![Dziady II [2026] Polski Teatr Tańca](/images/art-theater/2026-polski-teatr-tanca-dziady.png)
Dziady II [2026]
Polski Teatr Tańca
Nie będę udawał, że to był zwykły wieczór w teatrze.
Dziady. Część druga. Temat śmierci, zbłąkanych dusz, tego co między życiem a czymś, dla czego nie mamy dobrego słowa. Brzmi jak obowiązek szkolny, jak lektura którą się przerabia i odkłada. A tu weszło. Delikatnie i głęboko jednocześnie — jak igła, której się nie czuje, dopóki nie jest za późno.
Połowę spektaklu siedziałem roztrzęsiony. Dosłownie. Jakbym był na seansie TRE, nie w teatrze.
Oto obchodzimy Dziady.
Zstępujcie w święty przybytek,
Jest jałmużna są pacierze i jedzenie i napitek,
Mówcie komu czego brak,
Kto z was pragnie, kto z was łaknie.
Choreografia nie tłumaczy Mickiewicza — ona go czuje. I tym czuciem zaraża salę. Każda z postaci trafia osobno, każda w inne miejsce — bo zbłąkane dusze nie chodzą gromadą, każda ma swój własny nierozliczony rachunek. Ta precyzja w nieoczywistości to rzadka sztuka.
Z początku zauważyłem fragment dotyczący śmierci i obecności online — poza śmiercią. Ważny temat. Aż dziwne, że dopiero teraz zetknąłem się z nim w przestrzeni teatralnej.
Scenografia? Kotary, zasłony, niby prosto, niby na kolanie. Ale nie było w tym ani grama banału — każdy element wyeksploatowany do granic, używany na dziesiątki sposobów, nigdy dekoracyjnie, zawsze z sensem. Można być wielkim w prostych rzeczach — i to tu trafiało w sedno. Wszystko służyło ekspozycji artystów, ale sama ekspozycja świadczyła o artyzmie twórcy. Grało jak ulał.
Muzyka — osobny rozdział. Słyszałem od aktorów jak powstawała ta współpraca — że kompozytor jest wielkim artystą, który na bieżąco dopasowywał swoją sztukę do potrzeb sceny i choreografii. Nie narzucał — odpowiadał. Nie ilustrował — rozmawiał. Efekt? Nie słychać szwów. A całość nadaje się na osobny album.
Kostiumy rozwiązały rzecz pozornie nierozwiązywalną — jak pokazać ducha w teatrze tańca, gdzie ciało jest narzędziem i musi być widoczne, a jednak trzeba je osłonić, ukształtować, uczynić nie-do-końca-ludzkim. I tu pojawia się ona.
Julia — Guślarka.
Zespół był bombowy. Ale w tym zespole Julia wyrywa się jak szczerba w uśmiechniętej gębie — z tym że ta szczerba jest złotem. Obserwuję ją od kilku spektakli. Na ogół dostawała role, które na maksa eksponowały talent i warsztat — i za każdym razem robiła z tego coś więcej niż rola. Tu wyszła Guślarka. Kreacja godna najbardziej kobiecych ról jakie zna teatr.
Kolor kostiumu — absolutny strzał w dziesiątkę w mój gust. Same ciuchy to skok w przepaść, którą jest wyobrażenie o romantyzmie, o zmysłowości i tym co nieuchwytne. Słowem — Guślarka jak się masz.
Guślarka jest tu jak Mistrz Ceremonii — i szczerze, wygląda jakby miała sto lat i robiła to od osiemdziesięciu. Spokojny, niski, wręcz intymny ton. Ruch ciała powolny — niewybudzający nikogo z własnej zadumy. Obecność, która nie krzyczy, a mimo to wypełnia całą przestrzeń.
Ostatni raz takie wrażenie miałem oglądając Antygonę Seweryna w 2005 roku. Dwadzieścia jeden lat czekałem na coś podobnego. Na tę uchowaną — wybronioną przed światem — wrażliwość na scenie.
Doczekałem się.
A skoro już jestem przy niej — muszę spojlerować ciutkę. Julia i Kasia miały kilka wspólnych momentów na scenie. I zagrały scenę, przy której można się zatrzymać i kminić bez końca — bo metaforyka nie ma tu dna. Tak wprost: przezajebistą scenę zagrały.
Kiedy Zosia mówi że już tego nie rozumie — sam staję się Zosią.
Kto nie dotknął ziemi ni razu… A skąd oni wiedzą czego ja dotykałam.
Wrażliwy renegat, który nie ufa już nikomu i podważa wszystko — bo każdy kto cokolwiek definiuje, puszcza bąka ze swojego nadętego ego. Spokój znajduje tylko w chwili kiedy nikogo nie ma - brzmi dla Ciebie całkiem obco? Wolne żarty!
Zamknij oczy, zanurz się w ciemności pod powiekami…
Ile z nas tego doświadcza? Ile z nas idzie przez ciemność już za życia, z otwartymi powiekami?
