym tych obrazów, a nawet spotkanie z autorką książki „Chłopki. Opowieść o naszych babkach”. Pewnie nie zabraknie też pokazów tego, jak Chełmoński malował ptaki, wiejskie sceny, zimowe nokturny czy krajobrazy niemal na granicy abstrakcji. Mówię Wam – można się w tym zatracić, tak samo jak wędrowiec gubi się niekiedy w bieszczadzkiej mgle.
A wiecie, co mnie zawsze urzekało w Chełmońskim? On niby realistyczny, a jednak tchnie w obrazy nutę romantyzmu, niczym wieczorny pejzaż, w którym słychać ciche odgłosy słowika. To taki realizm, ale podszyty snem. Kto wie, czy w swojej miłości do przyrody, do ptaków i zwierząt, Chełmoński nie był trochę takim Bieszczadnikiem z charakteru, co to kocha proste życia uroki, a jednocześnie potrafi je okrasić artystycznym uniesieniem.
Zwiedzanie Muzeum Narodowego w Poznaniu – co poza Chełmońskim?
No dobra, jedziemy na wystawę, a przy okazji może warto obejrzeć też inne oddziały Muzeum Narodowego w Poznaniu (w skrócie: MNP). Tam się dzieje niemało: Muzeum Sztuk Użytkowych mieści się w Zamku Królewskim, jest i Ratusz – Muzeum Poznania, Wielkopolskie Muzeum Wojskowe (pewnie tam prędzej zobaczymy szable niż sanie konne – ale co kto lubi), Muzeum Instrumentów Muzycznych czy świeżo wyremontowane Muzeum Etnograficzne, które pod koniec 2025 roku ma się przemienić w Muzeum Kultur Świata. Słyszałem od dyrektora MNP, Tomasza Łęckiego, że ci, którzy pamiętają stare Muzeum Etnograficzne, mogą nie poznać tego miejsca po przebudowie. Brzmi kusząco – zwłaszcza dla takiego łowcy ciekawostek jak ja.
Przy okazji, w 2025 roku przypada 50. rocznica powstania Muzeum Adama Mickiewicza w Śmiełowie. Wyobraźcie sobie, że w tym pałacu w 1831 roku zatrzymał się nasz narodowy wieszcz! Podobno planują tam serię wydarzeń przypominających o roli Wielkopolski w życiu Mickiewicza. Ja, jako skromny przewodnik bieszczadzki, zawsze mówię: jeśli już dotarliście do Poznania, to warto odbić jeszcze tu i tam, choćby do tej rezydencji. Jak się znudzicie (o ile to w ogóle możliwe!) obrazami i malarstwem w stolicy Wielkopolski, to śmigajcie do Śmiełowa sprawdzić, w jakich okolicznościach wypoczywał autor „Pana Tadeusza”.
Co więcej, w Zamku Królewskim od czerwca do listopada 2025 roku będzie leciała wystawa „A jednak królewski! 1000. lecie koronacji Bolesława Chrobrego i znaczenie króla Przemysła II dla dziejów Polski”. Tyle rocznic i jubileuszy, że można się w tym zatracić. A jeszcze 730. rocznica koronacji Przemysła II też przypada w 2025, co stanowi niezły pretekst, by zrozumieć, jak to w ogóle było z odrodzeniem się Królestwa Polskiego po rozbiciu dzielnicowym. Ja, rzecz jasna, ostatecznie wolę czytać o lokalnych bieszczadzkich watahach wilków, ale doceniam, że w tych muzeach starają się odświeżyć naszą zbiorową pamięć.

Chełmoński "Glapa na łące"
CHEŁMOŃSKI, LEGENDA, I CAŁA RESZTA – DLACZEGO WARTO?
Zapytacie: czemu tak zachwalam tę całą wyprawę? Wszak mogę zostać w Bieszczadach, pić pod wieczór herbatę z jałowcówką i pisać pamiętniki niczym Fredro. Owszem, mógłbym. Ale na dłuższą metę człowiek potrzebuje czasem doświadczyć nowości, zetknąć się z czymś, co poszerza horyzonty. I tak jest z Chełmońskim. Widziałem w różnych albumach kilka jego dzieł. W każdym tkwi coś żywiołowego, coś, co przypomina mi ten specyficzny moment w górach, kiedy to wschodzi słońce, a Ty wiesz, że za chwilę całkiem odmieni się światło, kolory i atmosfera.
