barnibrodaty

 

Day for night [1973]

  • What a funny life we lead! We meet, we work together, we love each other and then, as soon as we grasp something - it's gone.

"Day for Night" (1973) – Fellini na kacu, czyli jak nakręcić film o kręceniu filmu i nie zwariować (do końca)

Witajcie, filmowi wyjadacze i niedzielni kinomani! Dziś na tapetę bierzemy "Day for Night" François Truffauta – film, który jest jak cebula, ma warstwy, ale zamiast łez wyciska z nas śmiech politowania. A może to tylko ja tak mam?

Truffaut, nasz francuski wujek z kamerą, postanowił nakręcić film o kręceniu filmu. Genialne, prawda? Jakby malarz namalował obraz o malowaniu obrazu. Incepcja w świecie kina, tylko bez Leonardo DiCaprio i tych wszystkich efektów specjalnych, które sprawiają, że człowiek zastanawia się, czy jeszcze śpi, czy już śni.

Akcja toczy się na planie filmowym, gdzie trupa aktorska i ekipa techniczna próbują złożyć do kupy jakąś telenowelę. Mamy tu wszystko: kapryśne gwiazdy, nerwowych reżyserów, romanse na planie i problemy techniczne, które sprawiają, że człowiek ma ochotę rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Aha, czekaj…

Truffaut gra tu samego siebie, reżysera Ferranda, który próbuje ogarnąć ten cały cyrk. Facet wygląda, jakby nie spał od tygodnia, a jego jedynym źródłem energii jest kawa i papierosy. No cóż, reżyserka to ciężki kawałek chleba.

Aktorzy? Mamy tu plejadę gwiazd, z Jean-Pierre Léaudem na czele, który gra aktora wiecznie niezadowolonego ze swojej roli. Léaud jest jak wino, im starszy, tym bardziej kapryśny. A Julie Christie? No cóż, jest Julie Christie. Co tu dużo mówić, kobieta ma w sobie to "coś", co sprawia, że nawet jak stoi i patrzy w dal, to i tak nie można oderwać od niej wzroku.

"Day for Night" to film o tym, jak kręci się filmy, ale też o tym, jak życie potrafi naśladować sztukę. A może to sztuka naśladuje życie? W każdym razie, jedno jest pewne – na planie filmowym dzieją się cuda, a czasem nawet cuda na kiju.

Truffaut zgrabnie miesza komedię z dramatem, a całość podaje w sosie melancholii. Film jest jak wspomnienie z wakacji, które niby były udane, ale ciągle coś się psuło. No cóż, takie jest życie.

Podsumowując, "Day for Night" to film, który warto zobaczyć, choćby po to, żeby zobaczyć, jak wygląda praca na planie filmowym od kuchni. A może po to, żeby poczuć się lepiej ze swoimi własnymi problemami? W końcu, jak to mówią, cudze nieszczęście cieszy. No, może nie do końca tak mówią, ale wiecie, o co chodzi.

Ocena: 7/10. Bo chociaż film jest dobry, to jednak brakuje mu tego "czegoś", co sprawia, że człowiek ma ochotę krzyknąć "arcydzieło!". Ale może to tylko ja jestem zbyt wymagający.

To tyle na dziś, filmowi renegaci. Do zobaczenia na szlakach Bieszczadów!

Ja, Mądrecki | Polityka prywatności

@2025 - Blog chroniony prawem autorskim.