Ta jedna "solówka" — Kasi. Nie zdradzam więcej. Powiem tylko, że kiedy się zaczęła — przestałem oddychać. Takie apogeum sceniczne, że ciało reaguje zanim zdąży zareagować głowa. Po spektaklu powiedziałem jej co zrobiła ze mną ta scena. Zobaczyłem w jej reakcji moment, w którym artysta uświadamia sobie pełny ciężar tego co stworzył — że wjechało, pizgło w kręgosłup i roztelepało odbiorcę jak delirianta. Że nie minęło przy wyjściu z sali. Że dalej pracuje.
I jeszcze Zły Pan. Scena tak genialna, że dla samej tej sceny warto przyjść do teatru. Mroczna, twarda, bez owijania w bawełnę — In-Yer-Face w najczystszej postaci. Teatr nie brał tu jeńców. Pokazał surowość ludzkiej psychiki bez filtrów, bez znieczulenia, bez jednego zbędnego gestu.
Na początku spektaklu pada coś pozornie błahego — wymagania wobec aktorów i aktorek. Aktorki mają być chude i niekoniecznie mądre. Aktorzy — męscy. Celny wytrych. Może dotyczyć Dziadów, może czegoś znacznie szerszego. Przez resztę spektaklu zerkałem na męską część zespołu. I jest coś na rzeczy — w sferze wizualnej. Ale męskość w moim rozumieniu jest czymś dużo głębszym niż włosy na klacie, sylwetka w trójkąt czy broda skandynawskiego bożyszcza. Męskość to między innymi zdolność do założenia rajtków — i niewiązania z tym poczucia własnej wartości. No ale wyjdźmy poza scenę: czy serio nie znamy nikogo, kto wykręcił się z życia przez niespełnianie cudzych oczekiwań i standardów? Pozornie błaha scena a ryje po emocjach jak radziecki lemiesz.
I był jeszcze moment, który wciągał widownię do spektaklu. Dla mnie — zdziwienie. Zawsze po cichu liczyłem, że ktoś ze sceny podejdzie, wejdzie w interakcję, może wciągnie na scenę. Tu jednak było to doświadczenie paraliżujące. Konfrontacja z własnymi niedokończonymi historiami. Wywleczenie spraw świadomie zagrzebanych głęboko. Ba — takich, o których ktoś siedzący obok nie ma bladego pojęcia. To było bardzo mocne - mimo, jak podkreślam - ekstremalnej wręcz subtelności aktorów i sceny.
W tym miejscu muszę cię zatrzymać.
Opisałem ten spektakl używając słów: intymny, subtelny zmysłowy. Niech to nikogo nie zawiedzie w młodzieńczo entuzjastyczne meandry cielesności. Moja opowieść, choć klepana palcem po plastikowej klawiaturze, snuje się gdzieś w eterze — między wymiarami — i tylko muska naszą świadomość. Słowo "delikatny" w odniesieniu do gry aktorów, muzyki, światła — jest tu zbyt szorstkie.
Dość powiedzieć, że dwukrotnie edytowałem ten tekst. I chyba najlepiej będzie samemu tego (spektaklu, nie edycji) doświadczyć — bo dla pewnych przeżyć słowa są zwyczajnie zbyt płytkie i ograniczające.
W swojej opowieści skupiłem się na dwóch postaciach. Wynika to wprost z tego, że ich role najbardziej ze mną rezonowały. Sto procent subiektywności. Może wydawać się krzywdzące, że pomijam innych, przykładowo Józia i Różię — ale widziałem też reakcje ludzi po prawej i lewej stronie. Ten rezonans — rozumiany jako fala i wymiana emocji między twórcą a odbiorcą — falował w całej przestrzeni widowiska. Gotów jestem uwierzyć, że gdyby te Dziady grano w Poznańskiej Operze, ten zajebiscie wielki żyrandol, roztrzęsiony, pizgnąłby z hukiem na widownię.
Ten spektakl nie ma słabych stron. A kto mnie zna, ten wie że potrafię być okrutnie upierdliwy i wynaleźć jakąś bzurę żeby ponarzekać. Tu nie znalazłem.
I jeszcze jedno. Reżyserka zawinęła ogonem jak diabeł i wplotła w spektakl Akcję Wisła. Dla mnie — bieszczadnika — to był miód na serce. Gryczany miód. Gorzki, ciemny, prawdziwy. Wysiedlenia, wyrwane korzenie, tożsamość zamieniona na rozkaz — to nie jest temat dla wszystkich i nie każdy reżyser ma odwagę go dotknąć. Ona dotknęła. Z klasą i bez "taniej" martyrologii. Absolutny majstersztyk, który subiektywnie przyjmuję z najwyższym zachwytem — i ani trochę się za ten subiektywizm nie wstydzę.
Żeby moich zachwytów było mało — doczekałem się bisu.
Wyrwało mnie z kapci.