Poza tym – już nawet nie chodzi o jedną wystawę. To, co planują w Poznaniu (i ogólnie w MNP), to potężny program edukacyjny, różne spotkania z fachowcami, prelekcje, dyskusje o biografii Chełmońskiego. Można sobie posłuchać historyków sztuki, którzy z zapałem opowiedzą, dlaczego ten malarz zafascynował się Ukrainą, jak to się stało, że w Paryżu go uhonorowano, a potem zapomniano. Dlaczego „Czwórki” z Sukiennic w Krakowie nie można będzie zobaczyć ani w Poznaniu, ani nawet na samej wystawie krakowskiej (przyczyny konserwatorskie), a przy tym, jak wielkie to straty dla pełnego obrazu jego twórczości. Z drugiej strony, akurat w Poznaniu pojawi się „Karnawał w Polsce” – i to będzie unikat, bo chyba nigdzie indziej nie będzie można tego dzieła oglądać.
W źródłach, które miałem okazję przejrzeć, przewija się mnóstwo liczb i faktów: w 2024 roku Muzeum Narodowe w Poznaniu odwiedziło ponad 420 tysięcy gości, a w 2025 roku może to już być nawet pół miliona. Częściowo to zasługa ponownego otwarcia Muzeum Etnograficznego (w nowej odsłonie), a częściowo magicznego przyciągania Chełmońskiego. Ja bym jeszcze dodał, że to zasługa spragnionych wrażeń ludzi, którzy na widok takiego wydarzenia potrafią przyjechać z drugiego końca kraju. A może i z Bieszczad…
Czas wystawy jest dość długi (od marca do końca czerwca 2025), więc można spokojnie zaplanować swoją wycieczkę. Ja jestem zwolennikiem wolnego wędrowania, bez pośpiechu, bo wtedy lepiej się chłonie wrażenia. Wyobraźcie sobie: rano włóczymy się jeszcze gdzieś w okolicach Międzyrzeca czy Jarosławia, a potem pociągiem do Poznania (choć to kawał drogi), z książką pod pachą. Po przyjeździe do miasta – nocleg w jakimś hostelu, a rankiem ruszamy do Muzeum Narodowego, by zanurzyć się w malarstwie sprzed ponad stu lat. Pełne wrażeń popołudnie spędzamy na jedzeniu pyr i rogalików. I tak dzień za dniem, odkrywając, że ten „nizinny” krajobraz też może być fascynujący.
Dygresja: dlaczego Chełmoński tak mnie porywa?
Chcę Wam jeszcze opowiedzieć o moich osobistych perypetiach z Chełmońskim, bo wbrew pozorom ja już kiedyś miałem z nim styczność. Byłem chłopakiem, co to w technikum plastycznym pojawił się trochę przez przypadek. Mój ojciec – stolarz – chciał, żebym poszedł w meble. Ale mnie wciągnęły historie dawnych mistrzów pędzla. Mieliśmy tam albumy z reprodukcjami Chełmońskiego. Pamiętam, że w „Bocianach” wyczuwałem ten nieuchwytny klimat, jakby wszystko było skąpane w letnim słońcu, a jednocześnie unosił się nad tym świat nasączony historią i duchowością.
Potem z czasem bardziej interesowały mnie strome zbocza i szukanie dawnych kopalń ropy w Bieszczadach. Malować nie zacząłem, bo uznałem, że mój talent jest raczej w opowiadaniu i oprowadzaniu ludzi po górach. Ale to doświadczenie z młodości pozostało. Dlatego gdy usłyszałem, że w Poznaniu będą „Babie lato”, „Wieczór letni” i pewnie jeszcze ta sielanka z San Francisco, którą Chełmoński podarował Helenie Modrzejewskiej, pomyślałem: kurde, to dopiero musi być niezłe widowisko!
Zresztą, w ramach wystawy zobaczymy prace z niemal całego świata. Z prywatnych kolekcji (to mnie zawsze fascynuje, że ktoś to ma w domu i czasem nawet nie zdaje sobie sprawy z wartości), z muzeów amerykańskich, z Węgier, Szwajcarii (Muzeum Polskie w Rapperswilu) – słowem, Chełmoński w międzynarodowym wydaniu. A w dodatku Muzeum Narodowe w Poznaniu ma swoje „perełki” – siedem płócien, niby niedużo, ale każde z nich to perełka kolekcji.
