To nie jest relacja z „wielkiej kultury” przez duże K, gdzie w przerwie pijesz ciepłe prosecco za pięć dych. To raport z piwnicy, z offu, z miejsca, gdzie teatr jeszcze nie zdechł pod ciężarem własnego ego i dotacji.
Byłem na „Dziadach” w Teatrze Studio Aktorskie. Raport z piwnicy: Mickiewicz bez filtra
![Dziady [2026] Akademia Sztuk Scenicznych PAPA](/images/art-theater/2026-papa-dziady.jpg)
Dziady [2026]
Akademia Sztuk Scenicznych PAPA
To nie jest relacja z „wielkiej kultury” przez duże K, gdzie w przerwie pijesz ciepłe prosecco za pięć dych. To raport z piwnicy, z offu, z miejsca, gdzie teatr jeszcze nie zdechł pod ciężarem własnego ego i dotacji.
Raport z piwnicy: Mickiewicz bez filtra
Byłem dziś na „Dziadach” w Studio Aktorskim. Miejsce? Totalny off. Mała widownia, scena, na której niemal czujesz oddech aktora, niszowy klimat. Ale – o dziwo – przestrzeń jest przyjazna, przytulna, bez tej drętwej, teatralnej maniery, która zazwyczaj każe ci siedzieć w garniturze i udawać, że nie drętwieją ci nogi.
Zespół: czternastu gniewnych.
Podczas braw doliczyłem się czternastu osób. Średnia wieku? Na oko- maksimum 26 lat. I to jest ten potężny plus – ta młoda ekipa nie przyszła do roboty „odbębnić klasyka”. Oni tam walczyli. Każdy miał swoje wyraziste pięć minut, nikt nie robił za statystę czy element scenografii.
Ale umówmy się – zawsze są ci, którzy budują ciężar gatunkowy. Moje oko zatrzymało się na trzech nazwiskach: Alina Skierkowska, Małgosia Kurczewska i Justyn Gronek. To oni trzymali ten spektakl za gardło. W ich grze nie było asekuracji; była siła, która pozwalała wierzyć, że ten tekst ma jeszcze jakikolwiek sens w 2026 roku.
Muzyka: rzemiosło na żywo.
Oprawa muzyczna to nie jest puszczony z komputera ambient. To żywy organizm. Widok smyczka tańczącego po strunach gitary to nie jest tanie efekciarstwo – to szukanie dźwięku, który odda brud i metafizykę Mickiewicza. Nietypowe, surowe, trafione w punkt.
No i sedno: Mickiewicz bez balonika w dupie.
To jest największe zwycięstwo tego spektaklu. Realizacja jest ascetyczna, niemal pokorna wobec tekstu. Dziś, gdy reżyserzy boją się, że aktor nie udźwignie przekazu, zazwyczaj przypinają mu do tyłka metaforyczny balonik. I wtedy nie oglądasz sztuki, tylko jakieś nowoczesne kuriozum, które wiezie cię przez odmęty wyobraźni producenta aż po kraniec wytrzymałości.
W Studio nikt nie musiał pajacować. Powściągnięcie wyobraźni i trzymanie się źródła okazało się niebywałym atutem. Tu aktorzy wygrali tekst własną twarzą, a nie dekoracjami z plastiku.
Okazuje się, że klasyka nie potrzebuje liftingu, tylko ludzi, którzy mają odwagę stanąć przed widzem bez maski.
Warto ich sprawdzić. Zanim uciekną do wielkich teatrów i nauczą się nudzić.
Bardzo cieszę się, ze tego doświadczyłem. To była taka adaptacja jaką sobie od dawna marzyłem zobaczyć.