W poszukiwaniu inspiracji – dłuższa wyprawa w głąb sztuki
Już sobie wymyśliłem, że zabiorę ze sobą notatnik i będę zapisywał wrażenia. Może nawet nagram parę luźnych komentarzy, bo jak to ja – mam skłonność do odjeżdżania w różne dygresje. Wy też możecie popróbować takiego podejścia. Nieraz, gdy stoję przed obrazem, zwłaszcza tak sugestywnym jak te Chełmońskiego, w głowie pojawiają się mi różne historie. Wyobrażam sobie na przykład, że ten oracz z obrazu „Orka” zasnął kiedyś na bieszczadzkiej łące, a jak się obudził, to stwierdził, że woli wieczne wędrówki po górach niż oranie pola. Taka głupawa fantazja, ale pozwala się bardziej zanurzyć w opowieści, jaką malarz kreuje.
Moim zdaniem, to właśnie jest siła Chełmońskiego – on niby „tylko” maluje wiejskie sceny, ale w środku jest jakaś tajemnica. Kto raz się w nią wciągnie, może mieć ochotę wracać. Gdy widzę brudnego psa w kącie kadru, a na horyzoncie mgliste kształty drzew, to myślę sobie: a może to jest krajobraz moich Bieszczad, tylko sto lat temu? I taka refleksja daje niezwykłą przyjemność.
Podpowiedzi praktyczne: bilety, dojazd, terminy
Wystawa poznańska startuje 6 marca 2025 roku i potrwa do 29 czerwca 2025 roku. Bilety już teraz można kupować w kasie Muzeum Narodowego w Poznaniu lub przez Internet (np. na ToBilet.pl). Najlepiej jednak sprawdzać na bieżąco, bo różne czynniki mogą wpłynąć na frekwencję, a co za tym idzie – dostępność miejsc. Warszawska edycja zgarnęła jakieś 200 tysięcy odwiedzających, co w mieście stołecznym nie dziwi, ale jednak to potężna rzesza ludzi. W Poznaniu liczą na 70-80 tysięcy, a może i więcej. Jeśli ktoś planuje przyjechać w weekend majowy, to niech się spodziewa tłumów.
Dojazd z Bieszczad do Poznania? Cóż, można pociągiem przez Rzeszów czy Przemyśl, można własnym autem (choć to szmat drogi, uwierzcie mi – czułem to w krzyżu, jak ostatnio trasę robiłem). W każdym razie, dobrze zaplanować sobie kilka dni, bo oprócz samej wystawy warto połazić po mieście, popatrzeć na koziołki, zjeść rogale świętomarcińskie i zwiedzić te muzealne oddziały. Jak się uda, to także Śmiełów, Rogalin czy Gołuchów, bo i tam Muzeum Narodowe w Poznaniu ma swoje rezydencje.
Ponoć ta cała logistyka to nie przelewki, bo trzeba zgrać wypożyczenia obrazów, transport z zagranicy, zabezpieczenia konserwatorskie – a jednak wszystko wskazuje na to, że w 2025 roku to się uda. W Warszawie zakończy się wystawa w styczniu 2025, potem przerzucają wszystko do Poznania i 6 marca ruszamy. Ktoś zapyta: czemu nie krócej? Bo to się musi dać powiesić w odpowiednim miejscu, zadbać o światło, wilgotność, bezpieczeństwo i tak dalej. Nie można machnąć ręką i wystawić płótna wartego miliony w jakiejś pierwszej lepszej sali.
Słowo o inspiracji – czyli co dalej?
Jak już (jakimś cudem) dotrzecie na wystawę i zatopicie się w tych pejzażach i lirycznych scenach, gwarantuję, że wrócicie do domu z nową energią. Ja sam mam zamiar wrócić do Bieszczad i rzucić się na szlak z głową pełną obrazów. Może wezmę też szkicownik i spróbuję „po bieszczadzku” zinterpretować sceny, które u Chełmońskiego wydają się tak proste, a przy tym poruszające. Trochę autoironii nigdy nie zaszkodzi, bo pewnie wyjdą mi jakieś bohomazy, ale co tam – liczy się przygoda!
